Logo
Wydrukuj tę stronę

Praca sprzedawcy

sprzedawca1Niejednokrotnie mówi się w mediach o fatalnych warunkach pracy sprzedawczyń w sieciach hipermarketów i sklepów średniej wielkości. Długie godziny wytężonego wysiłku za głodowe wręcz pensje, problemy z otrzymaniem urlopu czy chociażby kilku wolnych dni na opiekę nad chorym dzieckiem, nieludzkie traktowanie i poniżanie – to najczęstsze problemy, o których słyszymy.

Wiele z nas ubolewało zapewne nad losem kobiet zatrudnionych w jednym ze znanych dyskontów, które podobno siadając przy kasie musiały zakładać pampersy, ponieważ nie pozwalano im korzystać z toalety. Czy jednak zawód sprzedawczyni jest, tak jak to często przedstawiają media, pracą niewolniczą? Czy wykonujące go osoby codziennie są upokarzane i zmuszane do nadludzkiego wysiłku, który staje się jeszcze bardziej nieznośny za sprawą wiecznie niezadowolonych klientów?

 

– Tak jak każde zajęcie, to również ma swoje plusy, a nie tylko minusy. Raz jest lepiej, raz gorzej. Często dzień umilają świetni klienci – mówi 33-letnia Julia, pracująca w osiedlowym sklepie. Kobieta od początku swojej edukacji przygotowywała się do tego zawodu. Uczyła się w kierunkowej szkole zawodowej (wówczas 3-letniej), po ukończeniu której otrzymała dyplom potwierdzający zdobyte umiejętności. – W piątek było zakończenie roku, a ja w ten sam dzień ze świadectwem w ręce zaczęłam szukać pracy. O dziwo, od razu udało mi się ją znaleźć – zostałam sprzedawcą. Jak na tamte lata i na miasto o tej wielkości (obecnie ok.30 tysięcy mieszkańców) był to jeden z największych sklepów, o rzadko jeszcze spotykanym typie – samoobsługowy.

 

Julia opowiada, że pomimo, iż miała już zatrudnienie oraz pensję, nie chciała spocząć na laurach i postanowiła zacząć naukę w liceum. - Od września tego samego roku poszłam do 3- letniego zaocznego liceum. Mój ówczesny szef miał z tym problem – nie podobało mu się, że chcę iść do szkoły, ale przecież nie mógł mi tego zabronić – tłumaczy. – Musiałam dopasować zmiany, bo 2 moje koleżanki ze sklepu również chciały się uczyć. Miałam szczęście, bo obie były bardzo w porządku i z chęcią się ze mną zamieniały. Kiedy kolejna umowa na czas określony wygasła, kobieta została zwolniona. Wówczas przez rok pobierała zasiłek dla bezrobotnych i kontynuowała edukację w 3.klasie liceum. – Gdy skończyłam szkołę znów los się do mnie uśmiechnął. 1.czerwca poszłam na rozmowę, a już od 2. zaczęłam pracę w miejscu, w którym jestem zatrudniona do dziś – uśmiecha się.

 

sprzedawca2Kiedy 5 lat temu okazało się, że jest w ciąży, nikt nie był nastawiony wrogo do jej błogosławionego stanu. Ani jedna osoba z kierownictwa nie dała jej do zrozumienia, że w razie dłuższego urlopu nie będzie miała do czego wracać. – Pracowałam do 8.miesiąca ciąży. Bardzo dobrze się czułam, więc nie widziałam powodu do tego, by siedzieć w domu. W tym czasie szkoliłam moją zastępczynię, pokazywałam jej jak funkcjonuje sklep. Po porodzie poszłam na urlop macierzyński (18 tygodni), na którym miałam płaconą 100-procentową pensję. Na wychowawczym, jak podkreśla kobieta, nie dostawała jednak żadnych świadczeń z powodu zbyt wysokich zarobków jej męża, kierowcy tira. – Kiedy mój synek miał 2,5 roku wróciłam do pracy.

