Menu
logo tjk main

Wychować więźnia

  • Opublikowano w Magazyn

wiezien1- Często spotykam się z tym, że więźniowie chcą się zmienić. Niektórzy na końcu wyroku są przenoszeni do zakładu półotwartego, a później wychodzą na wolność. Zwykle mają oni rodziny, zależy im na tym, by normalnie żyć. Ci, którzy byli skazani po raz pierwszy zazwyczaj wychodzą ze swojej „drogi bezprawia”. Niestety te osoby, które były skazywane już kilkakrotnie, częściej wracają do swojego „dawnego procederu”. – opowiada 35-letnia Alicja, wychowawca działu penitencjarnego.

 

Można mężczyzn, od razu zwraca na siebie uwagę słuszną budową ciała i stanowczym wyrazem twarzy. Nic bardziej mylnego. Alicja jest bardzo drobna, niezwykle kobieca i pogodna. O swojej razu nasuwa mi się pytanie: skąd pomysł na realizowanie się w takim właśnie zawodzie? - Ciekawiło mnie, jak wygląda życie za murami więzienia, jacy ludzie tam przebywają i co może się tam dziać. Zawsze łatwo nawiązywałam kontakt z innymi, więc myślałam, że tak samo będzie w stosunkach z więźniami. Oczywiście ideały były takie, że skupię się na pomaganiu tym ludziom i zmienianiu ich życia – opowiada kobieta i uprzedza moje kolejne pytanie podkreślając, że rodzice nigdy nie doradzali jej przy wyborze kierunku studiów. - Bali się jednak, że praca w więzieniu jest niebezpieczna dla kobiety. Poza tym kiedy wybierałam kierunek studiów, kobieta jako pracownik więzienia była wyjątkiem. Alicja doskonale zdawała sobie sprawę, że jeśli poważnie myśli o swojej zawodowej karierze, musi ukończyć resocjalizację. Obecnie zatrudnienie jako wychowawca można zdobyć posiadając również dyplom innego kierunku, konieczne jest jednak zrobienie studiów podyplomowych. - Poszłam na uczelnię. Pierwszy rok był bardzo ogólny. Nic, co konkretnie dotyczyłoby resocjalizacji, ale już na drugim roku dołączyłam do koła naukowego, z którym organizowaliśmy różne akcje, np. zbieranie na święta żywności i zabawek dla osadzonych kobiet i ich dzieci. Wolontariat tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że chcę pracować z więźniami. Do V roku stale miałam kontakt z więźniami i więźniarkami. Przez uczelnię wydzielane były grupy i przydzielani do nich osadzeni, z którymi mieliśmy spotkania.

 

wiezien2Po studiach Alicja pracowała jako pedagog szkolny, zaznacza jednak, że nie było to zajęcie, które mogło dać jej satysfakcję. W międzyczasie nieustannie składała podania do zakładów karnych i w końcu zdobyła wymarzoną pracę.

 

Podczas całej rozmowy odnoszę wrażenie, że najtrudniejsze jest dla Alicji poradzenie sobie z wszechogarniającą biurokracją, co rzeczywiście sama zainteresowana potwierdza. – Merytoryczna część pracy nigdy nie stanowiła dla mnie problemu, najgorsze było odnalezienie się w papierach. Właśnie wokół nich zorganizowany jest cały dzień pracy wychowawcy więziennego. Alicja opowiada, że pierwszym jej zadaniem każdego ranka jest wyprawa na swój oddział, gdzie podlega jej kilkudziesięciu osadzonych (każdy z wychowawców ma od 50 do 120 podopiecznych). Od razu musi zapoznać się z dokumentacją dnia poprzedniego i z tzw. książką, w której zapisane są wszystkie ważne wydarzenia. – Mój zawód polega również na stałej współpracy z innymi pracownikami zakładu. Obowiązkowo spotykam się z oddziałowymi. Mówią mi oni czy nie stało się coś, o czym powinnam wiedzieć, np. czy ktoś zachorował, wdał się w bójkę, wydarzyła się istotna sprawa w życiu prywatnym osadzonych. Kiedy kobieta zbierze wszystkie informacje, stawia się na odprawie oddziału, gdzie zgromadzeni są kierownicy wszystkich działów i wychowawcy. Omawia się tam wraz z psychologami sytuację w całym oddziale, po to by uzyskać pełny obraz życia na terenie jednostki. Porusza się też sprawy dotyczącego tego, kto z kim może być w celi. - Później każdy z nas idzie na własny oddział. Zabieram ze skrzynki od oddziałowego wszystkie listy, które osadzeni chcą wysłać oraz prośby od nich od dyrektora. Zapoznaję się z tymi listami. Pobieżnie je przeglądam pod kątem zawartości - czy nie ma tam obraźliwych słów, gróźb, przedmiotów niedozwolonych. Potem zaklejam je i ktoś z innego działu je odbiera. Następnie przeglądam prośby do dyrektora. Po kolei je opiniuję, czyli piszę, czy dyrektor powinien się do nich przychylić, czy też nie. I znów zaczyna się papierowa robota. Każdy więzień ma swoje akta, tzw. teczkę osoboznawczą. U skazanych co pół roku trzeba wystawić ocenę okresową. Jeśli coś ważnego się wydarzyło, to należy zrobić notatkę, zgłosić to np. do psychologa. Często sporządza się opinie do sądu, bo sąd o to prosi. Później wychowawcy prowadzą wizytację cel z oddziałowymi, podczas których wysłuchuje się czy skazani mają jakieś prośby, obserwuje czy nie mają obrażeń, czy w celi wszystko jest w porządku. – Jakie zazwyczaj mają oni prośby? Różne – czasami potrzebują pozwolenie konieczne do pojechania na pogrzeb bliskiej osoby, a czasami zwracają się z czymś zupełnie błahym, np. chcieliby dostać kartkę i długopis. Wizytacja trwa około godziny, później Alicja wraca do gabinetu i rozwiązuje sprawy osadzonych. I znów jest tu pełen wachlarz próśb i uwag. – Zdarza się, że pytam dział finansowy o możliwości robienia zakupów przez osadzonych na terenie jednostki. Polega to na tym, że rodzina osadzonego może przesyłać mu pieniądze. Jeżeli tego dokona, istnieje możliwość zakupienia trzy razy w miesiącu przedmiotów dopuszczonych przez dyrektora. Osadzony dostaje wówczas kwitki z oznaczeniem, ile pieniędzy ma do dyspozycji. Zazwyczaj dopuszczone przedmioty to: papierosy, kawa, lepsza pasta do zębów i podstawowe artykuły spożywcze (puszki, zupki chińskie, słodycze). Po papierowej pracy Alicja jako obserwator bierze udział w wydawaniu obiadu. Przygląda się wówczas całemu procesowi i poprzez m.in. zwróceniu uwagi na kolejność, w jakiej ustawiają się osadzeni, może określić pozycję w grupie poszczególnych osób. Kobieta dodaje także, że pomiędzy jej codziennymi poszczególnymi zajęciami zdarzają się przerwy na rozmowę z więźniami, zrobienie notatki czy wydanie opinii na temat udzielenia przepustki. Codziennie dzieje się coś w życiu osadzonych, a do tego ciągle dochodzą nowi podopieczni. - Cały czas jesteśmy w gotowości, że coś się może zdarzyć. Nie ma czasu na to, żeby usiąść i wypić kawę. Ponadto każdy wychowawca prowadzi indywidualny program autorski, coś na kształt kółka zainteresowań, np. modelarstwo czy rysunek. Istnieje też zasada, że kiedy więzień ma jakiś problem, przychodzi do wychowawcy. Wówczas prowadzi się działania tonujące, uspokajające, by mógł on wrócić do celi w dobrym stanie psychicznym.

 

wiezien3Kiedy pytam Alicję o możliwości awansu i ogólne perspektywy rozwoju, podkreśla ona, że przede wszystkim w służbie więziennej nie ma problemu dyskryminacji ze względu na płeć – kobieta ma taką samą drogę kariery zawodowej, co mężczyzna. Cały czas w trakcie służby trzeba się szkolić. Istnieje szkoła oficerska – wychowawcy w więzieniach mają stopnie wojskowe, moja rozmówczyni posiada stopień porucznika. Jeśli wykazuje się chęci, nie ma dużego problemu z otrzymaniem awansu. A kwestie finansowe? Na początku, będąc młodszym wychowawcą otrzymuje się ok. 2700 zł, składa się na to uposażenie zasadnicze i dodatek za stopień. Wychowawca taki jak Alicja zarabia miesięcznie w przybliżeniu 3300 zł.

 

Oprócz wynagrodzenia ważna jest oczywiście satysfakcja osiągana w związku z wykonywaniem tego rodzaju pracy. – Spotkałam na swojej drodze kilku skazanych, którzy mówili, że zakład karny uratował im życie, bo np. codziennie pili lub ćpali, a dzięki zamknięciu zerwali z nałogiem. Narkomanów łatwiej się „naprawia”, bo dostają leki. Trudniej jest z nałogowymi alkoholikami, bo czasami mają zwidy, bywają agresywni, nieobliczalni. Objawy po odstawieniu alkoholu mogą wystąpić nawet po dwóch tygodniach od osadzenia.

 

Szczególnie interesująca wydaje mi się kwestia kontaktów wychowawcy z więźniami, dlatego też pytam wprost czy zdarzają się przypadki nawiązania bliższych relacji. Alicja szybko rozwiewa moje wątpliwości. - Jeśli więzień chce nawiązać bliższą znajomość, trzeba zachować dystans, bo zazwyczaj jest to z jego strony interesowne, jest świetnym manipulatorem. Zdarza się, że więzień zakocha się w swojej wychowawczyni i kiedy zostaje przeniesiony, pisze listy miłosne. Ogólnie wobec kobiet wychowawców osadzeni są milsi niż wobec mężczyzn, nie przejawiają agresji, dbają o siebie, chcą wywrzeć dobre wrażenie. Czasami zdarzają się z ich strony wyzwiska pod naszym kierunkiem, ale również bardzo rzadko. Wychowawców obowiązują pewne standardy pracy. Nie można wejść w bliskie relacje z osadzonymi. Dlatego też pomaga się im, ale na zasadzie dawania wędki, a nie ryby. Można proponować formy spędzania czasu wewnątrz jednostki, ale też na zewnątrz, np. spotkania AA. Motywuje się do pewnych zachowań, ale nie wchodzi w więzi zarezerwowane dla bliskich osób. Trzeba być rzeczowym, stanowczym, konsekwentnym, dotrzymywać słowa. Nie można dawać obietnic bez pokrycia. Ogólne zasady postępowania z więźniami określa kodeks karny wykonawczy z dnia 6 czerwca 1997 roku, szczególnie art. 67.

