Menu
logo tjk main

Wypalenie zawodowe - powolna śmierć pasji

- Kim chcesz być jak będziesz dorosły? – pytam grupy sześciolatków
- Policjantem, strażakiem, fryzjerką, nauczycielką…

Patrzę na rozgorączkowane twarze dzieciaków, które z błyszczącymi oczami i podekscytowanymi głosami opowiadają, kim zostaną w przyszłości. Niektóre opowiadają o swoich rodzicach i ich zawodach. Chcą tak jak oni być bankierem jak tata, czy kosmetyczką jak mama.

Potem? Wyrastają ze swoich postanowień. Niektóre - przecież mamy policjantów, strażaków, nauczycieli. Tak się zastanawiam, kto wie, może to ich postanowienie jeszcze z dzieciństwa? A może tak po prostu wyszło? Przypadek? Powołanie? A może … pasja?

Kolejny krok to studia, które są przepustką do zdobycia wymarzonego zawodu. Zaczynamy pracę i … No właśnie to groźne „i”


Zawód początkowo wykonywany z pasją. Praca – marzenie. Nieważne, jaki to zawód. Każdy powinien być uprawiany z powołaniem.

Pierwsze miesiące, czy lata pracy. Ciągle jeszcze mówimy z dumą, o swoich pomysłach, innowacjach, co zrobimy, co wprowadzimy. Mnożące się w umysłach myśli, które ciągle dodają nam skrzydeł. Potem coś się dzieje. Czujemy, że to co chcemy zrobić zderza się z murem obojętności, pogardliwego pytania – daj spokój, chce ci się? Bezsensu.

Jeszcze z tym walczysz, wierzysz, że to co robisz, robisz dobrze, jest to potrzebne. Potem… czujesz zmęczenie. Zastanawiasz, co się stało: dlaczego praca nie cieszy? Dlaczego coraz gorzej jest wstać do niej? Dlaczego czujesz nasilające się zniechęcenie – przecież tak kochałaś, to co robisz? Dlaczego to, co było twoją pasją tak po cichu umiera?

Otóż masz do czynienia z wypaleniem zawodowym. Zjawisko to zostało pierwszy raz zdiagnozowane przez Christinę Maslach - psycholog socjalną amerykańskiego pochodzenia. Odkryła ona, że wypalenie zawodowe to nic innego jak chroniczna reakcja organizmu na stres, na który składają się trzy elementy:

- Wyczerpanie emocjonalne i psychofizyczne. Na tym etapie odczuwa sięlęk, napięcie, zniechęcenie, poczucie krzywdy, bezsenność, stan depresyjny, poczucie fizycznego zmęczenia.

- Depersonalizacja. Mamy tu do czynienia z narastającą obojętnością, niechęcią do kontaktów z otoczeniem i wzrastający cynizm.

- Poczucie obniżenia osobistej adekwatności. Etap ten jest najbardziej groźny dla poczucia własnej wartości. Tracimy satysfakcję i zaangażowanie zawodowe. Coraz częściej odczuwamy rozczarowanie i poczucie klęski. Obwiniamy się za brak umiejętności.

Jak poradzić sobie z takim zjawiskiem?Jak obronić swoją pasję i siebie? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy poznać etapy, które składają się na proces wypalenia zawodowego. Należy podkreślić, że każdy kolejny etap to coraz silniejszy stopień szkody i coraz bardziej radykalny sposób radzenia sobie z objawami.

Pierwszym etapem jest stadium ostrzegawcze. Niestety może być niezauważalne, bądź nierozpoznawalne. Objawami tego etapu jest skłonność do coraz częstszych przeziębień, ciągłe bóle głowy. Problemy ze spaniem i narastająca irytacja. Zapobieganie nie jest trudne. Wystarczy jedynie krótki odpoczynek bądź zajęcie się tym, co najbardziej lubimy. Kiedy jednak zlekceważymy pierwsze oznaki, dochodzi do kolejnej fazy wypalenia zawodowego. Trwałe i dłuższe występowanie syndromów, które zmieniają się w gwałtowne wybuchy irytacji i niemożliwości skupienia na pozornie łatwych zajęciach, które do tej pory nie sprawiały żadnych kłopotów. Pojawia się także nieprzyjemny objaw dokuczliwy dla otoczenia – pogardliwe odnoszenie się do ludzi. Zapobieganie: wymagany jest dłuższy odpoczynek. Dobrą receptą jest odcięcie się od pracy i zajęcie zupełnie czymś innym, co sprawia nam satysfakcję. Kiedy jednak zlekceważy się ten etap wypalenia, dochodzi do trzeciej i najbardziej groźnej fazy. Groza tego zjawiska polega na tym, że syndromy z poprzednich etapów stają się chroniczne. Dochodzi do powstania wrzodów żołądka, występowania nadciśnienia, napadów depresji. Może nastąpić poczucie osamotnienia i alienacji. Także w sferze osobistej następuje kryzys. W tej sytuacji cierpi nie tylko osoba dotknięta wypaleniem zawodowym, ale i jej rodzina, przyjaciele oraz współpracownicy.

