Menu
logo tjk main

Kobiety kochają komplementy

Komplementy - są niezwykle przyjemne, pod warunkiem, że są szczere. Potrafią połechtać nasze ego, lub pozwalają zobaczyć jak widzi nas otoczenie. Uwielbiane przez wszystkich, kochane przez kobiety. Nic nie nastraja lepiej niż kilka ciepłych słów, które wychwalają nas pod niebiosa.

Słabość do komplementów nie jest bynajmniej oznaką pychy i samouwielbienia. Jest symbolem akceptacji naszej osoby przez naszych bliskich, znajomych, współpracowników.

Sztuka mówienia komplementów
Wbrew pozorom nie jest taka łatwa, jakby się wydawało. Bywa, że mimo szczerych chęci nie uda nam się powiedzieć drugiej osobie czegoś, co sprawi jej radość. Jeśli kobieta usłyszy „dobrze wyglądasz” - to wcale nie musi być dla niej miłe. Większość z nas od razu dorobi sobie swoją teorię - dobrze, znaczy za dobrze, czyli za grubo?

Podobno najlepszy komplement jaki może usłyszeć kobieta to słowa „ale schudłaś”. Nic bardziej nie cieszy, pod warunkiem, że do tego właśnie dążymy i od wielu tygodni dzielnie walczymy ze swoimi słabościami. Gorzej jeśli waga spadła niezależnie od nas i naszych intencji, a została spowodowana np. chorobą. Wtedy ciężko uznać to za komplement.

Czasem więc dobre chęci to nie wszystko, trzeba też umiejętnie wyczuć sytuację oraz zastanowić się, czy to co chcemy powiedzieć naprawdę będzie dla odbiorcy miłe, czy też czasem nie trafimy w zbyt czuły punkt.

Komplementy od mężczyzn
Temat rzeka. Zwłaszcza, że przyjęło się, że mężczyźni prawią kobietom komplementy głównie wówczas, gdy chcą je uwieść. Często nie ma to nic wspólnego z tym co naprawdę o nas myślą, działa głównie testosteron i rządza zdobycia. A według nich wszelkie sposoby dozwolone.

Jak najlepiej sprawdzić, czy komplementy od naszego mężczyzny są szczere? Pożyć z nim kilka lat. Jeśli nadal będziemy je słyszeć to znaczy, że były prawdziwe :) Jeśli nie, to chyba nie trzeba dalej wyjaśniać…

A tak mówiąc poważnie, wspaniale jest gdy czasem Druga Połówka zauważy nasze starania, nową fryzurę, ekstra ciuch, albo powie nam coś miłego, ot tak po prostu. Dlatego, że jesteśmy jedyne dla tej osoby właśnie…

Czy umiemy je przyjmować? Niestety okazuje się, że często zupełnie nie potrafimy
Na miłe słowo, reagujemy zmieszaniem i zaczerwienieniem policzków. Towarzyszy temu często tłumaczenie się, że „ta nowa sukienka, wcale nie jest nowa, a w ogóle to chyba nie nasze kolory i w dodatku wyglądamy grubo”, że „ta fryzura to jednak się dziś nie udała” itp. Zawsze znajdziemy coś, aby umniejszyć dany komplement. Jakbyśmy żyły przekonaniem, że na niego nie zasługujemy. Być może za mało wierzymy w siebie, jesteśmy zbyt nieufne wobec otoczenia i wszędzie węszymy podstęp, zupełnie niepotrzebnie. Możliwe też, że nie potrafimy przyjmować pochwał, gdyż nie zostałyśmy tego nauczone. Jeśli w domu rodzinnym były one rzadkością, wpajano nam, że dziewczynka powinna być zawsze skromna, to nie ma się co dziwić, że są nam obce i wywołują jedynie poczucie niezręczności.

Komplementy od kobiet
Podobno nie ma nic bardziej szczerego niż komplement od kobiety dla kobiety. Zapewne jest tak dlatego, że w przyrodzie występują one dość rzadko. Z czego to wynika? Zazwyczaj zazdrościmy koleżankom ładnej sukienki, zgrabnych nóg, bujnej fryzury i najzwyczajniej w świecie udajemy, że tego nie widzimy… bo same tego nie mamy. Szkoda, bo przecież każda z nas ma w sobie coś co sprawia, że jest wyjątkowa. Warto więc czasem powiedzieć szczerze mamie, siostrze, koleżance w pracy coś miłego, co sprawi, że na jej twarzy pojawi się uśmiech. Przecież akceptacja innych jest dla nas niezwykle ważna. Jeśli uda nam się przełamać i pokonać zazdrość, otworzymy się na chwalenie innych, to z pewnością wróci to do nas podwójnie.

Kobiety kochają być uwielbiane i podziwiane. Jednak z drugiej strony, nie zawsze jesteśmy na tyle otwarte i często zbyt samokrytyczne by ocenić, jak odbiera nas otoczenie. Czasem nasze kompleksy przesłaniają nam obiektywne postrzeganie rzeczywistości i nie potrafimy cieszyć się z komplementów. Najwyższy czas by to zmienić! Warto w życiu sprawiać innym przyjemność ciepłym, dobrym słowem. Dopóki same nie nauczymy się przyjmować komplementów, nie będziemy umiały obdarowywać nimi innych. Przecież to takie miłe, gdy słowa potrafią sprawić radość. To najtańszy, a zarazem najcenniejszy z prezentów, pod warunkiem, że jest w pełni szczery.

Pozwólmy sobie czasem na odrobinę „słabości” i uwierzmy w miłe słowa czy komplementy. One naprawdę potrafią skutecznie poprawić humor w kiepski dzień. Ponadto są niezaprzeczalnym dowodem na to, że nie jesteśmy niezauważalne, a dla wielu osób wręcz najwspanialsze. W końcu każda z nas jest wyjątkowa, nieprawdaż? Dajmy sobie tylko szansę na to, byśmy mogły same w to uwierzyć. Wtedy świat będzie dużo piękniejszy, jeśli ktoś doceni nasz wygląd, gust, wystrój mieszkania, pięknie przygotowaną kolację dla gości, dobrze wykonane zadanie w pracy itd. itd.

Drogie Panie! Kochajmy komplementy!

Magdalena Zbytek-Książkiewicz, 30l.

Czytaj więcej...

Baby są jakieś inne…czyli jakie?

Kobieta - określenie dojrzałego osobnika z rodzaju Homo płci żeńskiej. Kobieta różni się od mężczyzny genetycznie (posiada dwa chromosomy X). Tego typu definicje znajdziemy przeszukując różne, mądre słowniki.

Jest dla nas oczywiste, że my kobiety różnimy się od mężczyzn nie tylko poprzez anatomię, ale także mentalność. Co więcej! Od zarania dziejów, życie kobiety i mężczyzny różniło się znacząco - pod względem podziału ról życiowych, jakości funkcjonowania w społeczeństwie oraz możliwości samorozwoju. Nie sposób, nie wspomnieć o dyskryminacji kobiet w polityce, braku poszanowania naszych praw czy nagminnego uprzedmiotowywania. Natomiast w dobie XXI wieku, kiedy tak często mówi się o kobietach jako świetnych szefach, kierowniczkach i specjalistkach rodzą się inne pytania. Czy rzeczywiście jesteśmy takie „inne”?

Bardzo ciekawym zjawiskiem nie tak bardzo odległego czasu, wydał mi się film Marka Koterskiego - „Baby są jakieś inne”. Cudowny tytuł! Od razu mi się spodobał, prosty i klarowny przekaz na wstępie. Fabuła filmu przedstawia się w następujący sposób: Dwoje poirytowanych panów wraca trasą samochodem i podczas podróży dochodzi do rozmów, rozważań, narzekań na temat kobiet. Oczywiście posiadamy poczucie humoru i trzeba przyznać, że niektóre poruszone przez mężczyzn wątki, były trafne i zabawne… Po obejrzeniu filmu jednak tak bardzo prosi się o naszą - plemienia jajników - odpowiedź.

Co Panów najbardziej w nas denerwuje? Stukanie obcasami, czy to szpilki, półbuty, czy kozaki - my stukamy. Uwielbiamy się malować i często wybieramy nietypowe miejsca by dopełnić nasz dzisiejszy look. Lusterko samochodowe, toaleta na stacji? Żaden problem! Przecież musimy dobrze wyglądać, a nie było czasu wcześniej. Kobieca torebka - to kolejny ważny punkt naszej codzienności. Mamy tam pełno bardzo potrzebnych rzeczy takich jak: portfel, kosmetyczka, dokumenty, klucze, lusterko, terminarz, komórka, książka, chusteczki, guma do żucia, jabłko, woda itd. Jest wszystko, a nawet więcej! Chcemy równouprawniena, ale także aby otwierano nam drzwi, wyręczano nas w noszeniu ciężkich rzeczy, ustępowano nam miejsca w autobusie. To tylko niewiele z przykładów tego, co doprowadza do szału mężczyzn.