 

Alicja nie jest wychowawcą w oddziale kobiecym, ale od znajomej, która właśnie w takim miejscu pracuje wie, że profil osób, które tam trafiają, podobnie jak w zakładzie dla mężczyzn, nie jest jednorodny. Najdłuższe wyroki odsiadują zazwyczaj kobiety będące ofiarami przemocy domowej, które podczas kolejnej awantury zabiły męża. Zdarzają się też uzależnione od narkotyków, skazane za posiadanie lub handel. Przez nałóg kradną, prostytuują się. Są też osoby wykształcone osadzone za oszustwa finansowe, jednak nie jest ich aż tak dużo.

 

Praca wychowawcy penitencjarnego nie jest lekka, ale z pewnością można o niej powiedzieć, że gwarantuje dużą dawkę emocji i zapewnia ciągle nowe zadania oraz kwestie, które trzeba na bieżąco rozwiązywać. Ponadto może przynieść wiele satysfakcji, nie tylko ze względu na dosyć dobre wynagrodzenie, ale głównie z powodu poczucia wypełniania pewnej misji, a także ciągłego kontaktu z ludźmi. Kończąc naszą rozmowę, kobieta wskazuje na jeszcze jeden plus swojego zawodu. – Psychicznie nie ma on na mnie negatywnego wpływu, ale głównie dzięki świadomemu spędzaniu czasu wolnego, pracowaniu nad tym, aby po służbie myśli nie krążyły wokół pracy. Staram się skupić na mężu i dzieciach, wspólnym realizowaniu zainteresowań. I właśnie dzięki temu praca nie przekłada się na życie rodzinne. Pozostaje niestety kwestia tego, że w każdej chwili mogę być wezwana do jednostki.

 

Dla Alicji jej zawód, pomimo częstych trudnych i dość stresujących sytuacji, jest spełnieniem młodzieńczych marzeń. Nawet jeśli w pewnym momencie musiała pożegnać się z ideą naprawienia świata i przebudowania życia każdego więźnia, zdarzają się małe sukcesy, które rekompensują cały trud. Dlatego też wychowawca więzienny może czuć, że poprzez swoje działania i małe kroki, które dzięki niemu podejmują więźniowie, wpływa na czyjeś życie i być może sprawia, iż staje się ono lepsze. A jeśli nawet nie będzie ono idealne, to przynajmniej będzie życiem prowadzonym zgodnie z prawem.

 

Dane osobowe bohaterki zostały zmienione ze względu na kwestie poufności informacji.

Czytaj więcej...

Babskie wieczory

Wszystkie doskonale wiemy, jak często w filmach i serialach pojawia się motyw męskich wypadów. Na piwo, pokera, bilard. Bez kobiet, bez stresu. W tym czasie kobiety zazwyczaj siedzą w domu i zastanawiają się kiedy ich mężczyzna wróci do domu i w jakim będzie stanie.

Od jakiegoś czasu jednak, szala przechyla się na drugą stronę i to żeńska część uaktywniła się w spotkaniach, bez drugiej połówki. Oczywiście w zależności od wieku uczestniczek, takie spotkania wyglądają bardzo różnie, co nie zmienia faktu, że zawsze kończą się one łzami od śmiechu, wspaniałymi wspomnieniami i chęcią na więcej!

Zacznijmy od najmłodszych - kobietek. Pamiętacie jak ogromną frajdę sprawiało nam spotykanie się z koleżankami? Wieczorne wyjście, z plecakiem pełnym słodkości i obowiązkowo piżamą. I chociaż mama kazała się już kłaść spać, jeszcze długo potem, już po ciemku i pod kołdrą odbywały się ciche rozmowy. Wśród tych najmłodszych zazwyczaj dotyczyły pierwszych małych miłości, zazdrosnych koleżanek, nowych ciuchów i muzycznych idoli. Dodatkowo dostawałyśmy przyzwolenie na jakiś bardziej odlotowy kolor na paznokciach, a na głowie królowały warkoczyki. Podłoga gospodyni zapełniona była ubraniami, z których każda mogła dowolnie wybierać i czasem udawało się uniknąć kłótni o to, że akurat teraz ja miałam ubrać tę spódniczkę! Całości dopełniała zamówiona przez rodziców pizza, kolorowe napoje i wszystkie najsmaczniejsze „śmieciowe jedzenie” jakie można sobie było wyobrazić. Jednodniowy raj na ziemi, luz blues i szaleństwo! Oczywiście dla dziewczynek, takie spotkania to przede wszystkim dobra zabawa i tak naprawdę niczemu innemu nie mają służyć.

Ale im starsze jesteśmy, tym bardziej takie spotkania są nam potrzebne. Pojawiają się pierwsze zawody miłosne, czasem kłopoty w szkole, zaczynamy rozumieć więcej i więcej nas wtedy przejmuje. Także nasze ciało się zmienia, a o niektóre sprawy nie możemy lub wstydzimy się zapytać mamy. Warto wtedy umówić się z najbliższymi przyjaciółkami i wyżalić, wymienić spostrzeżeniami. W nastoletnim wieku pojawiają się też pierwsze poważne imprezy, próby z alkoholem, papierosami. Oczywiście nastolatka nastolatce nierówna i niektóre te próby zaczynają bardzo wcześnie. Przyjmuję jednak wersję uogólnioną. Sama forma spotkania także się zmienia, jest to taki wiek, że już nie chcemy uchodzić za małe dziewczynki. Przez chwilę chcemy być dorosłe. Więc nie ma już różu, tańców i karaoke. Są rozmowy, pytania o to, jak było gdy się pierwszy raz całowałaś i czy się do ciebie odezwał. Dyskusje o surowych rodzicach i męczącym rodzeństwie. A co do upiększających zabiegów...one nigdy nie wychodzą z mody, czy masz lat 10, 20 czy 40.

I tak dochodzimy do spotkań, już nie nastolatek, ale jeszcze nie ustatkowanych kobiet. 20- latki, piękny wiek! Możemy więcej i chcemy więcej. Od teraz pojęcie babskiego wieczoru przyjmuje trochę inny wymiar i przenosi się do miasta. Czasem zaczyna wcześniej już w domu. Z butelką wina wprowadzamy się w imprezowy nastrój, wspólnie się szykujemy, analizujemy najnowsze plotki i wymieniamy newsami. Wyjście z domu o 22 jeszcze trochę dziwi rodziców, ale już nikogo nie bulwersuje. Dopiero wtedy zaczyna się nocne życie! Zaczynają się też „łowy”. Niektóre z nas naprawdę nastawiają się na poznanie kogoś i wytężają swój wzrok, inne starają się podchodzić do wszystkiego z dystansem. Chcąc nie chcąc jednak, ogarniamy salę wzrokiem w poszukiwaniu, co przystojniejszych kolegów. Ukradkowe spojrzenia, przeciskanie się przez parkiet, kończą się mniej lub bardziej odważnie. Oczywiście takie wyjścia nie są regułą.

Czasem mamy po prostu ochotę na spotkanie i zrobienie czegoś innego niż siedzenie przy komputerze, a nastrój wcale nie jest imprezowy.

Idealnym rozwiązaniem jest spotkanie w babskim gronie, przy kawie czy lampce wina. Możemy wtedy wymienić się doświadczeniami z ostatniej imprezy, pośmiać z przygód drogi powrotnej albo szalonych „tancerek”, które mają w nosie, że ich ruchy nijak się mają do rytmu muzyki. Powoli też zaczynają pojawiać się tematy związków i partnerów. W zależności od długości stażu, częstymi stwierdzeniami są: „a mój zrobił to i tamto, a mojemu się nie chce, a wasz też nie zrobił tego i tego?...”

W takich zwrotach i tematyce rozmów zbliżamy się coraz bardziej do 30-to latek. Nie są już tak szałaputne jak 20-ki. Babskie imprezy zastępowane są spotkaniem w pubie czy kawiarni. Nadal jest głośno, gwarno i wesoło. Nadal pojawiają się tematy facetów, romansów, seksu. Chociaż już może w trochę innej formie. Teraz głównym tematem są najczęściej zaręczyny, śluby i dzieci. I znów się dzieje, są wielkie emocje. Oglądanie pierścionków, opowieści o tym jak on się oświadczył. Planowanie ślubu, sukienki, druhny, kwiaty. Wszystko to jest dla nas, kobiet niezwykle ważne. Wszystko musi być dopracowane w każdym szczególe. A od czego są przyjaciółki jeśli nie od pomagania, doradzania, wspólnych zakupów? Oczywiście, że od wieczoru panieńskiego! To ukoronowanie wszystkich przeszłych i przyszłych babskich spotkań. Sama esencja. Właśnie teraz możecie wyjawić wszystkie swoje sekrety, pytać o sprawy, których wcześniej wstydziłyście się poruszać, dowiedzieć tego wszystkiego czego jeszcze nie wiedziałyście o sobie. To ostatni dzień Twojej całkowitej wolności, bo ani się obejrzysz a na świecie pojawia się dziecko. I jest ono idealnym tematem kolejnych, „mamusiowych” już spotkań. Pieluchy, kupki, kaszki, zabawki. Gdzie rodziłaś, jak rodziłaś, jaki wózek, jaki pokój, czy już na basen, a może angielski, jakie przedszkole i czy dziadkowie pomagają. Dziecko dorasta, nie trzeba już go cały czas pilnować a Tobie jeszcze nie dość spotkań z koleżankami!