Leczenie: w tym przypadku jedynie pomocna okaże się terapia z profesjonalistą. Trzeba pamiętać, że na tym etapie może dojść do poważnej depresji i zagrożenia wyrzuceniem z pracy.

Jak widać z powyższego tekstu wypalenie zawodowe może być groźnym zjawiskiem nie tylko dla nas samych, ale i dla naszego otoczenia. Warto zatem spojrzeć w głąb siebie, zainteresować się swoim samopoczuciem. To nie egoizm, to zadbanie o siebie i o to, co w życiu lubimy robić. Czy pasja nie zasługuje na to, żeby ją ocalić?

Na podsumowanie tego wykładu posłużę się mottem, według którego żyje moja koleżanka Marta Obuch – autorka komedii kryminalnych – bo życie polega na przeżywaniu.

Ja się pod tym podpisuję. Ktoś jeszcze?

Czytaj więcej...

Dlaczego warto zbierać doświadczenia zawodowe już podczas studiów?

  • Opublikowano w Praca

Student do 26 roku życia, niepalący, bez rodziny, znajomych, dodatkowych pasji, dyspozycyjny 24 h/ 7 dni w tygodniu. W zasadzie to również taki, który nie potrzebuje snu, jedzenia i który nie opłaca co miesiąc rachunków. Bez zobowiązań, zbędnego balastu w postaci partnera. Biegły język angielski plus drugi język obcy, prawo jazdy kategorii B i obsługa wózka widłowego. Nienaganna aparycja i kreatywność. W grę wchodzi również co najmniej 2-letnie doświadczenie w zawodzie. O czym, a raczej o kim mowa? O pracowniku idealnym.

Ten mały wywód powyżej miał Wam uświadomić kilka rzeczy.
Primo – każda praca wymaga poświęceń.
Secundo – połączenie życia prywatnego z życiem zawodowym jest nie lada wyzwaniem, to troszeczkę syzyfowe prace, nieustanna orka, która często nie przynosi większych rezultatów i w ostateczności cierpi albo jedna sfera, albo druga.
Tertio – konkurencja na rynku pracy w dobie szerzącej się fali krytyki i pastwienia się nad studentami czy absolwentami kierunków humanistycznych jest ogromna, a co za tym idzie – „lekkie pióro” czy wiedza na temat tego, czym jest Bressonowska koncepcja decydującego momentu już nie wystarczą, żeby wyżyć od pierwszego do pierwszego, czy świętować Matki Boskiej Pieniężnej, jak niektórzy studenci zwykli nazywać „dzień przelewów”.

Przeciętny dwudziestokilkulatek przeglądając portale internetowe z ofertami pracy i czytając ogłoszenia, z nagłówków których wręcz krzyczą słowa
- „wymagania – minimum 2 lata doświadczenia”
- „aplikacje osób bez doświadczenia na wyżej wymienionym stanowisku nie będą brane pod uwagę”
- „od kandydatów wymagamy doświadczenia w pracy na podobnym stanowisku” najprawdopodobniej zamknie przeglądarkę, wyłączy laptopa, zadzwoni do kumpla i pójdzie na piwo stwierdzając, że „w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem” jak mawiał Naczelny Bezrobotny RP Ferdek Kiepski ze „Świata wg Kiepskich” – serialu komediowego, który większość z nas zna jeszcze z czasów błogiego dzieciństwa.

Patrząc na to trzeźwym okiem, to znaczy dwudziestoletnim okiem człowieka, który dopiero zaczął edukacyjną ścieżkę na uczelni wyższej - perspektywa pracy jest zazwyczaj tak odległa jak wizja jutrzejszej wizyty na Marsie. Jednakże odwracając sytuację i spoglądając na nią trzeźwym okiem człowieka, który musi jeść, a żeby coś włożyć do garnka trzeba na to najpierw zarobić – owa perspektywa może ulec nagłej minimalizacji.