 

Na miejscu Julii pracowała już dziewczyna, którą ta szkoliła przed swoim odejściem. Dlatego też kobietę skierowano do innego sklepu tej sieci w jej mieście. Nie została oczywiście w żaden sposób zdegradowana, dostała takie samo stanowisko i wynagrodzenie identyczne jak to sprzed ciąży. Wspomina ona, iż po urlopie wychowawczym nie miała problemów z odnalezieniem się na nowo w miejscu zatrudnienia i nie czuła się źle z tym, że nie spędzała z dzieckiem całego dnia. – We wrześniu wysłałam synka do żłobka, także tak czy siak byłam przez połowę dnia bez niego. Zdążyłam się przyzwyczaić, ponieważ poszłam do pracy w listopadzie. Szczerze mówiąc nawet czekałam, kiedy do niej wrócę, bo miałam dosyć siedzenia w domu. Większych trudności moja rozmówczyni nie miała również z technicznymi kwestia swojego zajęcia. – Obsługi kasy musiałam uczyć się od nowa, bo w tym sklepie był inny system, nowszy - z czytnikiem i komputerami. Szybko jednak to opanowałam. Mimo wszystko nie bardzo potrafiłam się tam odnaleźć - każdy sklep ma swoje zwyczaje. W tym była bardzo niezgrana ekipa, więc ciągle chciałam wrócić do mojego starego sklepu, gdzie była miła, ugodowa kierowniczka i lubiące się nawzajem dziewczyny. W nowym miejscu zarządzała kierowniczka i zastępca kierownika, który strasznie się panoszył. Wyzywał pracowników, szturchał, przyglądał się nieustannie obsługiwaniu klientów. Nie wspominam tego dobrze.

 

Po 7 miesiącach, jak opowiada mi kobieta, na szczęście została przeniesiona do swojego dawnego miejsca pracy. Jest tam do dziś. - Ze „starej ekipy” zostały dwie dziewczyny, więc było naprawdę w porządku. Ucieszyłam się, że znów pracuję u siebie i wśród swoich.

 

sprzedawca3Zaciekawiona różnymi opowieściami o przykrościach, jakie spotykają sprzedawczynie w sklepach spożywczych, pytam Julię jak to wygląda w jej przypadku. – Nie jest źle, na pewno nigdy nie przytrafiło mi się nic aż tak przykrego, jak historie, które słyszy się w mediach. Sklep nie jest duży, więc dźwigania niewiele. Z płaceniem nie ma problemów, bo kierownictwo boi się inspekcji i kar. Chociaż pensja nie jest rewelacyjna – zarabiam brutto 1500 zł, czyli po odliczeniu podatku, składki zdrowotnej i społecznej zostaje mi 1060 zł. Podwyżek nie ma w ogóle. Jeżeli minimalna krajowa się podnosi, to wtedy rośnie mi wypłata. Dowiaduję się w trakcie naszej rozmowy, że problem stanowi wynagrodzenie za nadgodziny. Kobiety najzwyczajniej go nie dostają. Teoretycznie ich szef mówi, że powinny brać za nie wolne, ale wtedy na sklepie zostałaby jedna osoba, więc wolnego nie ma, ponieważ któraś z nich musiałaby pracować non stop od 5.30 do 19.30. – Nieciekawie wygląda też sytuacja z urlopami – pracujemy w systemie 2-zmianowym, dwie osoby są rano i dwie po południu. W razie, gdy jedna pójdzie na urlop, robi się kłopot. Najlepiej byłoby zatrudnić kogoś dodatkowo, ale na to, jak mówi prezes, nie ma pieniędzy.

 

Jeśli chodzi o ciemne strony swojej pracy Julia wymienia głównie osobę szefa. – Marudzi, że za mało towaru się sprzedaje, albo za dużo się zamawia. Jest coś takiego jak rotacja – do tego też ma zawsze zastrzeżenia. Towar za długo leży, albo jest go za mało. Zawsze według niego jest źle – za mała marża, za mała/duża rotacja. Poza tym, jeśli wiemy, że może on pojawić się w sklepie, jesteśmy bardzo ostrożne. Byłoby nieciekawie, gdyby zobaczył np. że jem „na sklepie” śniadanie – od razu zrobiłby awanturę , wyżyłby się na mnie. Ogólnie zależy jaki ma dzień – czasami jest naprawdę nieprzyjemny. Nie boję się go, ale w końcu to szef.

 

Julia zaznacza, że często atmosferę w pracy poprawiają inni ludzie. Opowiada o tym, że współpracownice są świetne. Nikt na nikogo nie donosi, nie ma problemów. Jeśli dochodzi do spięcia, wkracza kierowniczka. Bardzo mili potrafią być klienci. Większość z nich jest neutralna – łapią kontakt na zasadzie dzień dobry, robię zakupy, do widzenia. Część natomiast jest bardzo otwarta i sympatyczna. – Kiedyś jedna Pani przyniosła nam obiad, inna regularnie wyszukuje ciekawe przepisy i wpada z tym, co uda jej się upichcić. Raz, gdy miałam katar i rany po wycieraniu nosa, klientka przyszła z maścią dla mnie. Mamy też kilku Panów, którzy np. wnoszą za nas skrzynki z piwami – po 15. wychodzą z fabryki i sami biegną do pomocy.

