Menu
logo tjk main

Świętowanie poza domem

  • Opublikowano w Magazyn

1.Zastanówmy się jak wygląda nasze wyobrażenie o idealnym Bożym Narodzeniu. Co sprawia, że przez tych kilka dni czujemy wszechogarniającą radość, ciepło i poczucie bezpieczeństwa? Dla dużej części z nas tym czynnikiem jest możliwość spędzenia ich w gronie najbliższych, zazwyczaj rodziny, czasami również przyjaciół.

A gdyby tak jednak kiedyś porzucić tradycję i wyjechać bez rodziny na egzotyczny urlop lub chociaż zaszyć się w jakimś spokojnym miejscu gdzieś na drugim końcu Polski? Wielu ludzi jako swoją pasję wskazuje podróże – możliwość wybrania się w nieznane zakątki, poznanie nowych osób, zwiedzanie pięknych miejsc.

Jak wygląda realizacja tego zamiłowania w okresie bożonarodzeniowym? Czy urzeczywistniamy swoje marzenia, nawet jeśli krewni są z tego bardzo niezadowoleni?

Statystyki wskazują, że mimo wszystko jesteśmy przywiązani do swoich zwyczajów. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Provident Polska w 2011 roku aż 93% naszych rodaków zostało przy wigilijnym stole we własnych domach, a tylko 4% wybrało wyjazd na narty lub egzotyczny urlop. Jak będzie to wyglądać w tym roku? Powyższe odsetki zapewne nie ulegną 2.drastycznej zmianie. Z czego to wynika? Głównie z braku funduszy, niemożności otrzymania urlopu w pracy, ale także z rozterek dotyczących tego, jak będzie wyglądać nasza Wigilia bez dzielenia się opłatkiem z ukochanymi osobami, smakowania potraw babć i ciotek oraz ze zwykłego strachu przed tęsknotą. Potwierdza to 35-letnia Agata, pracująca w dziale marketingu dużej firmy: – Razem z mężem uwielbiamy podróże. Ciągle jednak brakowało nam pieniędzy, by pojechać w jakieś naprawdę odległe miejsce. Zwiedziliśmy już wiele państw, ale głównie w Europie. Kobieta opowiada, że w tym roku, pomimo iż do świąt zostało jeszcze sporo czasu, jej partner zaskoczył ją niezwykłym bożonarodzeniowym prezentem. – Kilka dni temu, gdy jedliśmy razem kolację, wyciągnął z teczki ofertę biura podróży i powiedział, że w tym roku tych kilka zimnych, grudniowych dni spędzimy w bardzo ciepłym klimacie. Nie mogłam uwierzyć, gdy okazało się, że ma na myśli Australię.

3.Agata zaznacza, że jej miłość do podróży narodziła się już w dzieciństwie. Z rodzicami i dwójką rodzeństwa często wybierali się w nieznane. Nawet jeśli brakowało pieniędzy na zagraniczne wojaże, starali się organizować wycieczki do niezbyt odległych polskich miejscowości, w których można było zwiedzić piękny zamek lub inne wyjątkowe zabytki. – Australia natomiast była moim marzeniem od kiedy pamiętam. Często oglądałam książki ze zdjęciami z Sydney czy Melbourne zastanawiając się czy dane mi będzie kiedyś zobaczyć je na żywo – zaznacza. – Mimo tego, jak również mimo faktu ogromnej radości, którą poczułam widząc nasze bilety lotnicze, po dłuższym przeanalizowaniu wszystkiego, zaczynam mieć wątpliwości.

Jakie? Moja rozmówczyni zdradza, że można być globtroterem, a jednocześnie wyjątkowym domatorem, szczególnie jeśli w grę wchodzą święta. – Nie umiem sobie wyobrazić Wigilii bez śniegu, dwunastu polskich potraw, góry prezentów pod choinką i wszystkich innych szczegółów, na które tak bardzo się czeka. Nie wiem jak miałoby to wszystko wyglądać. Leżałabym na plaży albo zwiedzała kolejne miasta, ale ciągle przy tym myślała jak wspaniała atmosfera panuje teraz w moim domu rodzinnym?

4.Niezwykle istotny dla kobiety jest również fakt ogromnej więzi, jaka łączy ją ze wszystkimi krewnymi. Jak sama podkreśla, Wigilia od wielu już lat organizowana jest u jej rodziców, a kolejne dwa dni świąt u którejś z ciotek lub wujków. – Zjeżdża się wówczas około 25 osób. To niesamowite, ile życia jest wtedy w domu. Naprawdę trzeba znaleźć się choć raz przy tak dużym stole, by zrozumieć o czym mówię. Nie wiem, co mam zrobić – zostać w domu, zrobić mężowi przykrość i marzyć dalej o wyjeździe do Australii czy wybrać się na ten urlop, ale jednocześnie przez cały czas tęsknić za bliskimi?