I tak przechodzimy do kolejnej grupy wiekowej, nadal chętnie i z zapałem kultywującej, damskie spotkania, 40+. Wino na stole, humory dopisują. Robi się coraz swobodniej i w końcu odzywa się ta najodważniejsza: A bo ta moja menopauza! Jakież to ustrojstwo! Ciągle mi zimno, gorąco, wkurzam się na wszystko, głowa pęka. A to jeszcze się czasem boję kichnąć, albo zaśmiać, bo już się tak nie da wtedy kontrolować organizmu. Ja też! Ja też tak mam! I bez okularów do sklepu to ani rusz. Ostatnio kupiłam koncentrat zamiast ketchupu, a serek był z czosnkiem a nie naturalny. Dzieciaki to już się ze mnie tak śmieją...Ile my mamy dziewczyny roboty na starość, włosy trzeba farbować, pod nogi patrzeć, kręgosłup leczyć. Temat rzeka.

Ale pojawiają się także ciekawostki małżeńskie: Mój mąż mnie ostatnio zabrał na romantyczną kolację przy świecach. A mój od 17 już chrapie i go muszę czasem siłą gdzieś wyciągać! Energia już nie ta, libido spada, to sobie musimy inne rozrywki wymyślać. Kino, teatr, spacerki…

Babskie towarzystwo ma niezmierzoną moc działania! Potrafi uspokoić, pocieszyć i rozbawić do łez. Nie ma tu tematów tabu, nie ma oceniania i wyśmiewania. Każda z nas może znaleźć coś dla siebie.

Porównując spotkania moich młodszych kuzynek, rówieśniczek, mamy i jej koleżanek dochodzę do jednej ważnej konkluzji. Jeśli do wszystkiego podejdziemy z dystansem każde spotkanie będzie okazją do świetnej zabawy, nawet jeśli głównym tematem będzie pierwsza miesiączka, dziecięce kupki czy uderzenia gorąca.

Nie pozostaje mi zatem nic innego jak życzyć Wam wszystkim udanych spotkań „babskich”!

Aleksandra Pelz, 21l.




7-12


Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Perfumy

„Są jak wiadomości, którą chce się przekazać. Nie potrzeba do tego żadnego języka.Można być głuchoniemym, można być z innej cywilizacji, a i tak zrozumie się tę wiadomość. W perfumach jest jakiś irracjonalny, tajemniczy element.”
Janusz Leon Wiśniewski, Samotność w sieci

Od zarania dziejów, wszelkiego rodzaju zapachy i aromaty towarzyszyły ludziom. Pierwotnie służyły oddawaniu czci bóstwom. Już w starożytnym Egipcie, wznoszono do nieba pachnące dymy. Od tego właśnie obrządku pochodzi sama nazwa perfum. Per fumum znaczy w języku łacińskim przez dym. W Egipcie powszechne było także balsamowanie zwłok pachnącymi substancjami. Oczywiście piękny zapach nie był zarezerwowany tylko dla nieboszczyków i bóstw. Najmożniejsi obywatele, używali do włosów wonnych pomad, natomiast Rzymianie zażywali częstych kąpieli i nacierali swoje ciała najróżniejszymi olejkami.

Najbardziej popularnymi w ówczesnych czasach składnikami była ambra, cywet, piżmo, a więc zapachy wyjątkowo ciężkie, intensywne a także bardzo cenne.

W Egipcie ambrę ceniono na równi ze złotem i niewolnikami. Jednak najsprawniej sztukę posługiwania się aromatami rozwinęli Arabowie. Pierwsze nowożytne perfumy, woda różana, zostały stworzone przez perskiego medyka, Avicennę. Nadal jednak szukano nowych sposobów na utrwalanie aromatów. Udało się to dopiero w 1921 roku, kiedy to francuski chemik, Ernest Beaux stworzył różne kompozycje zapachowe dla Coco Chanel. Innowacją było to, że do utrwalenia aromatów naturalnych olejków, użył octanu benzylu. Świat oszalał na punkcie wybranej przez Chanel kompozycji, opatrzonej numerem 5.

Sama Marylin Monroe zapytana o to w czym śpi, odpowiedziała że w Chanel No5.

Nowością było też to, że produkowaniem perfum zajęli się najwięksi kreatorzy mody, sygnując zapachy swoim nazwiskiem lub jego wariacją (np. Dior – Miss Dior, Diorama, Diorissimo).

Do produkcji perfum niezbędny jest odpowiedni zestaw składników oraz oryginalna receptura. Perfumy to roztwory substancji zapachowych w alkoholu etylowym z dodatkiem utrwalaczy zapachu. Możemy rozróżnić trzy rodzaje substancji zapachowych. Pochodzenia roślinnego, zwierzęcego oraz syntetycznego.

Obecnie najczęściej korzysta się z syntetyków, ponieważ znacznie obniżają koszty produkcji, z drugiej jednak strony substancje naturalne są znacznie bardziej szanowane i pożądane. Każdy zapach może zawierać nawet do kilkuset aromatów.

Nazewnictwo w tworzeniu perfum zaczerpnięte jest z języka muzyki. Łączymy nuty zapachowe w akordy, które mieszając się i współistniejąc ze sobą tworzą piękne, harmonijne kompozycje.

Najważniejszym etapem w produkcji perfum jest odpowiednie zestawienie zapachów. Jest to też najtrudniejsze zadanie, którym zajmują się tzw. „nosy”.

Przeciętny człowiek jest w stanie rozróżnić ok 10 tysięcy zapachów. Tym, co odróżnia specjalistów od zwykłych śmiertelników, nie jest wcale umiejętność rozpoznawania zapachów, ale lepsze ich zapamiętywanie i tzw. wyobraźnia zapachowa. Wykształcony „nos”, potrafi w głowie stworzyć koncepcję tego, czym potem zachwycamy się w perfumeriach.

Cały proces produkcji trwa około 2 lat. Po rozpuszczeniu odpowiedniej ilości kompozycji zapachowej i utrwalaczy w alkoholu oraz dodaniu wody, perfumy muszą jeszcze dojrzeć. Dopiero po pewnym czasie zapach uzyskuje odpowiednią harmonię i pełnię. Na samej jednak produkcji perfum się nie kończy. Musi jeszcze powstać odpowiednio zaprojektowana butelka oraz plan kampanii promocyjnej.

Aby właściwie dobrać perfumy musimy pamiętać, że poszczególne zestawy nut mają różną trwałość. Perfumy tworzy się komponując trzynutowe zestawy zapachów. Najpierw wyczuwamy nutę górną, nazywaną też nutą głowy, później środkową, tzw. nutę serca, a na końcu dolną, zwaną nutą bazy.

Nuty górne to zazwyczaj substancje najbardziej lotne. To znaczy, że najszybciej odparowują i znikają. Niemniej jednak właśnie one odpowiadają za pierwsze wrażenie. Są zapowiedzią całej kompozycji, wyczuwamy je zaraz po otwarciu flakonu. Zapach utrzymuje się na skórze zazwyczaj kilkanaście minut, po czym łagodnieje.

W kolejnym etapie naszemu węchowi dostarczana jest nowa porcja wrażeń. W tzw. nucie serca. Składa się ona z substancji o średniej lotności i mniejszej intensywności. Jak sama nazwa wskazuje te substancje zapachowe stanowią niejako myśl przewodnią perfum. To właśnie środek stanowi o charakterze perfum. Nuta ta rozwija się po upływie około 20 minut od aplikacji i utrzymuje przez kilka kolejnych godzin.

Najwolniej uwalniane do powietrza są substancje stanowiące nutę bazy. Mają słabo wyczuwalny zapach, czasem wręcz nieprzyjemny. Jednak właśnie one decydują o trwałości perfum i czasie pozostawania zapachu na skórze. Nuta ta utrzymuje się nawet przez kilkanaście godzin.

Skoro już mowa o trwałości zapachów, należałoby usystematyzować nazewnictwo. Nie wszystko bowiem, co określamy mianem perfum, na ten tytuł zasługuje.

Istnieją bowiem różnice między koncentracją olejków zapachowych w rozpuszczalniku. W zależności od stężenia olejków stosuje się odpowiednie nazwy.

  • Perfumy (parfum) – zawierają od 20 do 40% olejków zapachowych. Są najbardziej esencjonalne i trwałe.
  • Woda perfumowana (eau de parfum, EDP) - 10 do 20%.
  • Woda toaletowa (eau de toilette, EDT) – 5 do 10% olejków zapachowych. Jest zdecydowanie lżejsza od wód perfumowanych – nadaje się do kilkukrotnego stosowania w ciągu dnia.
  • Woda kolońska (eau de Cologne, EDC) – 3 do 5% olejków zapachowych.
  • Woda odświeżająca (eau fraîche) – zawartość olejków zapachowych waha się w przedziale od 1 do 3%.


Oprócz podziału zapachów ze względu na stężenie olejków, możemy także rozróżnić rodziny i grupy perfum ze względu na ich konkretne składniki.

I tak wyodrębniamy:
Perfumy aldehydowe - zawierają związki chemiczne należące do grupy aldehydów - czyste i świeże.
Perfumy aromatyczne - komponowane z różnych ziół, m.in. rozmarynu, bazylii, tymianku - pachnące naturą i świeże.
Perfumy wodne - mające w bazie syntetyczne składniki przywołujące wrażenie morza, morskiego powietrza albo świeżego płótna.
Perfumy cytrusowe/owocowe - zawierają w swoim składzie bergamotkę, grejpfruta, cytrynę, mandarynkę, słodką pomarańczę oraz owoce takie jak brzoskwinia, czerwone jagody, arbuz itd. - lekkie i świeże
Perfumy kwiatowe - zawierają ekstrakty kwiatowe takich jak róża, lilia i jaśmin - słodkie i delikatne. Perfumy zielone (szyprowe) - zawierają bergamotkę, labdanum, paczulę i mech dębowy- drzewne i kwiatowe.
Perfumy smakowe (gourmand) - zawierają m.in. nuty wanilii, fasoli tonka, czekolady lub karmelu - słodkie i „jadalne”
Perfumy orientalne - w bazie zawierają ambrę, piżmo, wanilię i inne egzotyczne rośliny – ciepłe i zmysłowe
Perfumy drzewne - składają się z nut drzewnych takich jak cedr, paczula, sandałowiec i wetyweria - pachnące ziemią i męskie

Odpowiednie połączenie różnych zapachów oraz ich odpowiednie zharmonizowanie wymaga nie lada wyczynu. Jednak ciężka praca i lata doświadczeń nie są w stanie przesądzić o sukcesie.