 

Kobieta podkreśla, że aktualnie, w czasach marketów często w tych mniejszych sklepach jest niewielki ruch. – Najgorsze jest to, że po południu zagląda bardzo mało ludzi, a wtedy dłuży mi się czas. Ludzie często porównują ceny, marudzą, że jest drogo, a w marketach taniej. Nie mogę powiedzieć klientowi, żeby po prostu sobie poszedł, skoro coś mu się nie podoba. Muszę go zachęcać. Jeśli chodzi o robiących zakupy, oprócz grupy tych miłych i niezwykle pomocnych są też tzw. upierdliwcy. – Przychodzi np. Pani, która nic nie kupuje, a codziennie pyta o konkretną szynkę, której u nas nigdy nie było. Pyta co ile kosztuje i po prostu wychodzi. A... i ciągle narzeka, że nie mamy tej szynki. Nie rozumie, że nie sprzedajemy wyrobów danej firmy wędliniarskiej, bo mamy kontrakt z inną.

 

Problemy pojawiają się w momencie, gdy klient zniszczy jakąś rzecz. – Kiedyś klientka biorąc kawę, stłukła 2 inne, tylko tak, że wieczka były rozbite, a te kawy całe. Powiedziała, że nie ma tyle pieniędzy, ale zapłaci za nie i weźmie jutro. Przyszła na drugi dzień i po prostu zapłaciła. Trzeciego dnia moja koleżanka wylądowała na dywaniku u prezesa za „wymuszenie na klientce zapłacenia za zniszczony towar”. Widocznie kobieta poszła na skargę, co jest dziwne, bo żadna z nas nie powiedziała jej, że musi kupić te produkty. Po prostu my musiałybyśmy to zrobić – zawsze w razie szkód pokrywamy je z własnych kieszeni, niestety.

 

Ciekawa wydaje się również kwestia braków w kasie. Zapewne większość z nas zastanawia się, kto ponosi odpowiedzialność w przypadku, gdy coś się nie zgadza. Julia mówi, że w takich sytuacjach to właśnie one, sprzedawczynie wykładają pieniądze. - Czasami brakuje pieniędzy w kasie, więc musimy dokładać ze swojej kieszeni. Najwięcej raz musiałam dać 50 zł. Okazało się, że po prostu za dużo wydałam klientce. O dziwo ona wróciła i oddała mi te pieniądze. Byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona.

 

W rozmowie ze mną Julia stwierdza, że w ogólnym bilansie jej praca wychodzi na zero. Jest kilka kwestii, które pozostawiają wiele do życzenia, ale nie ma powodów do ciągłego narzekania. Niezbyt motywujący jest fakt braku możliwości awansowania. Awans w przypadku firmy, w której jest zatrudniona oznacza jedno – taką samą wypłatę, ale o wiele więcej obowiązków. Jest natomiast dużo pozytywnych aspektów – przebywanie w zgranym zespole czy ciągły kontakt z różnymi ludźmi. Najczęściej właśnie obce osoby potrafią sprawić, że cały dzień, nawet jeśli ma upłynąć na dźwiganiu skrzynek czy wysłuchiwaniu pretensji szefa, staje się znośniejszy. I kolejnego ranka, wstając o 4.30 nie robi się tego z aż taką niechęcią, jak można by przypuszczać.

 

Drogie Panie!

Każda z nas powinna zastanowić się kilka razy zanim nakrzyczy w sklepie na ekspedientkę, tylko dlatego, że nie usłyszała ona tego, co do niej powiedziałyśmy lub zważyła kilka dekagramów mięsa więcej niż sobie życzyłyśmy. Zwykły uśmiech, który nic nas nie kosztuje potrafi naprawdę ułatwić sprzedawczyni cały dzień pracy. Jednak my same nie wymagajmy, by kasjerki były nieustannie rozmowne i rozpromienione. Okażmy odrobinę zrozumienia i poczekajmy na powrót życzliwości, którą się wykażemy. Za jakiś czas może się okazać, że skupiona na ciągłej obsłudze kasy kobieta to bardzo pomocna i otwarta osoba, która przy kolejnych zakupach podpowie jaki chleb warto kupić lub wybierze dla nas najładniejsze owoce. W końcu, podobno, całe dobro, darowane przez nas innym, kiedyś zostanie nam zwrócone.

 

Imię oraz wiek bohaterki zostały zmienione na jej życzenie.

Copyright 2009-2018 © tojakobieta.pl | All rights reserved