facebook
Baza firm Dodaj do bazy
  • Strona główna
  • Między nami kobietami
  • Ona i on
  • Męski punkt widzenia
  • Jestem rodzicem
  • Tematy tabu?
  • Internet
  • Historia kobiet
  • Metamorfozy
    • Metamorfozy II EDYCJA

      Metamorfozy II EDYCJA

      W 8 miesięcy, 8 naszych Portalowiczek wygrało ZA DARMO PROFESJONALNE SESJE ...

    • Metamorfozy I EDYCJA

      Metamorfozy I EDYCJA

      W 13 miesięcy, 13 naszych Portalowiczek wygrało ZA DARMO PROFESJONALNE SESJ...

Czy można zakochać się w wieku 40 lat? Czy jest możliwa prawdziwa miłość i motylki w brzuchu?

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Magda całe życie miała powodzenie wśród chłopaków. Zawsze spontaniczna, radosna. Umiała się bawić i cieszyć życiem. To ich zawsze do niej przyciągało. Nie tylko chłopaków, dziewczyny również wyczuwały u niej „bratnią duszę”.

Zawsze otoczona wianuszkiem przyjaciół, rozgadana. Tam zapominała o smutkach, problemach, które piętrzyły się w domu. Magda, moja starsza siostra. Starałam się uczyć tego od niej. Zresztą często zabierała mnie, swoją zbuntowaną młodszą siostrę na spotkania ze swoimi przyjaciółmi. Korzystałam z tego, jej koledzy, zawsze wozili mnie na motorze, uczyli jeździć samochodem, bo jak mówili, wtedy dopiero można było zobaczyć, jaka jestem naprawdę. Tak, to prawda. Dopiero wtedy zrzucałam swoją maskę. Prędkość skutecznie obmywała mnie z pozorów, „wychodziłam” prawdziwa ja. Uśmiechnięta, szczęśliwa i co chwila odnosząca satysfakcję, że potrafię znów coś nowego. Pamiętam, jak kilka lat później na kursie prawa jazdy instruktor był mocno zaskoczony, kiedy widział, jak doskonale radzę sobie za kierownicą.

Towarzystwo siostry zawsze mnie akceptowało, niczego nie wymagało, nie oceniało. Czułam się tam, jak ryba w wodzie. Z rówieśnikami się nie dogadywałam, wydawałam się inna. Może dlatego, że większość czasu spędzałam ze starszymi od siebie.

Potem nie było już tak fajnie. Moja siostra się zakochała. Chodziła na randki a ja znów byłam sama. W domu, gdzie znów czułam się obca. Magda była tą dobrą córką, ja założyłam znów kolejną maskę. Moi rodzice odzyskali władzę nade mną. Magdy nie było przy mnie, nie zabierała już mnie na wyjazdy z przyjaciółmi. Miała swoją miłość.

Byłam więc karmiona dobrymi radami, jak nie dać się wykorzystywać, bo ludzie to sępy, nie wolno mi okazywać im uczuć, bo to wykorzystają. Chłopcy? Daj spokój, wezmą Twoje serce, przeżują i wyplują. Skutek? Nauczyłam się nie ufać. Owszem pośmiać się, poszaleć - tak, ale nie daj Boże, jak ktoś się zainteresował. Od razu stroszyłam się, wysuwałam pazury. Bo przecież przeżuje i wyrzuci.

Jednak przyszła ta pierwsza miłość. Świat stał się jaśniejszy, ale .. nie do końca. Nie przyznałam się nikomu, że mam kogoś. Nawet na studniówkę poszłam z kolegą, żeby się nie zdradzić. Rodzice? Cały czas opowiadali znajomym, że Magda ma chłopaka, a ta młodsza ma okropny charakter i pewnie całe życie będzie sama.

Pierwsza miłość jak w większości przypadków przeminęła, ale zostały dobre wspomnienia. Potem kilka lat znów próby rozpoczęcia nowego etapu. Jednak trauma z dzieciństwa hamowała porywy serca. Marzyłam, żeby wyrwać się spod toksycznej opieki rodziców. Pojawiła się szansa. Nie wiem, czy kochałam tak naprawdę. Czy bardziej była to szansa ucieczki? W każdym razie, gdy się oświadczył odpowiedziałam - tak. Nie myślałam o konsekwencjach. Najważniejsze to wyprowadzić się z domu. Potem życie dało mi szansę zastanowienia się, jakie rozwiązanie było lepsze? I chociaż nieraz nad tym myślałam, to jednak za każdym razem wychodziło, że wybrałam mniejsze zło. Mimo, że w moim nowym domu oprócz dziecka pojawił się też alkohol i nałóg męża, to jednak to było lepsze niż rodzice, którzy nie wiem - mszcząc się na mnie?, zawsze stawali po jego stronie. Obwiniali mnie o jego picie. Wytrzymałam 13 lat i powiedziałam - stop. Chcę być sama. Rozwiodłam się i odetchnęłam z ulgą.