W tym momencie należy zadać pytanie – no i co z tym doświadczeniem, którego wszyscy wymagają, a którego ja jeszcze nie posiadam? Drodzy Państwo, w takiej sytuacji nie ma co się nad sobą rozczulać, tylko najzwyczajniej w świecie spiąć się i zacząć szukać. Tak, szukać. Żeby headhunterzy się o nas bili potrzeba wielu lat ciężkiej harówki i niezwykłych osiągnięć na niwie zawodowej. Także nie ma co czekać z założonymi rękoma – trzeba działać.

Wizja łączenia studiów z pracą, która w przypadku studentów jest płatna gorzej niż źle, albo jest po prostu formą czysto wolontariacką dla niektórych jest równie abstrakcyjna, co niektóre skecze Latającego Cyrku Monty Pythona, ale zaświadczam Wam, że niczego za ładne oczy czy długie nogi się od pracodawcy nie dostanie.

Dlaczego warto zbierać doświadczenie zawodowe podczas studiów i jak to zrobić – ktoś zapyta. Dlaczego? Poszerza to nasze horyzonty, możemy poznać nowych ludzi, działanie firm od tzw. kuchni, a co za tym idzie rynek pracy od środka, a nie z opowiadań, czy artykułów. Nie bez znaczenia są również: umiejętność pracy w grupie, czy pod presją czasu, co w dzisiejszych czasach jest szumnie nazywane „kompetencjami społecznymi”.

Wierzcie mi – codzienny kontakt z ludźmi rozwija te umiejętności samoczynnie, jakby automatycznie. Pracodawca nie jest w stanie ich zweryfikować czytając nasze CV, ale podczas rozmowy kwalifikacyjnej, czy dnia próbnego ależ i owszem.

 

Co przemawia jeszcze za odbywaniem staży i praktyk podczas studiów?
Znajomości. Pracodawca mający do wyboru obcą osobę, człowieka X, którego jeszcze nie zna i którego wszystkiego musiałby nauczyć oraz człowieka Y, którego poznał, kiedy ten u niego pracował – wie na co go stać, jakie ma pomysły, jakie są jego wady i zalety, wybierze oczywiście człowieka Y, przy którym nie będzie musiał marnować swojego czasu i pieniędzy na kolejne szkolenia, nie mając pewności, czy nowy pracownik się sprawdzi.

Potencjalna praktyka jest szansą na rychłe zatrudnienie, o ile się sprawdzimy i pokażemy pracodawcy, co zyska dzięki nam w swojej firmie.

Ktoś powie, że „za darmo nie robię, nie jestem głupi”. Głupcami są Ci, którzy nie dostrzegają potrzeb współczesnego rynku, którzy się tym nie interesują i liczą, że po studiach praca sama się dla nich znajdzie, czy wręcz sama ich znajdzie. Pamiętajcie, że przeciętny staż czy praktyki trwają optymalnie miesiąc do trzech, a dają nam szereg możliwości, nowych umiejętności, wpis do CV, który udowadnia naszą tezę, że jesteśmy pracowici i kreatywni, że „idealnie nadajemy się na to stanowisko”.

Gdzie szukać? W gazetach i portalach branżowych. Na stronach firmowych, na portalach z ofertami pracy. Jeżeli potrafi się dobrze szukać – w ogłoszeniach można tak naprawdę przebierać. Przy wielu uczelniach egzystują biura karier mające za zadanie pomóc młodemu studentowi czy absolwentowi rozpoczęcie kariery zawodowej.

Pamiętajcie, że nikt za Was zarabiać nie będzie i zamiast narzekać, że w tym kraju nic się nie dzieje, że trzeba stąd uciekać, że nie ma tutaj perspektyw, trzeba je samemu odkrywać. Jeżeli nie wie się o istnieniu wielu instytucji, to nie ma się pojęcia, że perspektywy są, albo że można je stworzyć samemu. Wiedza bierze się z doświadczenia, a rezultatów nie osiągnie się leżąc cały dzień na kanapie i czekając, aż coś „samo się” znajdzie. „Się” to trzeba wziąć do roboty.

Dominika Pacyńska, 20l.

Czytaj więcej...

Pracujesz w nietypowych godzinach? Sprawdź jak powinna wyglądać twoja dieta!

W obecnych czasach możemy zaobserwować wzrost osób pracujących w nietypowych godzinach: na nocną zmianę, wczesnym porankiem lub późnym popołudniem. Istnieje wiele zawodów, w których ludzie wykonujący je (lekarze, barmani, ochroniarze, strażacy, piekarze itp.) prowadzą inny tryb życia, w porównaniu z resztą społeczeństwa, przestawiając swój zegar biologiczny. Niestety często związane jest to z problemem objawiającym się nieumiejętnością dostosowania właściwej diety do ciągłych zmian rytmu biologicznego, co ma wpływ na apetyt.