Brak logicznego myślenia, brak zdecydowania, pochopne działanie, nieprzemyślane i puste słowa - to główne powody rozważań bohaterów tego filmu. Czy tak jest naprawdę? Czy aż tak się różnimy?

„I wszystko ci muszą powiedzieć od wejścia”
Ooo tak. Brzmi znajomo? Ale jak zachować się inaczej w sytuacji, kiedy od rana po wieczór mamy dziesiątki spraw na głowie i musimy się z kimś bliskim podzielić tymi emocjami, problemami i newsami. Czy to aż takie złe? Wy Panowie, i tak o tym zapomnicie! I niestety będziemy musiały Wam to powtórzyć po raz kolejny następnego dnia... Czy to nie jest deprymujące? Myślimy o tym co przygotować na obiad, kolacje, czy dziecko odrobiło lekcje, że trzeba opłacić rachunki, co napiszemy w raporcie szefowi i jak pomóc Ance, która się właśnie rozstała z mężem. Potrzebujemy kontaktu, zrozumienia i… tu uwaga! - rozmowy. Dzięki niej, wszystko staje się prostsze. To tak wiele?

„W łóżku traktują nas jak niepełnosprawnych. Mówią o facetach „ciacho”. Jesteśmy konsumowani”
O ironio, siostro nasza! Wydawać by się mogło, iż mężczyźni hipokrytami nie są (bynajmniej za takich się nie uważają) a tu taka niespodzianka. „Niezła laska”, „ale foczka”, czy to nie w ten sposób między innymi faceci nas określają?

Prawda niestety jest taka, że nadeszły ciężkie czasy na to by być kobietą jak i mężczyzną. Kanony powoli się zacierają. Panom coraz ciężej jest być męskimi przy tak silnych kobietach. To budzi niezadowolenie i brak zrozumienia.

Ciekawa jest jedna z wypowiedzi bohatera filmu: „Baby z jednej strony chcą niezależności, a z drugiej opieki. Żeby mężczyzna był i rycerzem i empatyczną partnerką. Bądź silny, ale jednocześnie słaby. Bądź ciepły, miły, wrażliwy, ale jednocześnie twardy jak stal. Skoro nie wiem, jakim mężczyzną mam się stać, to pozostanę chłopcem”.

Odwieczny problem płci pięknej brzmi: Czego my tak naprawdę chcemy? Odpowiedzią jest jedno słowo - wszystkiego. Jesteśmy tak otwartymi stworzeniami boskimi, że istnieje wiele rzeczy, których oczekujemy. A jeśli mamy kochającego i wspierającego nas partnera, to już wtedy niewiele nam potrzeba do szczęścia :)

Motywem często poruszanym w filmie, i wydaje mi się, że najśmieszniejszym, jest obraz kobiety - kierowcy, widziany oczami mężczyzny. Cóż, z Pań, które oglądały film na pewno nie jedna się zaczerwieniła przy obśmianiu błędów, które sama kiedyś popełniła… Być może nie każdej z nas wychodzi wszystko świetnie, jesteśmy tylko ludźmi i może czasami nie zachowujemy zimnej krwi w sytuacji nieprzewidzianej… Natomiast gdyby nie my, to na drogach panowałby jeden wielki poligon! Owszem, może nie radzimy sobie tak świetnie z autem jak mężczyźni, ale za to z naszej winy nie ma tak drastycznych wypadków jak z ich ręki. Panowie mają świetną technikę i wyczucie w prowadzeniu pojazdów mechanicznych, niestety pewność siebie i bardzo lubiana przez nich nadmierna prędkość - prowadzą do tragedii na jezdniach. Tymczasem my kobiety też mamy swoje świetne przedstawicielki np. Martyna Wojciechowska, która reprezentowała nas w rajdzie Paryż - Dakar.

Pomimo tych wszystkich różnic, uwarunkowań genetycznych i psychicznych, wszyscy jesteśmy ludźmi i tylko od nas samych zależy co będziemy sobą reprezentować.

„Baby, ach! te baby, czym by bez nich był ten świat... 
Co tu grać, co tu kryć, spróbuj bez baby żyć, 
gdy ci uda się taka sztuka, toś jest chwat. „

Drogie Kobitki, jesteśmy jakie jesteśmy. Dużo gadamy, marudzimy na brak pieniędzy, jesteśmy wiecznie niezadowolone. Każda z nas jest inna i posiada bardziej lub mniej podobne cechy do stereotypu. Ale, na pewno wszystkie jesteśmy wyjątkowe, ambitne, pełne marzeń i pomysłów oraz miłości!

Każdego dnia odgrywamy nasze życiowe role najlepiej jak potrafimy. Bądźcie więc piękne, uśmiechnięte, szczęśliwe, z wszystkiego dumne i zadowolone. Faceci sobie ponarzekają, to ich! A i tak żyć bez nas nie potrafią…

„I gdyby któregoś dnia zniknęły ze świata kobiety, nie znalazłbym powodu, żeby rano wstać z łóżka.” - słowa jednego z bohaterów omawianego wyżej filmu „Baby są jakieś inne”.

Katarzyna Kryjak, 21l.

Czytaj więcej...

Alkoholowe królowe

Wszystkie lubimy się bawić, tańczyć, szaleć... Żyć chwilą i nie myśleć, że jutro trzeba wrócić do szarej codzienności. Mamy do tego prawo ale... nie przesadzajmy przy tym z napojami wysoko procentowymi. Bo choć niektóre wyskoki po alkoholu wydają się zabawne czy niewinne to mogą skończyć się dla nas boleśnie. Siniakami na ciele i duszy.

Alkoholiczka. Straszne słowo budzące drastyczne skojarzenia: z ubóstwem, bezdomnością, zaniedbaniem. Ale kobieta chora na alkoholizm nie musi być wcale życiową bankrutką topiącą smutki w kieliszku. Alkoholiczki to także pozornie zwyczajne, spełnione i szczęśliwe dziewczyny. Studiują, pracują, są w udanych związkach. Wiele z nich wcale nie pije codziennie. Pozwalają sobie „zaledwie” na sporadyczne imprezowe wyskoki...

Problem „okazjonalnych alkoholiczek” nie polega na regularności picia. Chodzi raczej o to, że kiedy już sięgają po drinka czy piwo, kompletnie tracą nad sobą kontrolę. Nie potrafią zapanować nad ilością spożywanych trunków i w efekcie często kończą imprezę leżąc pod stołem, tańcząc na barze albo też w ramionach przypadkowych mężczyzn. Nie mają świadomości swojego zachowania, upijają się do tego stopnia, że nie są w stanie ocenić w jak poważne tarapaty się pakują. Czasem kończy się na wstydzie i zażenowaniu odczuwanym gdy znajomi następnego dnia zdają im relacje z ich wybryków.

Niekiedy „alkoholowe królowe” lądują w izbie wytrzeźwień lub na posterunku policji. A bywa i tak, że cena wątpliwej zabawy jest dużo, dużo wyższa: oszołomione kobiety budzą się w cudzym mieszkaniu, nie mając pojęcia jak tam trafiły i do czego tak naprawdę doszło kiedy „urwał im się film”. A to już prosta droga do niechcianej ciąży, zarażenia chorobą weneryczną... Zresztą bądźmy brutalnie szczere: to także droga do utraty życia, bo oszołomiona, nieprzytomna kobieta jest wprost wymarzoną ofiarą dla wszelkiego typu zwyrodnialców.

Dziewczyny kochające imprezowe szaleństwa nie chcą słuchać tych argumentów. Nie dopuszczają do świadomości istniejących zagrożeń, żeby nie musieć rezygnować ze swego stylu życia. Pytanie brzmi: dlaczego pozbawione hamulców zachowanie jest im tak potrzebne do szczęścia?