Każdy z nas bowiem może odbierać ten sam zapach w inny sposób. Jest to uzależnione od kilku czynników. Po pierwsze, wszyscy ludzie mają tzw. pamięć olfaktoryczną, inaczej zapachową. Znaczy to tyle, że każdy zapach kojarzy nam się inaczej. Przywołuje miłe lub smutne wspomnienia, stanowi emocjonalny odnośnik i czasem niezależnie od nas, decyduje o tym co nam się podoba a co nie. Ważnym czynnikiem jest także pH naszej skóry, która może tym samym inaczej reagować na związki chemiczne zawarte w perfumach. Warto też wspomnieć o wpływie diety, stanu zdrowia i trybu życia na to, jak zachowują się zapachy w kontakcie z naszym ciałem.

Podczas kolejnej wizyty w perfumerii powinnaś pamiętać o kilku złotych radach. Ważne jest by nie wąchać perfum bezpośrednio z buteleczki – dotrze do nas przede wszystkim zapach alkoholu. Z kolei korzystanie z papierków też może zniekształcać odbiór. Najlepiej wykorzystać do tego swoją skórę. Pamiętaj jednak żeby np. nadgarstki nie były wcześniej popsikane innym zapachem. Od rana nasz węch jest nieco zaspany, dlatego najlepiej wykorzystywać go od około godziny 10. Jak pewnie zauważyłaś w niektórych perfumeriach są wystawione słoiczki z kawą. To dlatego, że nasz węch jest w stanie rozróżnić i zapamiętać maksymalnie 4 zapachy, następujące po sobie. Kawa oczyszcza nos, dzięki czemu możemy kontynuować testowanie. Najlepiej jednak zaopatrzyć się w próbkę perfum i „pobyć” z nimi cały dzień. Możesz wtedy sprawdzić czy poszczególnie uwalniające się nuty zgadzają się z twoim pierwszym wrażeniem.

Poza wyborem perfum, niemniej ważna jest także umiejętność ich „noszenia”. Metody są różne. Od skrapiania nadgarstków, skroni, zgięć łokcia i włosów, po przechodzenie przez rozpyloną chmurę zapachu.

Z perfumami należy uważać na słońcu, ponieważ na skórze może wystąpić reakcja alergiczna. Tak samo uczulony jest jedwab, mogą na nim zostać trudne do sprania plamy.

Jeśli chcesz jak najdłużej cieszyć się swoimi perfumami dbaj o to, gdzie są przechowywane. Światło nie jest sprzymierzeńcem trwałości, zbyt naświetlone perfumy po prostu wietrzeją.

Trudno byłoby nam obyć się bez pięknych zapachów. Stanowią one naszą najbardziej zmysłową wizytówkę. Potrafią odzwierciedlić nastrój i charakter. Przekazują informacje o tym jaki styl życia prowadzimy i jakie wartości wyznajemy. Otaczają nas nieprzerwanie od setek tysięcy lat i cały czas działają równie intensywnie.

Kiedyś naturalnym wabikiem były feromony, dziś wzbogacamy je o wspaniałe kompozycje. Nadal jednak stanowią element gry płci i podstawę flirtu. Mogą nas także przenieść w magiczny świat wspomnień i ukoić nerwy. Temu odkryciu zawdzięczamy naprawdę wiele, dlatego powinniśmy dbać przede wszystkim o nasz zmysł powonienia. Bez niego ominęłoby nas mnóstwo pięknych doświadczeń.


Na koniec przedstawiam subiektywne zestawienie jesiennych premier.

Coco Noir, Chanel

Nuty zapachowe:

  • głowy: grejpfrut, bergamotka
  • serca: esencja* i absolut** z róży, absolut z jaśminu, narcyz, liście geranium
  • bazy: bób tonka, indonezyjska paczula, drzewo sandałowe, wanilia burbońska, piżmo


Dahlia Noir, Givenchy

Nuty zapachowe:

  • głowy: mandarynka, mimoza, różowy pieprz
  • serca: irys, róża, paczula
  • bazy: drzewo sandałowe, wanilia, bób tonka


Gucci Premiere, Gucci Nuty

  • zapachowe: głowy: bergamotka, kwiat pomarańczy
  • serca: białe kwiaty, piżmo
  • bazy: skóra, drewno


La Petite Robe Noir, Guerlain

Nuty zapachowe:

  • głowy: czarna wiśnia, migdał, jagody, bergamotka
  • serca: esencja z bułgarskiej róży, delikatna i słodka róża turecka
  • bazy: liście chińskiej czarnej herbaty, anyż


La Vie Est Belle, Lancome

Nuty zapachowe:

  • głowy: czarna porzeczka, gruszka
  • serca: irys, jaśmin, kwiat pomarańczy
  • bazy: paczula, bób tonka, wanilia, pralinka


Aleksandra Pelz,
21l.

 


 

7-12

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Miłosna Trójca Hitlera

Jak bardzo męskim, przystojnym człowiekiem był Adolf Hitler, że kobiety lgnęły do niego jak muchy do lepu? Czy uwodził je spojrzeniem, swoim dyktatorskim głosem czy też siłą wpływu na całą III Rzeszę.

Oto krótka opowieść o kobietach, które w życiu Hitlera odegrały istotną rolę, dla których stracił głowę, choć niejednokrotnie to one prędzej traciły ją dla niego.

„Inteligentny mężczyzna powinien wybrać kobietę głupią i prymitywną” – Adolf Hitler 2

Spotkali się wśród zdjęć i negatywów w pracowni fotograficznej w Monachium. Ona, młoda asystentka fotografa Heinricha Hoffmana, on „Herr Wolf” (takim pseudonimem posługiwał się) w jasnym palcie i dużym, filcowym kapeluszu. Rzecz jasna, mowa o pierwszym spotkaniu Ewy Braun i Adolfa Hitlera. Miała zaledwie 17 lat, był rok 1929 i dzieliły ich 23 lata. Początkowo nie budziła większego zainteresowania Hitlera. Jego muzą na wyłączność była w tym czasie Geli Raubal – córka przyrodniej siostry Adolfa. Jednak nieszczęśliwe wydarzenie, rzekomo jej samobójcza śmierć, której powód upatrywano we wcześniejszej kłótni między obojgiem, wstrząsnęła życiem uczuciowym Hitlera. Młoda Braun jak ulał pasowała do osamotnionego, zranionego stratą ukochanej, kanclerza. Śmierć Raubal szybko okazała się jej biletem wstępu do rezydencji w Obersalzbergu. W oczach Niemki zamieszkała nadzieja, niejednokrotnie podsycana spotkaniami w pracowni, kiedy to starała się dość dyskretnie umieszczać miłosne liściki w kieszeniach płaszcza Pana Wilka [pseudonim używany przez Hitlera - przyp. red.] Po ich oficjalnym spotkaniu, z rozkazu Hitlera, sprawdzone zostało dokładne pochodzenie Braun. W żyłach jego kochanki pod żadnym pozorem nie mogła płynąc nieczysta, żydowska krew, którą w jego mniemaniu powinno się zneutralizować. Od tego momentu w życiu Ewy nie brakowało 3kwiatów, biżuterii czy większych lub mniejszych luksusów, do jakich należała niewątpliwie dyspozycja czarnego mercedesa z szoferem, mieszkanie i dwa szkockie teriery. Wszystko to jednak wiązało się z pewnymi wyrzeczeniami. Ogólna dostępność pieniędzy nie zawsze pokrywała się z dostępnością samego Hitlera. Choć Ewa Braun była oddana i wierna kanclerzowi, jej życie równało się życiu w klatce. Odcięta od spraw politycznych i ówczesnych wydarzeń wojennych istniała pomiędzy niewiedzą, a prawdą, wyłącznie obawiając się braku czasu Adolfa na spędzenie z nią chwili. Rzeczywiście, mało które zdjęcia obrazują ich razem. Jedynie pasja Ewy, jaką była fotografia, pozwoliła na nieliczne ujęcia z niewielkiego świata ich relacji. Brak zainteresowania polityka Niemką, był poniekąd jej osobistym upadkiem, który objawiał się stanami depresyjnymi, w tym dwiema próbami samobójczymi. Pierwsza z nich w 1932 roku była odpowiedzią na głuche milczenie Hitlera w słuchawce. Strzał z broni ojca padł w szyję, zdesperowaną kobietę odratowano. Drugi atak bezsilności, to rok 1935 i przedawkowanie środkami uspakajającymi. Po śmierci Geli, która zastrzeliła się z pistoletu samego Hitlera [rzekomo - przyp. red.], kanclerz nie mógł pozwolić sobie na kolejny skandal uderzający w jego wysoko postawioną pozycję. Mimo obojętności dyktatora wobec szalenie zakochanej w nim aryjskiej kobiety, Ewa pozostawała jego najlepszą pocieszycielką. Przy niej zyskiwał chwilę wytchnienia i radość, a w sporządzonym testamencie określił ją jako najważniejszą osobę w jego życiu. Być może wytrwałość Braun i głęboka wiara w ukochanego, była przyczyną decyzji o pozostaniu przy Hitlerze do samego końca. 29 kwietnia 1945 roku o północy, Ewa Braun została Panią Hitler. Czekała na ten moment całe życie. I choć był to ślub pełen kontrastu, marsz weselny zamieniony na pogrzebowy, weselna sala zastąpiona małym pomieszczenie w bunkrze, a biała suknia czarną, pomimo tylko 36 godzin, była żoną wodza III Rzeszy. By potem zamknąwszy się w pokoju Hitlera, przystąpić do trzeciej, świadomej próby samobójczej, tym razem przy boku swojej miłości, połykając cyjanek. Ich poślubna podróż była otchłanią, która dla Europy nazywała się wyzwoleniem z paszczy hitlerowskiej.