Rodzi się mnóstwo pytań - dlaczego?
- czujemy się zmęczeni
- przybieramy na wadze
- stajemy się agresywni lub ospali
- pogarszają się stosunki z rodziną
- pojawiają się zaburzenia snu i stany depresyjne

Czy posiadamy własny zegar, odliczający czas dla procesów zachodzącym w naszym organizmie?
Każdy z nas powinien być świadom, iż istnieje takie pojęcie jak zegar biologiczny – udowodnione naukowo. Jest to zespół sterowanych genami procesów biochemicznych w komórkach, umożliwiający pomiar czasu i synchronizację procesów życiowych, do cyklicznie pojawiających się zmian (dzień/ noc), w otaczającym nas środowisku zewnętrznym. Największą rolę w koordynowaniu rytmu okołodobowego (snu i czuwania), odgrywa melatonina (hormon syntetyzowany w szyszynce).

Pewnie wielu z Was zastanawia się gdzie w naszym organizmie możemy znaleźć takie miejsce – mianowicie w przedniej części podwzgórza (jądra nadskrzyżowaniowe). Uszkodzenie go np. podczas wypadku, może nieść za sobą konsekwencje w postaci zmian behawioralnych, zaburzenia okołodobowych rytmów fizjologicznych i biochemicznych.

Jakie ryzyko niesie za sobą praca w nietypowych godzinach?

Z tak zwaną pracą zmianową, związane są wszelkiego rodzaju zaburzenia i choroby, do których należą:
- zwiększone ryzyko chorób sercowo – naczyniowych (choroby niedokrwienne serca i nadciśnienie tętnicze)
- brak regularnych kontaktów towarzyskich może nasilać uczucie samotności, obniżenie nastroju i w końcu prowadzić do ciężkich stanów depresyjnych
- zaburzenia metaboliczne (miażdżyca, cukrzyca)
- problemy z utrzymaniem prawidłowej masy ciała
- zapalenie błony śluzowej żołądka, zgaga
- bezsenność
- przewlekłe zmęczenie i osłabienie układu odpornościowego
- większe spożycie kawy, leków uspokajających i nasennych – często nazywa się je objawami zespołu nietolerancji pracy zmianowej

Jak dostosować odżywianie do ciągłych zmian rytmu biologicznego?
Należy pamiętać, że w ciągu dnia zmienia się tempo przemiany materii, najszybsze jest w godzinach porannych, natomiast najmniejsze wartości osiąga wieczorem. Jest to główny powód, dla którego ważne staje się utrzymanie modelu przyjmowania regularnych posiłków, zwracania uwagi na jakość spożywanych produktów oraz ich częstość i ilość.

Oczywiście nie możemy zapomnieć o wypijaniu ok.2 l czystej wody w ciągu dnia i ograniczeniu używek (kawa, guarana), które lepiej zamieniać np. na zieloną herbatę. Równie dobrze jest zachować odpowiedni odstęp czasu, między jedzeniem a udaniem się na spoczynek, w celu uniknięcia tzw. „odkładania tkanki tłuszczowej”. Warto wiedzieć, że częste zmęczenie i rozregulowanie rytmu biologicznego sprzyja ochocie na produkty o wysokim indeksie glikemicznym, a efektem tego może być wzrost masy ciała.

Zalecenia żywieniowe dla osób pracujących we wczesnych godzinach porannych
1. Rano kiedy się przebudzisz (około godz. 6) sięgnij po szklankę zimnej, przygotowanej wody, a następnie wypij filiżankę ciepłego napoju np. zielonej herbaty, dodatkowo zjedz jedną porcję owoców.

2. W pracy pamiętaj o śniadaniu bogatym w błonnik, z małą ilością cukrów prostych. Najlepiej przygotuj wcześniej chleb wielozbożowy lub razowy, napój i jogurt lub pożywną sałatkę warzywną.

3. Na podwieczorek (około godz. 17) sięgnij po produkt pochodzenia mlecznego (w dni wolne raczej z niego zrezygnuj).

4. Na obiad i kolacje powinno się przygotować posiłki lekkostrawne, z małą ilością tłuszczu, jednakże nie spożywaj je zbyt późno!

Zalecenia żywieniowe dla osób pracujących na nocną zmianę

1. Spożywaj dwa główne posiłki dziennie, oczywiście postaraj się by były przyjmowane o stałych porach, postępuj tak również w dni wolne od pracy.