Kiedy się upijają, przez moment rzeczywiście czują się wspaniale: wyzwolone, radosne, odważne, seksowne... i tak dalej i tak dalej. Owszem, alkohol daje przyjemne rozluźnienie i wprowadza w dobry humor, ale nie może on być warunkiem koniecznym dobrej imprezy. Jeżeli nie potrafimy bawić się na trzeźwo oznacza to, że mamy problem. Może to być nieśmiałość, nadmiar stresu w codziennym życiu, samotność albo zwyczajne znudzenie światem. Alkohol nie pomoże na żadną z wymienionych dolegliwości. Co najwyżej pozwoli na chwilę o nich zapomnieć, dając złudne poczucie wyzwolenia. Ale pijane szczęście jest z gruntu fałszywe: kiedy nasz świat wiruje, szumi nam w głowie i czujemy się jak królowe balu to faktycznie wyglądamy żałośnie: zataczamy się, potykamy i plącze nam się język...Brzmi okrutnie ale to prawda. Po pijanemu nie da się zawojować świata.

Ten artykuł nie ma być kazaniem. Ale jeżeli Twoje imprezowanie najczęściej kończy się urwanym filmem to może powinnaś się zastanowić czy nie czas aby przystopować?

Zadaj sobie kilka prostych pytań:
- Czy wiesz ile możesz wypić żeby się nie upić?
- Czy potrafisz powiedzieć sobie „dość” i w pewnym momencie zabawy zrezygnować z alkoholu?
- Czy koniecznie musisz poczuć „procentowy zawrót głowy” żeby wyjść na parkiet albo zagadać do mężczyzny który wpadł ci w oko?
- Czy kiedy się napijesz czujesz się bardziej atrakcyjna?
- Czy po imprezach budzisz się w swoim łóżku i bez „nieproszonych gości” u swojego boku?
- Czy następnego dnia pamiętasz wszystko co robiłaś na imprezie?
- Czy po imprezach cierpisz na „moralnego kaca”- jest Ci wstyd z powodu tego co robiłaś?
- Czy twoi znajomi są zmęczeni twoimi wybrykami na rauszu, czy narzekają, że muszą Cię pilnować albo, że jest im za ciebie głupio?

Jeżeli udzieliłaś odpowiedzi twierdzącej na którekolwiek z tych pytań... no cóż, w takim razie w Twojej głowie powinien odezwać się ostrzegawczy dzwonek. Lepiej trochę zwolnić i bawić się „grzeczniej” niż w pewnym momencie zorientować, że podczas alkoholowych szaleństw udało nam się zgubić nie tylko portfel czy klucze ale też godność i szacunek do samej siebie...

Katarzyna Lewcun, 25l.

Czytaj więcej...

Kobieta zawsze zrozumie kobietę, ale czy na pewno?

O przyjacielskich związkach między kobietami powiedziano i napisano już wiele. Powszechnie znane jest stwierdzenie, że najlepszą przyjaciółką i powierniczką kobiety musi być przedstawicielka tej samej płci. Tylko ona zrozumie kobiece bolączki, poplotkuje, wesprze w ciężkich chwilach.

Czy jednak doskonałe porozumienie między kobietami to rzeczywiście coś stałego i niezmiennego oraz czy jedna kobieta może naprawdę w pełni i zawsze zrozumieć stanowisko i postępowanie drugiej?

Co nas łączy
Nie da się ukryć, że kobiety lepiej dogadują się między sobą, niż z mężczyznami. Uwarunkowane jest to głównie czynnikami biologicznymi i kulturowymi, czyli podobieństwem zachowań własnej płci. Kobiety czują wspólnotę z innymi osobnikami tego samego rodzaju, bowiem podobnie odczuwamy, podobnie się zachowujemy, podobnie myślimy, mamy wspólne cele i światopogląd.

Kobietom łatwiej porozumieć się między sobą niż z mężczyznami, bowiem łączy nas zainteresowanie tą samą tematyką. Przez rozmowy o rodzinie, przyjaciołach, zakupach, ubraniach, zdrowiu, jedzeniu czy dietach, zaspokajamy nasze potrzeby emocjonalne oraz budujemy poczucie wspólnoty i intymności z przyjaciółkami. Jednakże w naszym życiu bywają chwile, kiedy jesteśmy przekonane, że nasze problemy musimy rozwiązać same i nie czujemy potrzeby zwierzania się z nich nikomu.

W swoich konwersacjach kobiety zwracają uwagę na podtrzymanie więzi z drugim człowiekiem i na interakcję między sobą. Służą temu rozmowy o dużych problemach i drobiazgach. Jednakże zdarza się również dość często, że pod pozorem współpracy i przynależności zaczyna się dążyć także do współzawodnictwa i krytykowania. Zazwyczaj zdrowe przyjaźnie między kobietami są pozbawione tego elementu, jednak bywają także „trudne” typy kobiet, z którymi ciężko znaleźć wspólny język.

Kiedy porozumienie staje się niemożliwe?
Słownikowa definicja „porozumienia” podaje, że jest to wspólnota poglądów w jakiejś sprawie, jednomyślność, a także wzajemne zrozumienie. Gdy brakuje wspólnoty poglądów i zdań w konkretnej kwestii, kobiety często czują się niezrozumiane przez swoje przyjaciółki, a przez to izolują się od otoczenia. Pojawia się uczucie osamotnienia i alienacji.

Co jest więc kluczem do porozumienia, akceptowania swojej sytuacji i tworzenia zdrowych stosunków między kobietami?


Po pierwsze warto uświadomić sobie, że każda kobieta powinna budować w sobie poczucie własnej wartości i starać się uniezależnić od zdania innych ludzi. Jest to swego rodzaju dojrzałość, by mimo odmiennego zdania przyjaciółki i poczucia osamotnienia w swoich wyborach, zachować pewność siebie i móc zaakceptować inne zdanie bez poczucia zdrady ze strony bliskiej nam koleżanki.

Ważne jest, aby umieć zaznaczyć granice przyjaźni. Każda z nas jest jednostką autonomiczną, a zdanie przyjaciółki powinno być głosem doradczym, a nie wyrocznią! Nie można żyć życiem innych, za nas także nikt życia nie przeżyje. Druga kobieta może być świetną powierniczką, można się jej wygadać, ale należy pamiętać, że nie rozwiąże ona za nas naszych problemów.

W trudnych sytuacjach, kiedy nie znajdujemy oparcia w naszych przyjaciółkach, warto zrobić bilans takiej znajomości. Susan Shapiro-Barash w swojej książce „Toksyczne przyjaciółki” wyróżnia kilka typów kobiet, z którymi nie warto wchodzić w bliższą zażyłość i które – w momencie, kiedy będziemy potrzebowały zrozumienia i oparcia – najzwyczajniej się nie sprawdzą.

Są to między innymi takie typy, jak:
- liderka – typ kobiety lubiącej rządzić, autorytarnej w swoich poglądach, której ciężko coś wyjaśnić i która lubi narzucać swoje zdanie

- męczennica, która w obliczu naszych poważnych problemów i tak będzie chciała zwrócić uwagę na swoje nieszczęścia i która z całą pewnością nie będzie dla nas oparciem w trudnych chwilach

- miłośniczka nieszczęść, która tak naprawdę jest z nami tylko w złych chwilach, a w momentach, w których odniesiemy sukces możemy oczekiwać od niej tylko słów pełnych jadu i niezrozumienia naszych sukcesów

- zdobywczyni, która wykorzysta każdą sytuację, aby poprawić swój byt i status – nie cofnie się nawet przed skrzywdzeniem i wykorzystaniem swojej „przyjaciółki”

Najważniejszą cechą porozumienia jest wspólnota poglądów i interesów. Porozumienie między tą samą płcią jest dużo łatwiejsze, niż porozumienie międzypłciowe. Prawdziwym oparciem będzie dla nas jednak kobieta bardzo do nas podobna charakterologicznie czyli taka, która ma nieomal identyczny sposób myślenia i podobną hierarchię wartości. Trzeba także zaakceptować fakt, że możemy się mylić w naszych odczuciach i interpretacjach. Niezbędna do wzajemnego zrozumienia jest także otwartość na dialog, poszanowanie zdania drugiej osoby oraz zaufanie i przekonanie, że przyjaciółka chce tylko naszego dobra.

Warto szukać kobiety-przyjaciółki, która będzie naszą powiernicą i wsparciem zarówno w chwilach dobrych, jak i złych. Porozumienie jest bowiem możliwe tylko wtedy, kiedy kobiety wyzbędą się zazdrości i zawiści. Należy także ze zrozumieniem podchodzić do problemów innych i być gotowym na otwarcie się, ale także mieć odwagę do zachowania własnego „ja” i budowania granic – gwarantują one zdrowe relacje między kobietami, które często mają tendencję do współdzielenia przeżyć i uczuć z innymi kobietami.