Mnie bardzo ciekawi reakcja rodziny Agaty na wieść o pomyśle jej męża. – Na razie powiedziałam tylko mamie. Było jej bardzo przykro. Teoretycznie powiedziała, że rozumie jak bardzo zależy mi na tej wycieczce, ale naprawdę było widać, co rzeczywiście myśli. Założę się, że modli się, byśmy jednak zrezygnowali. Wiem, że większość rodziny poczułaby to samo, gdyby się dowiedziała. Nie mam pojęcia jak wybrnąć z tej sytuacji.

Nie zawsze jednak rodzina jest tak tolerancyjna, jak w przypadku Agaty. Dobrze wie o tym 24-letnia Maja, ekspedientka w jednym z sieciowych sklepów odzieżowych. – Dwa lata temu razem z grupą znajomych z uczelni postanowiliśmy, że choć raz powinniśmy zrobić to, co naprawdę lubimy, a nie to, czego wymagają od nas starsze pokolenia. Marzyło nam się Boże Narodzenie na stoku.

5.Dziewczyna opowiada mi jak bardzo kocha polskie góry. Co najmniej raz w roku wybiera się na dłuższy pobyt, zawsze w inną porę roku. Podkreśla, że oczywiście już wielokrotnie była zimą w Zakopanem, Karpaczu czy Szklarskiej Porębie, ale chciała koniecznie poczuć tę specyficzną atmosferę świąt. Poza tym nie bardzo przepada za wielogodzinnym siedzeniem przy stole, ciekawskimi pytaniami kuzynek i babć oraz biernością. – Uwielbiam aktywny wypoczynek. Narty w Zakopanem okazały się więc idealnym rozwiązaniem. Moi rodzice jednak tak nie uważali. Gdy powiedziałam im, co zamierzam zrobić, bardzo się zdenerwowali. Oczywiście nie obyło się bez gróźb i próśb z ich strony. W końcu stanęło na tym, że jestem dorosła i zrobię przecież to, co będę chciała. Rodzina nawet mimo tego argumentu obraziła się na mnie.

Czy święta w górach, z dala od bliskich, dziewczyna zalicza do udanych? – Jak najbardziej. Było fantastycznie. Spędziłam ten czas w gronie osób, z którymi doskonale się rozumiem. Robiłam to, na czym mi naprawdę zależało. Naprawdę nie żałuję i polecam innym, by choć raz spróbowali Bożego Narodzenia poza domem, najlepiej właśnie z przyjaciółmi. Nie ma nic lepszego. Choć z drugiej strony wiadomo, że tradycyjne święta też mają ogromną ilość plusów – stwierdza na koniec.

6.Czytając wypowiedzi dwóch bohaterek artykułu można odnieść wrażenie, że to jak wolimy spędzić święta, może wynikać z relacji, która łączy nas z rodziną. Jeśli jesteśmy bardzo przywiązani do bliskich, niechętnie opuszczamy ich w najbardziej magicznym okresie roku. Natomiast, gdy nie czujemy potrzeby ich bliskości, wolimy realizować swoje pasje związane z wyjazdami. Często niestety pojawia się konflikt interesów – własne zainteresowania czy dobro rodziny? Wiadomym jest, że w szczególności starsze pokolenia nie wyobrażają sobie świętowania bez któregokolwiek ze swoich bliskich. Co zrobić w takiej sytuacji? Najlepsza rada, jakiej mogę udzielić brzmi: kierować się sercem. Przecież jeśli sami nie będziemy się czuć dobrze przy rodzinnym stole, inni to zobaczą. Zróbmy dla siebie to, co sprawi, że nadchodzące Boże Narodzenie będzie przepiękne i niezapomniane.

Beata KAPUSTA

Czytaj więcej...

Piękny obiekt pożądania….czyli „mała czarna”

Dla wielu jest to tylko zwykłe ubranie, ale od początku XX w. „mała czarna” przeszła wiele przeobrażeń od wzbudzającego kontrowersję symbolu wyzwolenia kobiet z XIX wiecznych gorsetów, kiedy to była utożsamiana z feminizmem i wyzwoleniem poprzez symbol seksapilu kina lat 30 i 40, ale także i 60, aż po obowiązkowy element garderoby każdej szanującej się bizneswoman.

W czasie, gdy na ulicach rządziły kolorowe stroje dzieci kwiatów „mała czarna” była uważana za przejaw konformistycznego podejścia do życia, dlatego też przez jakiś czas popadła w niełaskę. Jednak w dzisiejszych czasach ponownie święci triumfy na wybiegach i na ulicach w codziennych sytuacjach. Czy Coco Chanel (zapraszam do przeczytania artykułu - biografii o tej postaci http://www.tojakobieta.pl/historia-kobiet/kobieta-z-krawieckim- zacieciem-coco-chanel.html ) tworząc „małą czarną” wiedziała ile sprzecznych uczuć będzie ona budziła w ludziach w późniejszych czasach?