„Moją miłością są Niemcy. Ożeniłem się ze wszystkimi niemieckimi kobietami”

Mimo iż to właśnie Ewa Braun była oficjalną kochanką Adolfa Hitlera, nie mniejszą rolę, oddanej, wzorowej obywatelki Niemiec, 5odegrała Magda Goebbels, która nie wyobrażała sobie kraju bez Hitlera. W jej życiu, w 1930 roku pojawił się Joseph Goebbels, niemiecki minister propagandy i oświecenia sprawujący władzę w rządzie kanclerza Rzeszy. Jeszcze wtedy Magdę Quandt (nazwisko z pierwszego małżeństwa) szczególnie urzekła wizja narodowosocjalistyczna, którą głosił Goebbels na mównicy w berlińskim Pałacu Sportu. W krótkim czasie rozwinęła swoją działalność partyjną wstępując do NSDAP [Narodowosocjalistyczna Partia Robotników - przyp. red.] Jako kobieta płynnie mówiąca w kilku językach w tym włoskim, francuskim, stała się 9przydatna w sekretariacie gauleitera Goebellsa, do prowadzenia archiwum i odczytu korespondencji. Funkcja ta zbliżyła ministra i Magdę do siebie oraz umocniła działalność w partii, gdzie występowała potem jako kierowniczka grupy kobiecej. Jednak sam związek z Josephem nie był wyłącznie pokierowany uczuciem czy przywiązaniem, chodziło bardziej o poszerzenie kontaktu z samym Hitlerem, w którym kobieta była silnie zauroczona. Wierzyła, że jako kawaler, który nie ma ochoty wiązać się węzłem małżeńskim, kiedyś zajdzie taka okoliczność, w której spotkają się w bliższych relacjach. Zresztą niejednokrotnie przypisywano jej miano „Pierwszej Damy Trzeciej Rzeszy”. Gdy nadszedł moment upadku Hitlera, zdecydowano, że wraz z Führerem Państwo Goebbels popełnią samobójstwo. W ostatnim liście do swojego najstarszego syna z pierwszego małżeństwa, działaczka pisała, że nie potrafi żyć w kraju w którym zabraknie kanclerza i tym samym nie dopuści, by tą pustkę odczuły również jej dzieci. 1 maja 1945 roku, do końca oddana Hitlerowi i ojczyźnie Magda Goebbels, najpierw uśmierca sześcioro dzieci morfiną, a następnie wraz z mężem popełnia samobójstwo, umierając z Złotą Odznaką Partyjną na piersi.

Najukochańsza
I choć była największą miłością, Adolfa Hitlera, mówi się o toksycznej więzi między nimi. Żadna późniejsza kobieta, nie wypełniła 11luki w sercu Adolfa, jaka została po Geli Raubal. Jej historia, a właściwie sama śmierć, budzi do dziś wiele kontrowersji. Historycy walczą pomiędzy sobą o prawdę, uważając, że samobójcza śmierć siostrzenicy została upozorowana, a morderstwa dokonał sam Hitler. Wszystko jednak zaczyna się od propozycji pracy jako gospodyni dla jego przyrodniej siostry Angeli, w Berghofie. Tam też Angela wraz z córkami, w tym dwuletnią Geli osiedla się na stałe. Mimo dwukrotnej przewagi wieku Hitlera, „wuj Adi” – jak mawiała mała siostrzenica, był nią szczególnie zainteresowany. Jego zachwyt nad Geli, zaczął się jednak przeradzać w obsesyjną kontrolę nad życiem młodej dziewczyny. Wiedział z kim się spotyka, ingerował w kontakty z przyjaciółmi, sugerując, że są dla niej niewłaściwi. Jego akwarele i rysunki, które prezentowały nagą Geli, 12świadczyły o wielkiej fascynacji dziewczyną. Jednak fantazje erotyczne Hitlera oraz wymagania wobec siostrzenicy coraz częściej stawały na granicy molestowania i gwałtu. Ciągła walka z zakazami, jeszcze bardziej zachęcały Geli do robienia wszystkiego wbrew Hitlerowi. Jednym ze skutków buntu, był jej romans z Emilem Maurice’em – osobistym kierowcą kanclerza. Romans zakończył się zwolnieniem młodego szofera, a sama Geli wkrótce zmarła. O oficjalnej przyczynie zgonu mówiło się, jakoby dziewczyna popełniła samobójstwo. Jednak pojawiło się wiele wątpliwości, czy przypadkiem sprawa pierwotnej śmierci Raubal nie została zatuszowana, przez policję, na której decyzje miał duży wpływ sam Adolf Hitler.

Jedno jest pewne, nawet jeśli kanclerz III Rzeszy był mordercą Geli, nigdy nie kochał nikogo innego tak mocno jak kochał ją.

Magdalena Sobczak




5-12


 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Praca wśród samych mężczyzn – jak nie dać wejść sobie na głowę?

Kiedy poszłam na rozmowę w sprawie pracy, wśród „złotych” pytań usłyszałam: czy poradzi sobie pani w męskim zespole? Oczywiście – odparłam bez zastanowienia.

Dopiero, gdy dostałam tę pracę zaczęłam się zastanawiać, jak to faktycznie będzie. Ja sama i dwudziestu facetów. Na szczęście okazało się, że wiekowo jesteśmy zbliżeni, więc szanse, że się dogadamy wzrosły. Faktycznie dzięki temu, że różnica była znikoma, mieliśmy wiele wspólnych tematów i było zdecydowanie łatwiej.

Z natury jestem osobą konkretną i wiem, czego chcę. Tym razem jednak sama nie wiedziałam. Chciałam i się bałam. Z jednej strony praca z samymi mężczyznami, ciekawe doświadczenie, a z drugiej taka „psiapsiółka” z biurka obok, bratnia dusza która rozumie kobiece rozterki to skarb. Tylko ona rozumie wahania hormonalne, złość na męski ród, zauważy nowe wystrzałowe buty i nową fryzurę.

Otóż Drogie Panie, nic bardziej mylnego! Zdziwiłybyście się ile mężczyźni widzą, a ile są w stanie powiedzieć. Od razu zauważają zmiany w wyglądzie, od razu wszystko komentują. Są tak bezpośredni, że czasem aż za bardzo. Ale wbrew pozorom to naprawdę coś fantastycznego. Zero niedomówień, kawa na ławę, zawsze. To nic, że są większymi plotkarami niż kobiety, to nic, że często więdną mi uszy, gdy słucham ich komentarzy na temat płci pięknej. Ale są szczerzy, bezpośredni a co najważniejsze i najbardziej przydatne, bardzo podatni na kobiece wdzięki.

Zdarzyło mi się ubrać do pracy spódniczkę, gdyż głównie preferuję spodnie – zwłaszcza w pracy z samymi mężczyznami. Wywołało to wielki szum, a ja delikatnie rzecz ujmując czułam się jak zwierzę w zoo – obserwowana i oceniana. Okazało się jednak, że to kobiece ubranie działa cuda. Cały dzień wszyscy byli wyjątkowo mili i jeszcze bardziej uczynni niż zwykle. Zadziwiający fenomen spódnicy!

Nie zdarza się, żeby odmówili pomocy kobiecie. Nawet nie zdają sobie sprawy ze stopnia manipulacji, jakiej są poddawani. Każdy chce być bohaterem, więc naprawdę łatwo ich sobie wychować. Wydaje im się, że jesteśmy takie bezradne, a tak naprawdę często robią po prostu to, czego dokładnie od nich oczekujemy, a dzięki temu czują się jak prawdziwi bohaterzy.

Dystrybutor z wodą nigdy nie jest pusty, nigdy nie pozwolą, aby taka krucha i delikatna istotka dźwigała ciężkie rzeczy, więc przy wszelkiego rodzaju przemeblowaniach i zmianach „ekipa remontowa” jest na miejscu.

To prawda, że obce im są wahania hormonalne, ale są tak spostrzegawczy, że doskonale widzą kiedy nie należy wchodzić nam w drogę i nie drażnić, bo to ta „gorsza faza cyklu”. Wtedy są zdecydowanie ostrożniejsi i grzeczni, nawet darują sobie dowcipy i zaczepki, które mogłyby dołożyć oliwy do ognia.

Jednak konsekwentnie i od początku trzeba im pokazać na ile mogą sobie pozwolić. Uwierzcie, że czasem trzeba nimi porządnie potrząsnąć, gdy zapomną, że w pokoju jest kobieta. Nie raz trzeba użyć ostrych metod wychowawczych, a nierzadko nawet typowo męskich, konkretnych i niecenzuralnych epitetów, które zrozumieją zawsze. Dosłownie, nic nie działa lepiej niż kilka przekleństw rzuconych w powietrze. Jeśli od początku pokaże im się dobitnie na ile mogą sobie pozwolić to jest dużo łatwiej. Wiadomo, że czasem wymagają szybkiego przypomnienia jakie są granice, bo mają dobrą pamięć, lecz krótką.

Niewybredne żarty, komentarze odnośnie fazy cyklu, rozprawki na temat tego, jakie to my kobiety jesteśmy, okropne i marudne.

Zdarzyło się też nie raz, że próbowali narzucić mi swoje zdanie nawet odnośnie błahostek (ja mówiłam, że przez klimatyzację jest za zimno – oni że nadal jest za ciepło), twierdząc, że jestem w mniejszości i nie mam nic do gadania. Nic bardziej mylnego, ale próbowali i próbowali. W końcu poznali się na mnie i przekonali się, że „nie pozwolę sobie w kasze dmuchać” i dali spokój.

Są jak duże dzieci. Potrafią bez końca rozmawiać o grach komputerowych. Kłócić się kto lepiej zna się na samochodach, rozprawiać o nowościach technicznych, nie mówiąc już o temacie morze – kobiety.

Ile ciekawego można się od nich dowiedzieć o nas samych, kobietach. Oczywiście oni są idealni, bo to nam ciągle czegoś brakuje. Potrafią plotkować lepiej niż niejedna kobieta, tyle tylko, że oni nie uznają tego w kategoriach plotkowania, ale stwierdzania faktów.