Iwona Mackiewicz, 24l.

Polecam książki:
Argyle Michel, Psychologia stosunków międzyludzkich i Susan Shapiro-Barash Toksyczne przyjaciółki. Trudne relacje między kobietami

Czytaj więcej...

Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet, czyli jakich typów mężczyzn unikać

Są tacy faceci od których zdecydowanie lepiej trzymać się z daleka. Toksyczne typy o których można by wręcz powiedzieć, że ich życiową misją jest unieszczęśliwianie kobiet które napotykają na swej drodze.

I doprawdy nie będziemy się zajmować przyczynami opłakanego stanu ich psychiki. Czy taki delikwent doświadczył w dzieciństwie przemocy, obojętności, czy wręcz przeciwnie: został rozpuszczony przez ślepo w nim zakochaną nadopiekuńczą matkę… nieważne. To nie nasza broszka. My tylko chcemy przestrzec cię przed wchodzenie w relację z kimś kto na pewno nie da ci szczęścia.

Na jakich facetów powinnaś uważać?
Wymieńmy najczęściej występujące w przyrodzie przykłady fatalnych i niereformowalnych mężczyzn.
Typ pierwszy: narcyz i nieuleczalny egocentryk. Sam siebie postrzega jako gwiazdę największą i świecącą najjaśniejszym blaskiem w całym wszechświecie. Jego potrzeby są zawsze na pierwszym miejscu. Nie łudź się, że kiedykolwiek pójdzie na kompromis albo wręcz zrobi coś z myślą wyłącznie o tobie. Nawet jeśli przyniesie ci kwiaty to nie po to żeby zrobić ci przyjemność ale po to żeby pokazać jaki jest wspaniały i rycerski. Zapewne więc obdaruje cię bukietem w obecności znajomych czy rodziny, przecież bez udziału publiczności nie chciałoby mu się aż tak wysilać.
Zapytasz: skoro on tak bardzo kocha siebie, że w jego świecie nie ma miejsca na liczenie się z uczuciami innych to po co mu właściwie partnerka? Odpowiedź jest prosta: w jego pojęciu kobieta służy do tego aby się nim zachwycać. Ma go nieustannie wspierać, trzymać za niego kciuki, cieszyć się jego sukcesami (najlepiej żeby nie odnosiła własnych bo robi mu konkurencję!). Ma go też pocieszać kiedy coś mu nie wyjdzie i mówić, że to nie jego wina- przecież jest wspaniały, to zły los się na niego uwziął!
Przyznasz chyba, że rola oddanej fanki jest niesamowicie nudna i męcząca! Szkoda życia na skakanie wokół faceta który tego kompletnie nie docenia i przyjmuje jako oczywistość twoje starania. Zwłaszcza, że tacy egocentrycy zazwyczaj wcale nie reprezentują sobą zbyt wiele…

Typ drugi: macho oraz apodyktyczny pan i władca. To ktoś kto ma obsesję kontrolowania rzeczywistości. Chce rządzić: zamiast dyskutować wydaje polecenia. Zazwyczaj postrzega kobiety bardzo stereotypowo- jako ozdoby u swego boku, kucharki oraz sprzątaczki. Mówiąc prosto z mostu: żaden z niego partner! Nie za bardzo rozumie pojęcie „równouprawnienie” i ma ogromny kłopot ze sprostaniem współczesnemu wzorcowi męskości więc wybiera przestarzały wzorzec mrukliwego siłacza i samca alfa. Nie raz usłyszysz z jego ust seksistowskie uwagi.
A więc apelujemy: nawet jeżeli jest niebiańsko przystojnym człowiekiem sukcesu uciekaj od niego jak najdalej! Chyba, że odpowiada ci rola uległej „żony sułtana”.

Typ trzeci: rycerz i wybawiciel, pocieszyciel nieszczęśliwych. To bardzo niebezpieczna odmiana męskiego drania bo początkowo wydaje się chodzącym ideałem. Spotyka taki na swej drodze załamaną dziewczynę która właśnie się z kimś rozstała albo straciła pracę albo ma jakieś inne poważne kłopoty. I natychmiast rzuca się ją pocieszać. Jest współczujący i czuły. Ociera łzy, przytula, wypowiada magiczne zaklęcie: „wszystko będzie dobrze” z taką spokojną pewnością, że nie sposób mu nie wierzyć. I faktycznie, na początku jest nawet lepiej niż dobrze: załamana kobieta odżywa, grzeje się w jego cieple, podnosi się i nabiera chęci do życia. I wtedy następuje katastrofa! On przestaje kochać. Odchodzi. Pozornie bez przyczyny. A prawda wygląda tak, że on uwielbia występować w roli wybawiciela. Kiedy jego ukochana staje się na powrót szczęśliwą i silną osobą, traci dla niego urok i cała zabawa się kończy. A on rusza na poszukiwanie kolejnej załamanej bidulki. Tego pana spokojnie możemy nazwać hieną- karmi się cudzym nieszczęściem żeby podbudować własne ego. Życzymy ci gorąco żebyś nigdy nie natknęła się na ten typ mężczyzny kiedy jesteś w dołku! Bo wtedy jesteś bezbronna i szukasz wsparcia i łatwo możesz paść jego ofiarą.

Typ czwarty: zagubiony chłopiec w depresji. To w pewnym sensie przeciwieństwo poprzedniego przypadku. A więc mężczyzna tak słaby, że nieustannie wymaga twojej troski. Może być nierozumianym przez nikogo artystą klepiącym biedę albo dyrektorem dużej firmy który żyje w ciągłym stresie i gdzieś po drodze zagubił sens życia. Jego pozycja nie ma znaczenia- on po prostu uwielbia się nad sobą użalać. Tylko, że tak naprawdę to on nie chce stanąć na nogi bo wygodnie mu kiedy mu matkujesz. No i oczywiście twoim obowiązkiem jest również częste i pełne przekonania wyrażanie współczucia dla jego niedoli. Cóż, jeśli ktoś chce marnować życie na urojone depresje… to jego sprawa. Ale ty nie daj się w to wciągnąć!

Typ piąty: nałogowy podrywacz. Jest prawie idealny: przystojny, inteligentny, zabawny. Trochę szalony ale przy tym zaradny. Potrafi mówić komplementy, daje prezenty bez okazji i można z nim przegadać całą noc… Jest tylko jeden problem: flirtuje z niemal każdą napotkaną kobietą. Potrafi nawet „niechcący” adorować przy tobie twoją najlepszą przyjaciółkę… No a jeżeli będziesz przymykać na to oko… wkrótce zacznie cię zdradzać. Rozumiemy wszystkie dziewczyny które nie potrafią się oprzeć niewątpliwemu magnetycznemu urokowi „słodkich drani”. Ale jednak trzeba z tym walczyć. Drogi są dwie. Pierwsze wyjście: natychmiastowe rozstanie, co, przyznajemy, będzie bolało. Może jednak lepiej odejść zanim on zada ci cierpienie? I zachować same miłe, romantyczne wspomnienia o waszym przelotnym romansie? Jest też drugie wyjście: spróbować zmienić partnera i nauczyć go wierności oraz lojalności. Szanse, że się uda są raczej niewielkie- on zechce pracować nad sobą tylko jeżeli bardzo mocno cię kocha. A prawda wygląda niestety tak, że Don Juani w większości się nie zakochują tylko poprzestają na płytkich (i nie zagrażających ich wolności) zauroczeniach.

Wymieniliśmy najlepiej nam znane typy mężczyzn od których lepiej trzymać się z daleka. Oczywiście ty wiesz, że jest ich znacznie, znacznie więcej… A wniosek z tego artykułu jest następujący: unikajmy facetów którzy nie są nas warci i tym bardziej doceniajmy tych fajnych i porządnych!

Katarzyna Lewcun, 25l.

Czytaj więcej...

Lubię być lubiana

Każdy lubi cieszyć się czyjąś sympatią. Każdy lubi to uczucie. Choć czasem spotykamy się ze stwierdzeniem, że kogoś to nie obchodzi, nie zależy mu na czyjejś opinii. Może troszkę tak jest, ale szczerze? Nie wierzę. Nie oszukujmy się, każdy lubi być lubiany.

W lubieniu kogoś nie ma nic złego, przeciwnie. Jest to bardzo pozytywne. Ale zdobywanie sympatii za wszelką cenę nie jest wskazane.