Niedługo potem pojawił się znów ktoś. Zaufałam, a może starałam się zaufać? Chociaż tak podświadomie czułam, że niesłusznie. Niby pięknie, ale jednak coś nie grało. Nie będę opisywać tego związku, odchorowałam go. W każdym razie on ten związek przeżuł i wypluł. A ja? Powoli dojrzewałam do decyzji, żeby znów zakończyć kolejny chory związek. Teraz jednak było mi łatwiej, bo miałam przyjaciół, którzy mi kibicowali i przytrzymali za rękę, kiedy było naprawdę ciężko. Po 3 latach znów powiedziałam - koniec.

Popatrzyłam na siebie i westchnęłam. To już koniec. Skończyła się szansa na miłość, na związek. Widocznie mam być sama i jedynie patrzeć na zakochane pary. No cóż, trudno. I tak doceniłam to, co było. Mimo złych chwil, mogę śmiało powiedzieć, że wyszło też coś dobrego z moich nieszczęśliwych związków. Przez to, że było mi źle otworzyłam się na ludzi, którzy bez żadnego interesu mi pomagali. Wspierali i nic w zamian nie chcieli, tylko mojego uśmiechu. Spostrzegłam swoje piękno nie tylko zewnętrzne, ale też to, które tkwiło dotąd nieodkryte, wewnątrz. Przekonałam się, że moje serce nie jest przeżute i wyplute, ale otwarte na nowe przyjaźnie i … no właśnie nową miłość, która przyszła nieoczekiwanie i może nawet wbrew woli i zdrowemu rozsądkowi. Choć z drugiej strony, czy nowo pojawiająca się miłość podporządkowuje się rozwadze? I co z tego, że mam 40 lat? Że mam syna, który w tej chwili rozpoczyna swoje życie miłosne i szuka drugiej połówki? Czy to oznacza, że ja mam uciekać przed nowym uczuciem? Bo wiek ma być argumentem na „nie”?

Bzdura. Z całą dojrzałością stwierdzam, a może bardziej obwieszczam. Mam 40 lat i podpisuję się z całą rozwagą i pewnością. W każdym wieku można się zakochać. Również po czterdziestce można poznać miłość. Prawdziwą, wzmacniającą i dającą poczucie własnego piękna. Taką, która pozwala poznać coś nowego, nowe doznania.

Do tej pory zawsze ktoś czegoś ode mnie oczekiwał, żądał. Kazał się zmieniać. Zatraciłam swoje Ja. Stawałam się marionetką. Znów wracałam do czasów dzieciństwa, do czasów, kiedy przybierałam maskę. Myślałam, tak jak ON chciał, każda czynność była podporządkowana cenzurze. Stale pod oceną i zastanawianiem się, czy tak będzie dobrze, czy tak się mu spodoba.

To nie było życie. Teraz, właśnie w wieku 40 lat, zaczęłam żyć. Urodziłam się na nowo. Zdjęłam maskę. Nie jest mi już potrzebna. Dopiero teraz poznałam, co oznacza kochać i być kochaną. Bez udawania, bez gry pozorów. Miłość, która zaczęła się od przyjaźni, kilkugodzinnych rozmów, czasem całonocnych. Motylki w brzuchu? Może, ale bardziej radość ze spotkania, czerpanie siły z każdego słowa. Odczuwanie wsparcia na każdym kroku.

Co uważam? Uważam, że nie należy dzielić miłości jak tortu. Największy kawałek przypada nastolatkom, średni młodzieży studenckiej a najmniejszy najstarszym? Nie. Kochać można w każdym wieku. Siła i mądrość miłości nie ma nic z tym wspólnego.

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna,
nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje.

(1 list do Koryntian)

(fot. Thinkstockphotos / Jupiterimages)

nosorMoje motto życiowe „W życiu wszystko jest po coś”. Moja pasja to książki, stąd ukończony kierunek studiów Bibliotekoznawstwo i Informacja Naukowa na Uniwersytecie Warszawskim. Lubię czytać i pisać. Kończę własną książkę z gatunku literatury pięknej (książka o paniach dla pań i nie tylko).

Dorobek życiowy: wspaniały 16 – letni syn Kamil i udany związek z  Dariuszem. Od Dariusza i Kamila zaraziłam się nową pasją – muzyką. Ciągły brak czasu nie pozwala na naukę gry na instrumentach, choć gitara, klawisz oraz chętni nauczyciele w domu wiernie czekają. W kwestii muzyki mam inne zadanie – słuchanie i ocenianie tego, co stworzyli moi muzycy- zadanie łatwe i przyjemne.

Uwielbiam las i wodę i jestem szczęściarą ponieważ mieszkam w takim miejscu. Do Wasilkowa (woj. podlaskie) przeprowadziłam się w lutym tego roku, a czuję się tu jakbym mieszkała od zawsze. Z moimi pasjami związana jest też działalność własnej firmy Centrum Literacko – Muzyczne Małe Ziarenko. Skąd nazwa? To przekonanie, że nawet z czegoś małego może urosnąć coś potężnego i stałego.

Cechy stałe: optymizm, wiara, otwartość, komunikatywność, empatia, wyrozumiałość, odwaga

Cechy zmienne: uzależnione od nastroju.


Copyright 2009-2014 © tojakobieta.pl | All rights reserved | Zarządzanie: Michał Dąbrowski