Gdy kiedyś próbowałam uświadomić im, jakimi są „plotkarami” myślicie, że w ogóle to zrozumieli? Spojrzeli na mnie jak na nienormalną, bo przecież oni tylko „rozmawiają” a rozprawka na temat wyglądu jednej z koleżanek, to absolutnie nie obgadywanie ani plotkowanie. Cóż, zwał jak zwał, ale naprawdę czasem lepiej wyjść na kawę lub papierosa i wrócić, gdy skończą „rozmawiać’. Nie mówiąc już o dowcipach, które często mogliby sobie podarować, bo śmieszne są tylko dla nich, a często i na niskim poziomie.

Tyle tylko, że to wszystko blednie jeśli można z nimi wyjść na wspólne piwo (tylu ochraniarzy nie ma żadna gwiazda), gdy naprawią nieposłuszny komputer, gdy doradzą co zrobić, jak zepsuje się auto. Wspólna impreza firmowa to raj, tylu mężczyzn wokół, którzy chronią przed natrętami. A i partnera do tańca nigdy nie zabraknie.

Nie obgadują za plecami, nie knują, nie są podstępni.

Potrafią rozśmieszyć do łez, lub doprowadzić do białej gorączki. Choć mogliby czasem pamiętać, że jednej jedynej kobiecie w dniu jej święta można kupić kwiatek - szczerze i bez ogródek, nie wyobrażam sobie już pracy w innym zespole.

Jak sobie poradzić w tak męskiej drużynie? Nie ma na to jednej recepty. Są różni ludzie, czasem zgrać się po prostu nie da. Najważniejsze to nie być Sierotką Marysią i zawsze bronić swojego zdania, bo mniejszość nie jest na straconej pozycji! Czasem trzeba to tylko dobitnie pokazać i najlepiej od razu. Zdarzają się mężczyźni, dla których fakt, że pracują z „babą” to nie lada problem. Mi jednak nigdy nie dali tego odczuć. Wręcz przeciwnie, usłyszałam kilka razy że fajnie, że jestem.

Mimo, że czasem mam ich serdecznie dosyć (i tej wiecznie rozkręconej maksymalnie klimatyzacji), tak naprawdę po długim niewidzeniu tęsknię za „moimi łobuzami”. Z nimi nigdy nie jest nudno, to na pewno. Znają mnie i wiedzą, że gdy się narażą to nie ma zmiłuj, potrafię skutecznie nimi „potrząsnąć” i doprowadzić do porządku. Ale to „złote chłopaki” jak mawiają niektórzy.

Życzę wszystkim takiej drużyny w pracy. Ja nie zamieniłabym swojej na żadną inną a wiecie, dlaczego? Bo czasem potrafią sprawić, że czuję się wśród nich jak Królewna wśród Krasnoludków – miło i bezpiecznie, a i przygód nie brakuje.

Magdalena Zbytek-Książkiewicz, 30l.




5-12


 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Internet - lek na samotność?

Żyjemy szybko. Praca, studia, dom, jakiś obiad (byle co), może program w telewizji, czasem wyjście ze znajomymi, obowiązki domowe i rodzinne. Wszystko w pośpiechu, ledwo znajdziemy czas dla siebie. Przy tym całym zabieganiu często czujemy się samotni.

Nie mamy z kim porozmawiać wtedy, kiedy tego potrzebujemy, bo każdy zajęty jest swoim życiem i rzadko znajduje czas dla drugiej osoby, a jeśli już, to woli się bawić i odreagować niż słuchać wynurzeń smutnej koleżanki.
Z drugiej strony słuchanie wiecznie narzekających sąsiadek, męża czy koleżanek z pracy także męczy i mamy tego dość. Być może dlatego tak wielu z nas szuka pomocnej dłoni w Internecie. Jest on obecnie na tyle powszechnym zjawiskiem, że często zanim pójdziemy do lekarza, sami próbujemy zdiagnozować swoją chorobę wpisując objawy w wyszukiwarkę google.pl lub na forach internetowych. Dlaczego zatem nie poszukać lekarstwa na problemy związane ze sferą emocjonalną? Znaleźć internetowych przyjaciół, którzy będą dla nas mieli więcej czasu i cierpliwości niż najbliżsi?

Wcale nie jest to takie trudne. W Internecie aż roi się od różnych witryn, na których można znaleźć chętnego rozmówcę, a nawet ich kilku.
Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „szukam przyjaciela”, a wyświetli się nam mnóstwo forów i stron, gdzie zamieszczane są tego typu ogłoszenia. Przykładem może być www.adpedia.pl/towarzyskie/przyjaciele. Po wejściu zobaczymy wiele linków do osób, które chciałyby porozmawiać z kimś przez Internet, ale także w realu, np. Pani z Oleśnicy napisała: Szukam przyjaciółki (najlepiej w okolicach trzydziestki), która potrafiłaby znaleźć czas na wspólne rozmowy, spędzanie czasu. Jest mi smutno, bo choć mam wspaniałego partnera i cudowną córeczkę to brakuje mi kobiecych rozmów, wspólnych zakupów, aktywnego spędzania czasu. Mam dość osób wyłącznie narzekających na życie, choć wiem, że czasem rozmowa o ciężkiej sytuacji każdemu jest potrzebna. Czy są jeszcze takie osoby??? Jest to przykład kobiety chcącej odpocząć od codzienności, a przy tym tęskniącej za zwykłymi babskimi rzeczami.

Czasem każdej z nas brakuje takich wieczorów czy dni, podczas których chętniej byśmy coś zrobiły z jakąś przyjaciółką, odpoczęły od domowych spraw i spędziły czas z inną kobietą w podobnym wieku, z którą mogłybyśmy troszkę zaszaleć.

Nieco inne podejście ma osoba, która na tym samym portalu zamieściła takie oto ogłoszenie: Zależy mi na poznaniu i zaprzyjaźnieniu się z kilkoma dziewczynami. Chciałabym stworzyć taki rodzaj babskiego teamu do wspierania się nawzajem i do oderwania się od codziennego rytmu. Empatia pożądana. Dystans do siebie i świata wskazany. Reszta bez znaczenia. Najlepiej w wieku 23- 30 .

Fajny pomysł - stworzenie paczki przyjaciółek, które będą się nie tylko ze sobą świetnie bawiły, ale także wspierały i pomagały sobie nawzajem.

Podam jeszcze jeden przykład takiego ogłoszenia: Witam. Jestem 27-letnią mamuśką 2 maluszków, mieszkającą za granicą. Poszukuję kogoś z kim bym mogła sobie poklikać zwłaszcza wieczorem gdy facet zajęty gra na komp., a dzieciaki śpią, ponieważ mimo obowiązków czuję się samotnie. Ta Pani podała w swoim ogłoszeniu główny powód poszukiwań przyjaciół w Internecie: samotność. Uczucie, które w dzisiejszych czasach jest plagą. Aby się go pozbyć sięgamy po najróżniejsze środki. Nieraz są to silniejsze używki takie jak alkohol, który jednak bardziej szkodzi niż pomaga.

Internet natomiast nie tylko okazuje się być zbawieniem dla osób, które nie mają czasu na utrzymywanie stałych znajomości w realu ze względu na nadmiar obowiązków, a chciałyby z kimś porozmawiać, ale także pozwala na znalezienie prawie dokładnie takiej osoby, jakiej byśmy w danym momencie potrzebowali. Czy szukamy młodej matki, z którą wymieniałybyśmy doświadczenia i obawy, czy szalonej studentki, czy przyjaciółki o podobnych zainteresowaniach... Można powiedzieć: od wyboru do koloru. Na różnych forach oraz stronach dotyczących jednego hobby wypowiadają się ludzie szukający kontaktu z kimś, kto ma takie same zainteresowania, także bez trudu możemy znaleźć bratnią duszę.

Chciałabym wspomnieć jeszcze o czatach. W przeciwieństwie do wyżej wymienionych witryn są one czymś, co dzieje się tu i teraz o każdej porze dnia i nocy. Zawsze ktoś „siedzi na czacie”. Możemy wybrać sobie odpowiedni pokój, ponieważ na czatach istnieją podziały np. ze względu na region, hobby, wiek itp. Jeśli potrzebujemy porozmawiać z kimś natychmiast, taka forma jest jak najbardziej pomocna.

Istnieją też negatywne strony nawiązywania znajomości przez Internet. Po pierwsze wielu z nas traci wtedy kontakt z rzeczywistością. Po co zagadywać do kogoś obcego w realu, skoro można wejść na forum i być anonimowym? Nie ma problemu, jeśli się ośmieszymy, to nie będziemy musieli spojrzeć tej osobie prosto w twarz... Z drugiej strony nigdy nie wiemy, kto jest naszym rozmówcą i zaufanie do takiej osoby powinno być ograniczone, ponieważ może ona wykorzystać podane przez nas informacje do własnych celów.

W Internecie roi się od różnego typu ludzi nie mających dobrych intencji. Poza tym pójście na łatwiznę nie zawsze kończy się dobrze. O wiele lepiej mieć kogoś w realnym świecie, kto w razie potrzeby przyjdzie i pomoże, niż wirtualnego przyjaciela. Zatem jeśli czujemy się samotni i chcemy sięgnąć po pomoc w Internecie, uważajmy na wszelkie odstępstwa od normy w rozmowie. Unikajmy spotkań w realu czy pokazywanie twarzy, a najlepiej postarajmy się znaleźć kogoś, kto szuka poprzez strony internetowe znajomości, która będzie się rozwijała w rzeczywistym świecie. Rozejrzyjmy się także za przyjaciółmi wokół nas. Kto wie, może wielu ludzi mijanych przez nas codziennie w pracy, na studiach czy w bloku także potrzebuje przyjaźni takiej, jak my...

Anita Karolczak, 22l.

 


 

5-12

 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Ta harpia ukradła mi męża... czyli dlaczego niektóre kobiety lubią uwodzić zajętych mężczyzn?

Coraz częściej zamieniają się role kobiet i mężczyzn. Płeć damska bardziej świadoma swojej seksualności i słabości mężczyzn chętniej wykorzystuje własne wdzięki, aby zdobyć pieniądze, stanowisko czy mieć ciekawsze życie erotyczne. Często ofiarami takich pań padają mężowie czy narzeczeni, jednym słowem: faceci w związkach. Obrączka przyciąga je jak magnes.