Zobaczmy co się dzieje z nastolatkami, którzy chcą być lubiani. Dają się upokarzać i wykorzystywać. Piją, bo inni to robią, palą, bo nie chcą odstawać od innych. Napadają, bo rówieśnicy nie będą widzieć w nich fajnych kumpli. Czy w tym wypadku można mówić o czymś pozytywnym? Zresztą bądźmy szczerzy. Nie tylko młodzież ma takie problemy.

Często dorośli działają wbrew sobie, bo ceną jest sympatia znajomych, pseudoprzyjaciół, współpracowników i szefa. Co mają z takiego lubienia? Działanie na swoją szkodę. Płacą ceny załamaniami nerwowymi, kłótniami w rodzinie. Czy więc warto tak się starać o sympatię ludzi, którzy tego nie doceniają a nawet wykorzystują? Nie warto.

Ok., to było o zdobywaniu sympatii od strony negatywnej, dla ostrzeżenia i zdrowego rozsądku a teraz ta sympatyczniejsza strona lubienia.

Pozwólcie, że zacytuję słowa, które ostatnio słyszałam w jednym z polskich seriali (może od razu sprawdzian z wiedzy o serialach? :)

Monika „ Co ty robisz Julka, że kolejny szef kliniki czuje do ciebie sympatię?”
Julka „ Może jestem po prostu miła? Spróbuj kiedyś”

Proszę wybaczyć, że cytuję czyjeś słowa, ale według mnie, jest to doskonały przepis dla kogoś, kto lubi być lubiany. Bycie miłym, nie na siłę, nie z przymusu, ale tak „samym z siebie”.

Naturalność wywołuje w innych sympatię, uśmiech, a przecież właśnie na tym nam zależy. Ktoś może mi powiedzieć, a co jeśli nie potrafię być miłą? Szczerze? Roześmieję się prosto w nosek. Nie ma takich ludzi, każdy jest chociaż dla jednego człowieka, czy zwierzaka miły. Ukrywa to jednak z jakiegoś znanego mu powodu. Zranienie, wyśmianie, zaufanie niewłaściwej osobie? Wszystko jest możliwe. Nie warto jednak się zatwardzać. Nie można wkładać wszystkich do jednego wora.

Warto dać komuś uśmiech, aby ten uśmiech odebrać. Za którymś razem się uda, może nawet od razu? Niczym nie ryzykujesz, jedynie tym, że albo się nie rozczarujesz, albo, że doznasz uczucia czyjejś sympatii, ciepła, które jest nie do zastąpienia.

Znasz to uczucie?
Ciepła i uśmiechu
Nie, nie o miłość tu chodzi
Choć może? Troszkę?
Miłość człowieka do człowieka
Tak jak przykazano
Na co dzień mówi się o sympatii
Miłość jest dla wybranych
Sympatia zaś tworzy cały krąg
Ważne, żeby wejść w jego środek
Poczuć uczucie ciepła
Zobaczyć uśmiech
Dać uśmiech
I cieszyć się nim
Lubię być lubiana
Lubię lubić innych
Bo świat jest wtedy
… taki kolorowy.

(na potrzeby artykułu 04.10.2012 aut. Justyna Nosorowska)

Czytaj więcej...

Świat jest grą. O kobietach uzależnionych od gier komputerowych

Świat jest grą, życie jest grą, miłość jest grą... Od kilku lat bardzo modne stało się przyrównywanie wszystkiego do gier. Przenoszenie na płaszczyznę, gdzie nie ma prawdziwych uczuć, ran czy tylko jednego życia. Słowo GRA powoli wkrada się do naszej codzienności głównie za pomocą mediów promujących taki styl myślenia.

Ale co w wypadku, kiedy cały świat zaczyna obracać się wyłącznie wokół jednego celu: zdobywania poziomu? Kiedy nieważna staje się szkoła, praca, rodzina, tylko liczy się granie? I nie chodzi tu wcale o chęć osiągnięcia mistrzostwa w posługiwaniu się smyczkiem.

Gry komputerowe opanowały świat rozrywek o wiele skuteczniej niż jesteśmy w stanie podejrzewać. W tej chwili wartość tego rynku liczy się na ok. cztery miliardy (!) dolarów. I jest to matnia, z której nie da się tak łatwo wyjść, jak się wchodziło.

Kobiety uzależnione od gier komputerowych. Trochę śmiesznie to brzmi, prawda? Częściej wyobrażamy sobie na tym miejscu jakieś dziecko lub nastolatka. Oczywiście płci męskiej. Dziewczyny przecież nie grają, a jak już, to się nie uzależniają. Mają inne rzeczy na głowie: malowanie się, spotykanie z przyjaciółkami, sprzątanie, zakupy, praca, szkoła... Można by wyliczać bez końca. No tak... Ale nie do końca.

Jak najbardziej istnieją kobiety uzależnione od gier komputerowych, jak chociażby tych na portalach społecznościowych typu Facebook. Zabawy takie nie muszą być skomplikowane oraz pełne zabijania. Te prostsze często są przyjemniejsze i dlatego nas przyciągają. A konieczność codziennego pozbierania warzywek z wirtualnego ogródka (bo inaczej zgniją lub coś je zeżre) nabija większą liczbę odwiedzających na takiej stronie. Jakie to proste: postawienie ultimatum „albo każdego dnia wejdziesz na naszą stronę i zbierzesz swoje warzywka, tym samym podbijając nasze statystyki i nabijając nam kieszenie pieniędzmi, albo warzywka ci zgniją”. Tak, tak, śmieszne. Ale i żałosne. Chociaż z drugiej strony za wszystko trzeba płacić, więc skoro ktoś nam udostępnia gry, teoretycznie za darmo, bo przecież za nie nie płacimy, to dlaczego z nich nie skorzystać? I my, wiernie podążamy za pragnieniem rozrywki, chociażby polegającej na zebraniu wirtualnej marchewki z pola. Codziennie, najpierw pół godziny, potem dwie, aż w końcu zaraz po przyjściu z uczelni czy pracy, rzucamy wszystko i biegniemy włączyć komputer. Obiad? Coś się odgrzeje... Zakupy? No dobra, ale trwające pół godziny i w najbliższym sklepie, nieważne za jaką cenę.

Często tak zaczyna się uzależnienie. Pojawia się przymus codziennego grania jak najdłużej. Najczęściej kobiety, które nie potrafią żyć bez gier komputerowych, chodzą normalnie do pracy, która daje im przecież pieniądze, a bez nich nie mogłyby grać. Istnieją skrajne przypadki, gdzie dziewczyny tak się uzależniły, że nie robią nic poza graniem aż do wyłączenia prądu lub znalezienia się w szpitalu. Tak, jest to smutne. Ale i prawdziwe. Większość ludzi żyjących w cywilizowanym świecie jest uzależniona od Internetu, komputera, gier komputerowych często nie zdając sobie z tego sprawy. A kobiety jako płeć podatniejsza na uzależnienia są bardziej narażone na negatywne działanie takich rozrywek. Dlaczego się uzależniamy?

Stres. To główna przyczyna sięgania po gry komputerowe. Dzięki nim zapominamy o tym, co doprowadza nas do furii, o niezadowolonym szefie, wrzeszczącym mężu, zbyt wielu zadaniach do wykonania w krótkim czasie. Rozluźniamy się zabijając potwory. Często wyobrażamy sobie przy tym, że są one wirtualnym odpowiednikiem czynnika stresującego np. jedna kreatura to kierownik, inna – znienawidzona nauczycielka, kolejna – matematyka. Jak dobrze, że możemy zabić kogoś bez żadnych konsekwencji! Wyżywanie się w grach na denerwującej nas osobie lub innym stresorze to bez wątpienia jedna z zalet gier, dopóki ktoś nie wyjdzie na ulicę zabijać w realnym świecie. Wytwarza się reguła: im więcej stresu, tym więcej grania, a większa ilość czasu przeznaczona na gry powoduje niewywiązywanie się z obowiązków w realnym życiu, co z kolei skutkuje wzrostem stresu. I mamy błędne koło, z którego naprawdę trudno wyjść.