Wiele osób uważa, że historia „małej czarnej” rozpoczyna się w momencie, gdy została pokazana na okładce amerykańskiego Vogue’a w 1926 r. Jednak prawdą jest to, że na długo przed tym Coco Chanel myślała jak stworzyć strój, który będzie na tyle uniwersalny, że będzie mogła nosić go każda kobieta. Poniekąd jedną z inspiracji dla Chanel były habity sióstr zakonnych, u których wychowywała się będąc dzieckiem.

Okres, w którym w Stanach Zjednoczonych po raz pierwszy ukazało się zdjęcie „małej czarnej” był wymarzonym momentem do wprowadzenia nowego rodzaju ubioru. Był to czas emancypacji i wyzwolenia kobiet. Zaledwie sześć lat wcześniej otrzymały one prawo głosu. Dlatego też prosta, wygodna sukienka stała się symbolem wyzwolonej kobiety. Jej krój wśród tradycjonalistów wzbudzał niejednokrotnie nawet obrzydzenie, gdyż odsłaniała ona kobiece łydki, jednak feministki nic sobie z tego nie robiły i dumnie prezentowały się w „małej czarnej”. Z czasem, gdy jej popularność zaczęła rosnąć była nazywana „Fordem” mody, z uwagi na to, że tak samo jak sławny samochód była dostępna dla wszystkich, jednakże z zastrzeżeniem, że będzie w kolorze czarnym*.

Zmianę wizerunku „małej czarnej”, z prostej sukienki dla wszystkich na symbol kobiecego seksapilu przynoszą lata 30 i 40. Głównie za sprawą takich gwiazd filmowych jak Rita Hayworth, która w niejednym filmie kusiła mężczyzn swoim spojrzeniem i burzą rudych włosów. Jednak to rola w filmie Gilda, gdzie wystąpiła w odmienionej wersji – dopasowanej do kształtów kobiecego ciała – „małej czarnej” wzbudziła furorę. Od tego momentu wizerunek sukienki zmienia się. W latach 50 zostaje uznana za wulgarną i traci na popularności jaką zyskała w poprzednich dwóch dekadach.

Sytuacja diametralnie się zmieniła, gdy do kin wszedł film Śniadanie u Tiffaniego ze zjawiskową Audrey Hepburn w roli głównej. Film pokazywał, że „mała czarna” może być elegancka i wyrafinowana, a ubrana w nią kobieta błyszczy wewnętrznym blaskiem.

Suknia stworzona przez Huberta de Givennchy, specjalnie dla Audrey, stała się jedną z najsłynniejszych sukni w historii kina**. Kolejną osobą, która pozwoliła „małej czarnej” wrócić „na salony” była Jacqueline Kennedy Onassis, która oprócz tego, że była szanowaną Pierwszą Damą, stała się ikoną mody, na której wzorowały się tysiące amerykanek.

I w tym momencie na nieszczęście dla omawianej części damskiej garderoby przyszły lata 70 i czas hipisów, wolnej miłości. W takim świecie pełnym kolorów, wolności i wyzwolenia, uciekania od wszelkich form nie było miejsca dla szablonowej małej czarnej. Znowu popadła ona w niełaskę na mniej więcej 15 lat, do momentu, gdy Donna Karan wypuściła w 1985 r. swoją pierwszą samodzielną kolekcję stworzoną w oparciu o „małą czarną”, jednak zmienioną na potrzeby współczesnej kobiety. Mniej więcej w tym samym czasie na ekrany kin wszedł film Pracująca dziewczyna z Melanie Griffith, w którym w jednej ze scen z Harrisonem Fordem występuje ona w eleganckiej dobrze dopasowanej czarnej sukience. I właśnie wtedy nastąpił przełom. „Mała czarna” kojarzyła się z elegancką kobietą sukcesu, która jest w pełni świadoma swojej wartości i wie czego chce.

Dzisiaj „mała czarna” jest ubiorem uniwersalnym, odpowiednim na każdą okazję. Wystarczy dobrać pasujące dodatki i będziemy miały strój na elegancką kolację, spotkanie biznesowe lub romantyczną randkę.

Jednak każda z nas ma inne wyobrażenie „małej czarnej”. Mi nieodzownie kojarzy się z Audrey Hepburn grającą Holly Golightly w Śniadaniu u Tiffaniego.

*Henry Ford zwykł mawiać o swoim samochodzie, że jest dostępny dla wszystkich i w każdym kolorze, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny.

** Od momentu, kiedy Givennechy miał stworzyć kreację dla Audrey Hepburn do filmu Sabrina stała się ona muzą sławnego projektanta i wiele jego projektów powstało pod wpływem inspiracji sławną aktorką.

 

Iwona Czyżykowska, 28l.

 


 

5-12

 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

 

Czytaj więcej...
Subskrybuj to źródło RSS