 

Dlaczego owe kobiety nie znajdą sobie własnego wolnego adoratora, który będzie im przynosił kwiaty czy rozpieszczał? Otóż w dużej mierze zależy to od wieku owej pani.

 

Studentki, które polują na mężów, popularny dzisiaj sponsoring, chcą przede wszystkim się zabawić z kimś, kto ma większe doświadczenie w łóżku niż ich rówieśnicy. Ponadto czyiś mąż nie będzie szukał stałego związku, żądając zamiany w kurę domową, bo taką już w domu przecież ma. I najważniejsze: znudzony własnym życiem seksualnym facet nie szczędzi pieniędzy dla swojej kochanki w zamian za igraszki w łóżku. Dla niego jest to miłą odmianą od szarego codziennego życia, pracy, żony i dzieci. Dlatego studentki polują przede wszystkim na mężów w wieku lat trzydziestu i wyżej, oczywiście z wypchanym portfelem, bo nie szukają miłości, tylko zabawy i pieniędzy, często także stanowiska. Niemoralne? Owszem, ale skoro jest popyt, to musi być i podaż. I to szeroko wykorzystują młode panie, które wolą zostać nowoczesną luksusową prostytutką niż ciężko pracować po osiem godzin w McDonaldzie za grosze.

 

Kolejne panie, które kłusują na cudzych mężów, to te piękne wykształcone, które poświęciły większość swojego życia na osiągnięcie sukcesu zawodowego. Obudziły się w wieku trzydziestu lat i uświadomiły sobie, że kariera to nie wszystko. Wracanie do pustego domu, w którym jeśli już ktoś prócz nich mieszka, to rodzice, a oprócz tego praca, praca i praca, to nie jest życie, o jakim naprawdę marzyły. Mają pieniądze, ale same już nie wiedzą, na co je wydać. Kosmetyki, ciuchy, samotne wakacje, samotny wypad do kina, bo rówieśnicy mają już dzieci, którymi muszą się zająć, lub męża, z którym spędzają większość czasu. A chodzenie z przyjaciółką i jej cudownym mężem (w większości takim paniom wydaje się, że wszyscy mężowie to cudowni, troskliwi mężczyźni, będący szczytem marzeń każdej kobiety) tylko im uświadamia samotność.

 

Wszyscy najlepsi mężczyźni dawno zajęci, a wokół tylko maminsynki i nieudacznicy życiowi. Dlatego nie dziwne, że takie kobiety zerkają zazdrośnie na mężów przyjaciółek. Być może to podłe, ale w tym momencie najważniejsze staje się zdobycie takiego mężczyzny.

 

Ponadto istnieją kobiety, które bez względu na wiek pociągają zajęci mężczyźni. Zakrawa to już bardziej o dyscyplinę sportową. Zdobycie nieosiągalnego staje się najważniejszym w życiu. Przyczyny mogą być różne.

 

Zaczynając od Freuda: kobiety takie od zawsze rywalizowały o miłość ojca z matką, której nie mogły pokonać. W późniejszym okresie nieświadomie przeniosły ową chęć pokonania rodzicielki na wszystkie kobiety posiadające mężów i dlatego nie utrzymanie takiego mężczyzny jest dla nich ważne, ale samo zdobycie go. Zaraz po tym, jak osobnik im ulegnie, tracą nim swoje zainteresowanie i szukają kolejnej swej ofiary. Innym powodem może być znudzenie własnym mężem, chęć „wymiany” partnera na młodszego, chętniejszego, świeższego. Takie żony zazwyczaj nie chcą rozwodu, ponieważ dobrze im w małżeństwie, w którym mąż przynosi pieniądze, a one zajmują się dziećmi. Chodzi tylko o swoistą odmianę w życiu seksualnym, chęć poczucia, że nadal jest się atrakcyjną kobietą. Dla nich najlepszym rozwiązaniem jest posiadanie stałego kochanka - sąsiada, który może wpaść na kilka minut na seks, albo przynieść kwiaty. Mężatki szukają często romantyzmu w swoim sekretnym chłopaku. Chcąc poczuć się bardziej adorowane, młodsze wybierają partnerów, od których są kilka lat starsze. Szukają namiętności w łóżku, która dawno wygasła. I tutaj należy wspomnieć, że również studenci chwytają się sponsoringu. Podczas gdy mąż jest zmęczony pracą, partnerką i nie chce mu się w łóżku robić nic innego poza spaniem, studenci są zupełną odwrotnością. Często najchętniej nie wychodziliby z łóżka. A to, że niektórzy z nich mają dziewczyny, nie stanowi żadnego problemu. Dziewczyna już drugi miesiąc zwleka z uprawianiem seksu, więc broń rozładowują z kim innym. Nie każdy, ale zdarzają się tacy panowie.

 

Patrząc na te kobiety, nazywając je harpiami, złodziejkami, kłusowniczkami, można odnieść wrażenie, że skupiają w sobie same najgorsze cechy. Są podłe, dwulicowe, nieodpowiedzialne. Mają gdzieś to, czy rozbiją komuś małżeństwo. Z drugiej strony dają mężczyznom to czego owi potrzebują, a czego w domu dawno już nie mają. Kobiety, które przestały o siebie dbać po zawarciu małżeństwa, narzekające i chcące tylko pieniędzy, przestają pociągać mężów. Takiemu facetowi szybciej zawróci w głowie dziewczyna, która będzie go komplementowała i patrzyła na niego maślanym wzrokiem, a ponadto zadbana, bo nawet niekoniecznie bardzo ładna. Także warto się zastanowić, czy wina leży tylko po jednaj stronie, czy też może niektóre z pań same nieświadomie doprowadzają do takiej sytuacji. Bo miłość, owszem, aż po grób, ale łatwiej jest kochać kogoś, kto nie wygląda jak zbyt krągły kocmołuch z wałkami na włosach i kwaśną miną.

 

Anita Karolczak, 22l.




5-12


Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

 

Czytaj więcej...

Boją się kobiet 4S?

Wśród atrakcyjnych, dobrze wykształconych, zamożnych singielek mieszkających w wielkich miastach panuje przekonanie, że trudno im znaleźć stałego partnera, ponieważ większość mężczyzn boi się 4S, czyli Samowystarczalnych Samodzielnych Seksownych Singielek.

 

Singielki uważają, że sprawiając wrażenie kobiet bardzo samodzielnych w różnych sferach życia, nie tylko pod względem ekonomiczno-finansowym, ale także w codziennym funkcjonowaniu komunikują otoczeniu, że nie potrzebują mężczyzny u swojego boku, ponieważ doskonale sobie ze wszystkim radzą same.

 

Dobra kobieta to posłuszna kobieta?
- Jestem za silną kobietą, bo ja jestem fajną kobietką, potrafię być miła, kochana, bo taka jestem, ale też potrafię, jak mi to powiedział chłopak na odchodnym, że potrafię tupnąć nóżką – mówi Hanna, 37 lat. – Po czym wziął sobie młodszą o sześć lat dziewczynę, zapatrzoną w niego. Ja też wiem, że na pierwszy raz to się mną każdy facet zachwyca, a potem przy bliższym poznaniu tracę, bo jestem inna, niż oczekiwali. Mężczyźni się mnie boją, chcą, żeby kobieta była mądra, inteligentna, a tak naprawdę - lepiej, żeby się słuchała. Może to jest tak, że to mężczyźni zniewieścieli, a kobiety zmężniały i to się gdzieś tak rozbiegło. Ale to tak jest, że kobiety na wysokich stanowiskach są same, bo jak one mają już wszystko, to nie potrzebują już tego faceta. Choć uważam, że taki dojrzały facet to raczej to doceni, niż ucieknie.

Z rozmów z singielkami wynika, że część z nich uważa, że większość mężczyzn boi się po prostu kobiet zdecydowanych, mających własną opinię na każdy temat, potrafiących podejmować decyzje. Ich zdaniem mężczyzna lubi dominować nad partnerką nie tylko w sferze zawodowej, ale i domowej. Singielki uważają, że większość mężczyzn na żony czy dziewczyny wybiera sobie tak zwane "głupie blondynki" lub "szare myszy", gorzej wykształcone, mniej inteligentne, najczęściej dużo młodsze, którymi po prostu "da się kierować".

 

"Kotku, pomóż, bo niunia nie umie"
- Nie muszę sobie męża szukać - tylko po to, żeby mieć dach nad głową, żeby mnie podwoził, załatwiał różne sprawy, jednym słowem utrzymywał i sprawował opiekę – zapewnia Małgosia, 34 lata. – Są takie kobiety przecież, wieczne małe dziewczynki, słodkie do bólu, infantylne, którymi trzeba się zająć, wyręczyć, zaopiekować, wszystko załatwić. Oczywiście wtedy facet czuje się na maksa potrzebny, bo taka panna nic sama nie umie zrobić. Robi tylko wielkie zdumione oczy, mówiąc: "Kotku, pomóż, bo niunia nie umie".

 

- Może przesadzam, ale znam takie kobiety - mówi dalej Małgosia. - Tylko ja chcę związku partnerskiego, a nie relacji tatuś - córeczka, bo jeden tatuś mi wystarczy. Tylko problem w tym, że mam wrażenie - choć może mylne - że wtedy taki facet nie czuje się potrzebny, bo przecież ja umiem wszystko załatwić i nie uwieszam się na nim. Faceta potrzebuję do miłości, do niczego innego. Chcę z nim założyć rodzinę i być szczęśliwa.

Na forach internetowych można znaleźć wiele dyskusji na ten temat. Mężczyźni, którzy się na nich wypowiadają zwracają uwagę na to, że singielki są jakby kobietami z "innego świata wartości", że cenią ponad wszystko niezależność i wolność, samorealizację. Uważają oni, że takie kobiety nie są w stanie poświęcić wystarczającej uwagi i czasu na budowanie stałego związku, bo są zbyt zajęte przede wszystkim karierą zawodową.