Niesatysfakcjonujące życie codzienne. Sięgamy zatem po strzelankę lub RPG, żeby się wyżyć, ale po simsy, jeżeli chcemy ekscytującej codzienności, w której wszystko się udaje. Co tu dodać więcej? Każdy chce mieć fajny samochód, dom z basenem, dużo pieniędzy, udane imprezy i przystojnego faceta posiadającego tylko takie cechy, które nam odpowiadają. Bez konieczności brudzenia sobie rąk, sprzątania, przygotowywania, harowania i stresu, że coś pójdzie nie tak. Możemy jeść, co chcemy (żadnego tycia!!), albo złośliwie dla żartu usunąć drabinkę po wsadzeniu do basenu kilku simów.

Oprócz podanych wyżej przykładów, istnieje o wiele więcej czynników sprawiających, że nie można odejść od komputera. Tak jak u mężczyzn może to być rywalizacja typu: mam wyższy level (poziom), ale także osobista podatność na uzależnienia, nieumiejętność radzenia sobie ze stresem i niepowodzeniami, nawet kompleksy i niskie poczucie wartości. Bo w grach świat jest ładniejszy i łatwiejszy niż w rzeczywistości. Tam nie ma restrykcyjnych zasad dotyczących diety, wrzeszczącego szefa, stosu książek do nauki, zadań nie do wykonania. Możemy być piękne, przeżywać wspaniałe przygody, nie martwić się o nic. Nawet w grach zachowujemy anonimowość. Sidła tej pułapki są niezwykle przyjemne i niewidoczne na początku. Dopiero po dłuższym czasie, nawet po kilku latach okazuje się, że wolimy zasadzić krzaczek w Internecie niż wyjść z domu. I wtedy pojawia się problem, Kiedy niezauważalnie stajemy się ofiarami własnych pragnień.

Warto się już teraz zastanowić, ile czasu spędzamy grając w różne gry zamiast rozwiązywać realne problemy. Bo później możemy mieć o wiele większe kłopoty i przestać odróżniać świat rzeczywisty od wirtualnego.

Anita Karolczak, 22l.

Czytaj więcej...

Walczące z bykami

Pojedynek oko w oko z symbolem witalności, taniec ze śmiercią czy zwykły akt okrucieństwa przekazywany z pokolenia na pokolenie?

Arena pełna emocji. Byk okrąża plac. Torreadorzy posługując się różowymi płachtami, prowokują go do walki. Za chwilę wyjedzie na koniu pikador, by wsadzić pikę w kark el toro bravo.

Zaraz za nim widać banderilleros, pieszych mężczyzn wbijających w garb byka włócznie ze wstążkami. Na skórze zwierzęcia pojawia się czerwień, a on sam zaczyna słabnąć. Słychać okrzyki. Na arenę wkracza główny walczący-matador. Trzymając muletę i szpadel wykonuje specyficzne ruchy, by osłonić się przed rogami. Kiedy już wie, że to właściwy moment, wbija szpadę w rdzeń kręgowy byka. Tłum wiwatuje - zwierzę pada. Po głowie matadora krąży jedna myśl: „Zwyciężyłam!”.

Corrida. Jedna z niewielu tradycji, które budzą tak skrajne emocje, począwszy od burzliwych kontrowersji, a kończąc na akcie składania hołdu takim działaniom. Dlaczego jednak nie zaprzestano czcić owych widowisk? Co więcej, traktuje się je niemalże na równi ze sportami olimpijskimi?

Z każdym rokiem przybywa coraz to większa grupa kandydatów na stanowisko „ujarzmiaczy byków”, a w niej, jeśli odwaga dopisze, pojawia się płeć piękna.

Aby choć trochę zrozumieć fakt istnienia Corridy, jej przetrwania do czasów współczesnych i zaangażowanie się w jej przebieg kobiet, które raczej widziane są, jako te słabe i za wrażliwe, proponuję przez chwilę spojrzeć na ten zwyczaj oczami Hiszpana.

Trzeba jednak wspomnieć, że walki z bykami nie odbywają się jedynie w słonecznej Hiszpanii. Można je również oglądać w Meksyku, Ekwadorze, Francji czy Portugalii. Chociaż to właśnie Półwysep Iberyjski króluje w tego typu przedsięwzięciach.

Kulturalny fenomen Corridy polega na tym, że tradycja ta wędrowała z kraju do kraju, nie mając tak naprawdę swojej Matki. Wiele źródeł opowiada się za własnymi hipotezami i analizami. Jedni twierdzą, że walki z bykami przywędrowały od Arabów, inni natomiast uważają, że początek Corridy powinien być przypisany żołnierzom rzymskim, którzy przywieźli ją na Półwysep.

Tak czy inaczej, Corrida to nie sport. To rytuał zapoczątkowany przez wierzenia i mitologię. Czego religia nie robi z człowiekiem, prawda? Prawdopodobnie tradycja ta opiera się na mitraizmie, wiary w jednego z bogów rzymskich, który schwytał byka i złożył go, jako ofiarę, by świat mógł dokonać odnowy. Bez większego zaskoczenia, możecie się drogie czytelniczki spodziewać, że proces odnowy miał miejsce.

Przekazując z dziada, pradziada nadrzędną wartość i symbolikę, jaką reprezentuje sobą Corrida, trudno się dziwić, że wiele osób nie patrzy na nią w kategoriach zła i niemoralnych czynów. To jest sztuka, akt wystawiany tylko przy szczególnych okazjach. Niegdyś pogański obrzęd przerodził się w wielkie show, które przyciąga tysiące widzów.

Innym aspektem tego widowiska jest pogląd o płci matadora. Większość zwolenników owej dyscypliny uważa, iż to wyłącznie mężczyźni powinni szczycić się walką z bykami. Ale jak to w życiu bywa, pojawiły się kobiety, głośno manifestujące: „Ja też chcę! Dam radę”.

Zawód matadorki jest niezwykły pod każdym względem. Współcześnie na świecie żyje tylko kilka kobiet mogących wspominać walki z rozdrażnionym bykiem. Jaką trzeba mieć odwagę, by stanąć przed wielkim bydlęciem i nie uciec! Mówicie, że można?

Byki hodowane na Corridę to specjalna rasa cechująca się agresywnością. Rozjuszone przy tym wcześniej przez pikadorów, mimo, że są poranione, stanowią zagrożenie. Kobiety, które zdecydowały się na tego rodzaju dyscyplinę to nie „herod-baby”. To szczupłe, drobnej postury dziewczyny, które tylko dzięki swojej wytrwałości nie zostały „wygryzione” ze środowiska matadorów i niezabite przez byki. Z początku wzbudzały śmiech i konsternację „Jak to, kobieta?”. Jednak większość widzów zmieniało zdania, gdy zwierzę leżało na ziemi ze szpadlem w karku. Aby spokojnie poruszać się w tej dyscyplinie, nie ma znaczenia wyłącznie odwaga i wytrwałość. Byki nie plasują się w grupie zwierząt typu: „cip, cip, taś, taś”. Dlatego każdy przyszły matador, nie zważając na płeć musi przejść długie szkolenie, w trakcie którego uczy się jak zadawać ciosy, jak wytrzymać walkę pod względem fizycznym i psychicznym. Gdy trener stwierdzi, że uczeń jest gotowy, następuje egzamin, nie mający nic wspólnego z teorią! Istotną kwestią jest też sam proces walki, w jaki sposób ona przebiega. W Corridzie nie liczy się samo zabicie zwierzęcia. Ważny jest natomiast styl pokonania przeciwnika. To, w jaki sposób matador doprowadzi do zwycięstwa, będzie miało swoje odbicie w nagrodzie i opinii na arenie. Jeśli osoba walczy w dobrym stylu i uczciwie, nagrodą jest ucho byka, jeśli jest mistrzem - uszy i ogon. Sama chyba zainteresuję się tym fachem. Zawsze chciałam mieć uszy i ogony byków wywieszone na ścianach mojej hacjendy! Ten sam świat, a jak odmienna kultura!

Pierwszą meksykańską matadorką, która z dumą rozwieszała uszy i ogony byków jest Raquel Martinez. Niezwykłą popularność przyniósł jej nie tylko fakt, że jako pierwsza niewiasta stanęła oko w oko z wielkim, rogatym zwierzęciem, ale to, że okazała się lepsza od niejednego mężczyzny. Triumfowała od 1977r. do początku lat dziewięćdziesiątych. Harda, pełna ducha walki blondynka jednak nie zaprzestała swojej kariery z męskimi odpowiednikami krów. Dzisiaj prowadzi szkołę dla matadorów, w której uczą się najlepsi.

Inną kobietą, która tak jak jej poprzedniczka pobiła rekordy zawziętości i walki o sukces na arenie, jest Cristina Sanchez. Cristina również została pierwszą matadorką, ale w Hiszpanii. Zadebiutowała w 1993r., a o jej sukcesach można było usłyszeć nie tylko na Półwyspie Iberyjskim. Zdobyła wiele nagród (pamiętacie, co to za nagrody?) w Meksyku i Ekwadorze. Przez wielu została uznana za symbol niezłomnej walki, a tu was zaskoczę, nie z bykami, lecz z kolegami po fachu, którzy zacięcie podkładali jej kłody pod nogi.

Ostatnią matadorką, o której chciałabym wspomnieć jest Hilda Tenorio, młoda dziewczyna podbijająca meksykańską Corridę. Jej historię i ją samą możemy poznać w jednym z odcinków Kobiety na krańcu świata Martyny Wojciechowskiej. Choć Hilda ma dopiero dwadzieścia sześć lat już zdążyła pokazać swoje możliwości. Jako pierwsza kobieta miała okazję ujarzmić byka na wielodekadowej arenie la Plaza Mexico, zdobywając tym samym uznanie publiczności.

Nie byłoby nic zdumiewającego w walkach prowadzonych przez kobiety, gdyby nie fakt, że toczony jest pojedynek nie tylko z samym bykiem, ale i z samcami homo sapiens. Powszechnie, uważa się, że ta dyscyplina dotyczy wyłącznie mężczyzn, a całe środowisko Corridy, od strony „kulis” powinno być niedostępne dla płci pięknej. Dlatego też, każda kobieta, która chciała pokazać się na arenie z muletą, musiała zebrać w sobie chęci zarówno do przejścia ciężkiego treningu, jak i do wejścia w męski świat.

Wszystkie trzy bohaterki przyznawały z nieukrywanym żalem podczas wywiadów, że gdyby Corrida nie należała do płci przeciwnej, nie odczuwałyby wzmożonej presji i stresu. Starcie z bykiem dostarcza ogromną dawkę adrenaliny, a świadomość bycia w centrum uwagi-stresu. Można się jednak nauczyć odporności na tego typu napięcia podczas szkolenia. Gorzej wypada nauka wewnętrznego optymizmu i wytrzymałości psychicznej, pod względem radzenia sobie z nieukrywaną pogardą ze strony mężczyzn.

Niechęć do występów niewiast nie objawia się jedynie przez niestosowne i obraźliwe docinki: „Nie dasz rady. Przyniesiesz wstyd sobie i rodzinie!”. Słowa wypowiadane nie na miejscu, zawsze można puścić mimo uszu. Sytuacja staje się napięta wtedy, gdy arogancja przeradza się w praktykę. Mowa tu o braku tolerancji organizatorów Corridy i jej uczestników. Każdy matador przed występem podpisuje kontrakt, który zapewnia go o powadze przedsięwzięcia i możliwości pojedynku z bykiem. Wyobraźmy sobie teraz, że któryś z szanowanych matadorów żąda usunięcia walczącej z listy uczestników, gdyż nie życzy sobie wystąpienia z nią na arenie. Jakie jest zachowanie organizatorów? Skreślają z listy bez mrugnięcia okiem. W takim momencie kobieta może tylko oglądać byki z perspektywy widza. Cristina Sanchez, gdy odchodziła od tej dyscypliny, wyznała, że nie doceniono jej możliwości i talentu tak, jak na to zasługiwała.

Lekceważenie i dyskryminacja kobiet w różnych dziedzinach życia była, jest i będzie obecna. Tak został stworzony świat, gdzie męskie ogniwo jest najważniejsze.

Zastanawiam się jednak nad jedną kwestią. Dlaczego w środowisku Corridy nie ma jedności? Dlaczego ciągle powtarzając o niewłaściwej interpretacji owych walk, organizatorzy i popularni matadorzy urządzają „szkołę przetrwania” swoim zwolenniczkom? Na okrągło słyszymy, że to nie sport, to rytuał, to sztuka! To coś głębszego, symbolicznego! Skoro to nie jest sport, bo w sporcie zawodnicy są dzieleni na poszczególne kategorie, to Corrida powinna jednoczyć. Zważywszy na to, że wystawiana jest tylko przy szczególnych obchodach, kiedy to wszyscy razem świętują ważne wydarzenie i czuć ducha wspólnoty.

A Wy, co o tym myślicie? Którąś z Was naszła ochota na Corridę?

Paulina Nawrocka, 23l.

etnolingwistyka UAM




8-12


Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Życie bankowe

  • Opublikowano w Magazyn

bank1Każda z nas nie raz korzystała w swoim życiu z usług banków. Tak naprawdę jesteśmy ich klientkami cały czas, dzień i noc. Coraz więcej osób ma przecież internetowe konta, dzięki którym bez problemów można zarządzać swoimi finansami, wykonywać przelewy i sprawdzać w każdej chwili, na co kilka miesięcy temu wydałyśmy określone sumy.

Często zdarza się jednak, że nie wszystkie kwestie rozwiążemy za pomocą dobrodziejstw techniki. Wówczas osobiście wybieramy się do konkretnej instytucji. Jakie odczucia nam przy tym towarzyszą? Część osób lubi całą otoczkę towarzyszącą bankom. Eleganckie gmachy, a w nich profesjonalne doradczynie w szykownych garsonkach i doradcy w świetnych garniturach, gotowi pomóc nam w każdej kwestii, a jeśli zachodzi taka potrzeba sprawić również, byśmy otrzymali potrzebną nam gotówkę. Grupa druga natomiast nie bardzo za nimi przepada. Jej przedstawiciele uważają, że imponujące budynki banków są zbudowane tylko i wyłącznie dzięki ciężko zarobionym pieniądzom zwykłych Polaków, przemiłe osoby w nich pracujące są podstępne, a za ich uśmiechami kryje się chęć wyłudzenia od swoich klientów pieniędzy.

 

Jak zatem życie bankowe wygląda od tej drugiej, pracowniczej strony?

 

O blaskach i cieniach swojego zawodu opowiada mi 27-letnia Agata, zatrudniona w filii jednego z mniejszych banków, znajdującej się w dużym mieście. Już na samym początku naszej rozmowy pytam ją jak to możliwe, że się tam znalazła, skoro kierunek studiów, który skończyła nie ma zupełnie nic wspólnego z finansami. - Trafiłam do tej instytucji, gdy dowiedziałam się od znajomej, że zwolniło się miejsce w jej banku. Nie myślałam wcześniej o takim rodzaju pracy, ale wybrałam ją z uwagi na ciężką sytuację na rynku. Do zdobycia tej posady wystarczyły umiejętności nabyte wcześniej w sklepie sportowym, gdzie pracowałam jako sprzedawca. Liczyła się po prostu umiejętność sprzedania produktu klientowi. Kobieta opowiada, że na początku ciężko jej było odnaleźć się w tym świecie. System bankowy jest niestety bardziej skomplikowany niż obsługa kasy fiskalnej, ale, jak sama podkreśla, po miesiącu radziła sobie już całkiem nieźle. Chociaż do tej konkretnej pracy nie każdy się nadaje. - Potrzebne jest przede wszystkim nastawienie na realizację tzw. targetu, czyli sprzedaż jak największej ilości produktów takich jak karty kredytowe, kredyty gotówkowe, itd. Trzeba umieć nawiązywać dobry kontakt z klientem, wzbudzać jego zaufanie.

 

bank2Typowy dzień pracy Agaty zaczyna się o 9 rano. Wówczas przychodzi ona do biura, sprawdza pocztę, czyta maile dotyczące zmian promocji, regulaminów itp. Zawsze też kierownik regionalny wysyła zarówno jej, jak i innym pracownikom raport ze sprzedaży z całego regionu, z którym trzeba się zapoznać i porównać własne wyniki z tymi należącymi do innych osób. Agata z uśmiechem dodaje, że oczywiście zawsze znajdzie się czas na rozmowę z koleżanką z pracy i kawę. – Głównie obsługuję też klientów, dzwonię do osób, które już korzystały z naszych usług, proponuję np. kredyt gotówkowy. Z tego jesteśmy rozliczane przez kierownika regionalnego. Generalnie staramy się realizować plan sprzedaży.