 

Łowczynie sukcesów i seksu
- Też kiedyś trafiłem na taką singielkę, gdzie - albo sesja, albo praca nie pozwalały na zaangażowanie się – wspomina forumowicz Radomsky. - I chodź wiem, że była o mnie zazdrosna i jej się podobałem, to nic z tego nie wyszło, aż w końcu dałem sobie spokój. Później "na trzeźwo" oceniłem jej charakter i stwierdziłem, że po prostu do siebie nie pasujemy. Ja chciałem jej poświęcać dużo czasu, a ona była łowczynią sukcesów zawodowych, niestety.

Poza tym panowie podkreślają, że część kobiet 4S nie chce budować trwałych relacji, ponieważ mężczyzna jest im potrzebny "tylko" do łózka. Problem zaczyna się wtedy, kiedy mężczyzna się w taką relację angażuje na poważnie, a dziewczyna nie. Pojawiają się komentarze panów - przyznających, że byli w związkach, czasem długotrwałych, myśląc, że są one perspektywiczne.

Jednak po próbie deklaracji bycia razem czy nawet oświadczyn, dowiadywali się, że ich partnerki nie traktują ich związku poważnie, tylko jako formę zaspokojenia potrzeby bliskości fizycznej i przyjemności z seksu.

- Jaki ma sens usidlać singielkę? – pyta na forum Taki Jeden. – Byłem w takim niby związku, ona piękna i na eksponowanym stanowisku i z widokami na normalny układ. Tak mi się wydawało. Nic z tego. Trwało to dwa lata. Dla niej liczył się tylko seks. I kompletnie nic poza tym.

Facet musi być facetem
Trzecim powodem, o którym piszą mężczyźni na forach jest to, że nie każdemu dane jest robić oszałamiającą karierę zawodową, dobrze zarabiać, mieć piękny apartament i jeździć drogim autem. Uważają, że jeśli nie ma się na koncie sukcesu zawodowego i materialnego - jednym słowem nie jest się "kimś" – to nie ma szans na to, żeby takie dziewczyny zainteresowały się "przeciętnym" chłopakiem.

- Dużo jest ludzi samotnych, którzy nie znaleźli drugiej połowy, bo muszą mieszkać z rodzicami i robią karierę za około 1500 złotych i jakoś ciężko tym zaimponować kobiecie – uważa kolejny forumowicz. – Jak się już trafi ta druga połowa, która mogłaby dołożyć swoje drugie 1500 złotych to jest często "sukowata" :)

Pytanie brzmi, czy te kobiety i ci mężczyźni są w stanie dostrzec coś poza utartymi stereotypami na temat płci przeciwnej. Wyjść poza schematyczne myślenie, zaszufladkowanie zachowań i potrzeb.

Na pozór silne i niezależne singielki potrzebują męskiego ramienia, na którym mogą się oprzeć, i nie chcą wcale żyć jedynie z superbohaterem. Z kolei panom podobają się kobiety, które wiedzą, czego chcą od życia, są samodzielne i zaradne – byleby pozwoliły na to, by jednak "facet pozostał facetem".

 

Julita Czernecka

sympatia




5-12


Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Kobiety EURO 2012 czyli jak kobiety budowały stadion PGE Arena w Gdańsku

EURO 2012 w pełni. I choć nasza drużyna odpadła z rozgrywek wciąż powiewają biało- czerwone flagi a my kibicujemy najlepszym. Z zdjecie1przyjemnością możemy oglądać dobry futbol na nowo wybudowanych stadionach. W większości rankingów na najpiękniejszy, wygrywa PGE Arena w Gdańsku.

Gdy patrzę na mieniący się w słońcu bursztyn jestem dumna, ze miałam okazję być częścią tego projektu – mówi i uśmiecha się Ewelina Jaskulska – pani architekt, która pełniła funkcję kierownika projektu z ramienia generalnego projektanta, czyli firmy RKW Rhode Kellermann Wawrowsky Polska Sp. z o.o.

Najpierw widziałyśmy jak stadion powstaje na papierze, potem jak robotnicy wylewają fundamenty, jak na plac budowy dotarł pierwszy dźwigar i wreszcie jak całość okładana jest płytami poliwęglanowymi. A dziś jak na murawę najpiękniejszego stadionu wbiegają piłkarze a z trybun zagrzewają ich do boju tysiące kibicówdodaje Anna Miller – prawa ręka pani architekt prowadzącej.

Dwie młode dziewczyny rozpoczynające swą drogę zawodową zostały rzucone na głęboką wodę by prowadzić tak duży, prestiżowy temat. Miałyśmy szczęście, bo teraz „nasz” stadion podziwia cała Europa - są zgodne.

 

zdjecie2Ewelina Jaskulska wykształcenie architektoniczne zdobyła na Politechnice Krakowskiej. Swoje pierwsze kroki zawodowe stawiała w biurze w Chicago pracując przy projektach domów oraz renowacji kościoła. Jednak prawdziwym wyzwaniem była praca w zespole projektowym biurowca Rondo 1 w Warszawie. To tutaj miała okazję zweryfikować swoją wiedzę ze studiów z realiami zawodu architekta. Potem zdobyte umiejętności wykorzystała pełniąc odpowiedzialną funkcję przy budowie stadionu gdańskiego. Podczas wyjazdu na Kubę tak bardzo zafascynowała ją tamtejsza kultura, że podjęła współpracę z Wydziałem Architektury w Hawanie mającą na celu pomoc w renowacji zniszczonych budynków części Starej Hawany i rozpoczęła pracę nad doktoratem o tej właśnie tematyce. Jej pasją jest również tworzenie instalacji artystycznych w przestrzeni publicznej.

 

Anna Miller urodziła się w Żyrardowie. Zdobywanie wiedzy architektonicznej rozpoczęła w warszawskim renomowanym Technikum Budowlanym im. Stanisława Noakowskiego. Tytuł inżyniera architekta uzyskała w Polsce. Chcąc się dalej kształcić wyjechała do Niemiec by na tamtejszej uczelni Fachhochschule w Bochum uzyskać dyplom Master of Arts na kierunku Architektur Media Management. Ten innowacyjny profil kształcenia nie jest oferowany jeszcze w Polsce a edukuje architektów dodatkowo w zakresie strategii marketingowych, technik prezentacji, koncepcji komunikacji i public relations. Po powrocie do kraju rozpoczęła pracę w Warszawie przy projektach budynków wielorodzinnych, użyteczności publicznej i centrów handlowych. Obok architektury jej drugą pasją jest fotografia.

Obie panie architekt poznały się pracując przy projekcie stadionu gdańskiego i stały się filarem zespołu projektowego, który ciężko pracował, byśmy dziś mogli cieszyć się EURO. Początkowo dla Eweliny kierowanie zespołem, którego zdecydowaną większość stanowili mężczyźni wydawało się dużym wyzwaniem, lecz szybko okazało się, że współpraca układa się doskonale. Dziewczyny wnosiły świeżość i radość, uśmiechem rozładowywały trudne sytuacje, gdy cały zespół spędzał już kilkanaście godzin na pracy nad projektem a zmęczenie dawało się porządnie we znaki.

Pierwszym wspólnym namacalnym sukcesem było przekazanie w grudniu 2008r. inwestorowi dziesięciu kopii projektu technicznego, niezbędnego do przeprowadzenia przetargu na wybór wykonawcy stadionu. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że całość przekazanej dokumentacji mieściła się w ok. trzystu segregatorach. Po oddaniu była chwila na złapanie krótkiego oddechu, ponieważ już w 2009r. prace na budowie ruszyły pełna parą. Trasę Warszawa-Gdańsk dziewczyny przemierzały kilka razy w miesiącu. Jeździły na budowę, na burzliwe spotkania rozwiązywać problemy, ale jednocześnie cieszyły się widokiem zalewanego zbrojenia i montowanych trybun. Były chwile trudne, ciężkie, rzec by się chciało, że wręcz dramatyczne jak ta, gdy po ustawieniu wszystkich elementów konstrukcji (dźwigarów) okazało się, że system odprowadzenia wody z dachu wymaga przeprojektowania i znacznej przebudowy. Na szczęście wtedy młode architektki mogły polegać na większym doświadczeniu starszych kolegów branżowców i konstruktorów. Potem było już tylko lepiej. Wszyscy odetchnęli i z radością otworzyli butelkę szampana, gdy w lipcu 2011r. stadion otrzymał pozwolenie na użytkowanie.

Zwieńczeniem wspólnej pracy był wyjazd zespołu projektowego we wrześniu na mecz towarzyski Polska-Niemcy. Pobyt w Gdańsku zdjecie3okraszony był ogromną dawką adrenaliny. Nie obyło się bez wspomnień, śmiechu, żartów i zwiedzania Gdańska - bo wreszcie był na to czas. Ogromny entuzjazm wzbudził widok gotowego już „biznesu”*, kiosków z amerbloku**, widok fasady z poliwęglanu jak i Wojciecha Szczęsnego w bramce. Tak oto po trzech latach wspólnej pracy dziewczyny zostały zagorzałymi fankami futbolu.

Ich wzajemne porozumienie oraz dobra współpraca stały się zalążkiem do dalszego rozwoju zawodowego i zaowocowały koncepcją stadionu Sandecji w Nowym Sączu. Razem przygotowały projekt, który zdobył uznanie władz miasta i jest duża szansa na jego realizację. I choć obiekt ten jest znacznie mniejszy, bo liczy ok. 12 tys. miejsc siedzących, są dumne, ponieważ to od początku do końca ich wizja, inspirowana pięknem Sądecczyzny. Bryła stadionu nawiązuje do górzystej formy Beskidu Sądeckiego a obiekt łączy w sobie tradycję z nowoczesnością.

Wykorzystując zdobyte doświadczenia przy tak dużych inwestycjach Ewelina i Anna chcą teraz skupić się na tworzeniu własnej pracowni. Zanim zaś rozpocznie się realizacja kolejnej inwestycji stadionowej panie projektantki będą tworzyć indywidualne projekty dla najbardziej wymagających klientów.

* potoczna nazwa poziomu budynku stadionu, używana przez projektanów
** materiał budowlany

Tekst: Ewa Miller
Zdjęcia: archiwum prywatne

 


 

5-12

 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...
Subskrybuj to źródło RSS