 

Jeśli chodzi o samych klientów to raz na jakiś czas zdarza się opryskliwa osoba, która potrafi popsuć nastrój na cały dzień, ale na szczęście więcej jest tych przyjaznych. Agata opowiada mi o jednej z kobiet przychodzących do banku: - Mam np. klientkę, która zawsze mnie odwiedza, gdy jest na zakupach. Traktuję ją jak babcię, jest bardzo miła. Zaznacza też, że nie przepada za klientami, zwłaszcza tymi starszymi, którzy nudzą się w domu i przychodzą porozmawiać - takie dyskusje trwają zwykle dość długo, a ona nie może w tym czasie obsługiwać innych klientów. - Najgorsi są jednak tacy, którzy widząc że mam klienta, podchodzą z jakimiś pretensjami, np. dotyczącymi wyciągu, albo zablokowania karty. Wtedy nowa osoba zazwyczaj ucieka, aczkolwiek są też tacy, którzy stają w naszej obronie.

 

Kiedy zadaję Agacie pytanie o zarobki, wprost odmawia mi odpowiedzi i od razu tłumaczy dlaczego musi to zrobić: - Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, bo obowiązuje mnie tajemnica bankowa, której złamanie grozi zwolnieniem z pracy. Może natomiast i chętnie mówi o sztuczkach, które stosują banki. Główną z nich jest pokazanie korzyści, a ukrycie wad danego produktu, czyli np. nie mówienie o opłatach za kartę, ale podkreślanie kwestii związanych ze zwiększeniem oprocentowania przy lokacie, dodawaniem darmowego ubezpieczenia do karty kredytowej, które po jakimś czasie i tak staje się płatne. - Klienci są coraz bardziej świadomi i pytają o szczegóły, ale są też tacy, których nie interesuje to, co podpisują.

 

W sprawie ułatwień stosowanych dla klientów, którzy mają problemy ze spłatą, wyłącznym i rzeczywiście stosowanym jest konsolidacja kredytów, czyli połączenie wielu w jeden. Klient płaci wówczas niższą ratę, ale spłata rozciąga się w czasie, więc tak naprawdę przepłaca. - Często jest to jedyna opcja, żeby sobie poradzić z zadłużeniem.

 

Mogłoby się wydawać, że praca nieustannie ukierunkowana na osiąganie odpowiednich wyników oraz porównywanie ze współpracownikami jest stresująca i męcząca. Moja rozmówczyni jednak ani przez chwilę nie narzeka. - Jestem zadowolona z pracy, bo ją mam, a dziś trudno o dobrą posadę. Mamy kryzys, zwiększa się bezrobocie. Nie jest to praca, którą chcę wykonywać przez całe życie. Wolałabym ją zmienić, ale na razie brak mi motywacji. Myślę, że moja następna praca nie będzie związana z finansami.

 

bank3Trudno jest wymienić jednoznacznie pozytywne strony tego zajęcia. Agata wskazuje, że w jej banku nie ma możliwości awansu. W hierarchii nad nią znajduje się lider, a nad nim już tylko kierownik regionalny, więc na szczególny rozwój nie można liczyć. Kobieta pracuje od kwietnia 2010 roku. Nie udało jej się awansować, chociaż, jak sama podkreśla, była bardzo blisko. Niestety, wcześniej podpadła kierowniczce regionalnej w swoim pierwszym banku i mimo wszelkich starań awans na lidera przypadł jej koleżance. - Dziś się z tego cieszę, bo ominęła mnie praca papierkowa, pilnowanie dokumentacji i utrzymywanie w niej porządku. Ta koleżanka, która została liderem jest odpowiedzialna za naszą placówkę, a zarabia niewiele więcej ode mnie. Jeśli chodzi o szkolenia, to firma wysyła nas na nie, ale szczerze mówiąc nie są one szczególnie wartościowe. Nie wnoszą nic nowego do naszej pracy, nie wiem czy w ogóle są nam potrzebne, bo jesteśmy najlepszą placówką w regionie - trochę mija się to z celem.

 

Jest natomiast kilka ciemnych stron. Przede wszystkim główną z nich jest konieczność realizowania planu, bez względu na wszystko. Z jednej strony trzeba dbać o pozytywny wizerunek firmy, ale z drugiej należy być bezwzględnym i np. ubezpieczać każdy kredyt, podczas gdy jest to po prostu większy koszt dla klienta, który przepłaca, często niepotrzebnie. - W poprzednim banku, ten obecny jest już moim drugim, liczyło się - niestety muszę użyć tego słowa - naciąganie emerytów na karty kredytowe. Czasem po odejściu takiego staruszka od mojego biurka szłam do łazienki, żeby się nie rozpłakać przy ludziach... Tak było mi szkoda tych nieświadomych osób, które za 700 złotych emerytury muszą przeżyć cały miesiąc. Po 3 latach pracy w bankach nie mam już takich wyrzutów sumienia. Można powiedzieć, że się zahartowałam, jestem obojętna. Na szczęście w życiu prywatnym jestem inną osobą. Wracam do domu z pracy i staram się o niej nie myśleć.

 

Nieprzyjemne mogą być także kontakty z przełożonymi. Agata mówi, że jej pierwsza kierowniczka regionalna nie lubiła jej od samego początku. - Czepiała się zawsze, gdy odwiedzała filię, ale przy tym nie była też zbyt kompetentną osobą, nie znała się na systemie... Ot taka osoba do kontrolowania pracowników. Uwielbiała pisać maile, które można określić jako formę mobbingu, groziła zwolnieniami itp. Miałam z nią kilka nieprzyjemnych sytuacji. Zawsze, gdy przyjeżdżała, pracownikom towarzyszył niesamowity stres, po prostu te wizyty były koszmarne. Na szczęście już nie pracuje. Obecnie mam lepszą kierowniczkę, jest to osoba z wykształceniem ekonomicznym, pracowała w wielu instytucjach finansowych, ubezpieczeniach itd. Czasem jest nieco złośliwa, choć ogólnie da się z nią wytrzymać. Ma specyficzny sposób bycia, ale zawsze nam pomaga, gdy jest jakiś problem. Wspiera nas i dodaje otuchy. Dobrze mi się z nią pracuje – dodaje pełna optymizmu.

 

Jak możemy wywnioskować ze słów Agaty praca doradcy klienta w banku nie należy do najłatwiejszych. I to nie za sprawą skomplikowanych reguł czy konieczności znania rynku finansowego, ale głównie poprzez ciężar psychiczny, który trzeba znosić, gdy oferuje się kolejnym osobom niezbyt korzystne dla nich umowy. Pomimo nawet najlepszych intencji i najszczerszych chęci, trzeba niestety realizować plan instytucji, w której jest się zatrudnionym, by samemu mieć możliwość utrzymania. Zarówno Agata, jak i każda inna kobieta pracująca w którymkolwiek z banków wykonuje tylko swoje zadania. Możemy być pewne, że żadna z nich nigdy nie chciałaby nas oszukać, jednak sytuacja na rynku pracy często wymusza zachowania niezgodne z własnymi poglądami. Jestem przekonana, że niejedna z nas, niezależnie od tego w jakim sektorze pracuje, musiała w swoim zawodowym życiu robić rzeczy, które normalnie, z punktu widzenia naszych sumień i moralności, są niewłaściwe. Dlatego też na przyszłość pamiętajmy, aby przed kolejnym osądzeniem bankowego doradcy zastanowić się, kto tak naprawdę decyduje o naszych finansach. Z całą pewnością nie miła Pani, która czeka na nas w okienku, ale w największym stopniu my same i nieco mniejszym rynek oraz sytuacja gospodarcza. A jeśli robi to ktokolwiek pracujący w banku, to nie bohaterka tego artykułu, ani jej koleżanki, lecz wysoko postawiona kadra zarządzająca.

 

Dlatego też zachęcam, drogie Czytelniczki, do rozważnego podejmowania decyzji o zaciąganiu kredytów czy wzięciu kolejnej karty. Lepiej odkładać pieniądze przez jakiś czas i dopiero wówczas kupić wymarzoną rzecz, niż kupować pieniądze. Celowo piszę tu kupować, bo przecież za każdą złotówkę wziętą z banku musimy w przyszłości zapłacić z procentem. Jeśli już decydujemy się na kredyty, zadawajmy pytania osobom, które nam ich udzielają. Z chęcią rozwieją one wszelkie nasze wątpliwości.

 

Jeżeli, tak jak w przysłowiu, dajemy się nabić w butelkę, to tylko przez własną łatwowierność i niechęć do sprawdzania informacji, które wydając nam się nieistotnymi, po pewnym czasie sprawiają, że dziwimy się, jak dużo kosztują nas konkretne bankowe usługi.

 

Imię oraz wiek bohaterki zostały zmienione na jej życzenie.

Czytaj więcej...
Subskrybuj to źródło RSS