2. Gdy wrócisz z pracy do domu, pamiętaj by przed położeniem się spać zjeść lekki posiłek.

3. Przed wyjściem do pracy (jeżeli jesteś narażony na ciężki wysiłek fizyczny) należy spożyć obfity posiłek.

4.W ciągu dnia zjedz 2 lub 3 przekąski, z małą zawartością cukru.
- po przebudzeniu: lekka przekąska np. owoc, jogurt, suszone owoce, warzywa lub chleb razowy z szynką albo białym serem
- w nocy, podczas pracy: przekąska powinna głównie opierać się na produktach bogatych w białko: pierś z kurczaka, indyka lub sałatka rybna, jajko; pozwolą one na podtrzymanie stanu czuwania. Dla orzeźwienia można również przygotować koktajl warzywny lub owocowy (oczywiście bez dodatku cukru)

Dieta a problemy z zasypianiem
Jeżeli miewasz problemy z zasypianiem, raczej staraj się unikać środków nasennych w farmakologicznej postaci. Radzę kierować się alternatywnymi sposobami, w postaci ograniczenia środków pobudzających jakimi są herbata, kawa, niektóre oranżady itp. Również przygotowując kolację nie dodawaj dużej ilości soli i ostrych przypraw, zastąp je łagodnymi np. koper, kminek.

Ostatni posiłek spożywaj najlepiej 3 godziny zanim położysz się spać. Niech będzie ubogi w tłuszcz, który spowalnia procesy trawienne co może powodować problemy z zasypianiem. Z produktów spożywczych wybieraj ciemny ryż, soczewicę lub lekkie zupy – krem. Uważaj także na alkohol, który owszem działa nasennie, ale niestety zaburza strukturę snu i może być powodem częstych przebudzeń.

Monika Dudek, 20l.
Właścicielka strony internetowej
www.wzdrowejkuchni.pl

Czytaj więcej...

Nastały inne czasy, ale mężczyzna musi być mężczyzną

Młode pokolenie pewnie nie pamięta, ale jeszcze moje może sobie przypomnieć czasy, kiedy to mężczyźni zarabiali, a kobiety wyłącznie zajmowały się domem i dziećmi.

No, dobrze, może przesadziłam. W końcu nie jestem aż tak stara. Jak byłam mała, moi rodzice pracowali obydwoje. Skąd więc zdanie powyżej? Może trochę kokieterii? Może przypomniałam jak było w innych domach? A może, co najbardziej prawdopodobne pamiętam domy moich dziadków. Chyba, najszybciej to. Chociaż też ciężko powiedzieć, bo jedni moi dziadkowie mieszkali na wsi i byli rolnikami. Drudzy zaś mieszkali w mieście i mogę z pewnością powiedzieć o byt całej rodziny troszczył się dziadek. W czasie, kiedy babcia zajmowała się domem oraz dziećmi, dziadek wstawał o świcie, szedł budować mosty i drogi w naszym mieście i poza nim. Jest taki mostek (niewielki), którym kiedyś często jeździłam. To ręce mojego dziadka go stworzyły. Mocno odchorował tę pracę, ale najchętniej mówił o mostach. Czuł się szczęśliwy… No dobrze, trochę odbiegłam od tematu. Darujcie wspomnienia, ale tak mi się miło po nich zrobiło.

Teraz nastały inne czasy. Kobiety bardzo chętnie uciekają (?) odnajdują się w pracy zawodowej. Nie, nie, nie widzę w tym nic złego. Sama pracuję, bo bez tego.. Kiedyś spróbowałam – trzy lata po urodzeniu dziecka siedziałam w domu. Ciągła praca i niekończący się trud, bo dziecko nabałagani, mąż nie posprząta. Dziękuję, ale nie. Chociaż fakt, jestem domatorem. Wychodzenie do pracy na etat również nie zawsze zachęca, zwłaszcza jak pogoda jest ponura. Dlatego znalazłam inny sposób – własna firma i działalność w domu. Nie ma nic lepszego (choć i ma minusy), bo pracę trzeba przerwać i obiad zrobić, albo ktoś przerywa. Są to małe niedogodności, za małe, żeby się nimi przejmować. Wyda się komuś, że to, co piszę jest nie na temat. Na temat. Ponieważ mimo tego, że pracuję, nie uważam, że to powinna być domena jedynie kobiet.

Mężczyzna, który nie pracuje… uf ciężki temat do zgryzienia. Jak mówi mój mąż – taki mężczyzna nie czuje się mężczyzną. Może czasem jest miło, może czasem jest to obojętne, ale na dłuższą metę – nie przejdzie. Dlatego mimo innych czasów, silniejszych i mniej uzależnionych od męskiego ramienia kobiet mężczyzna musi czuć się mężczyzną. Nie tylko w strefie zawodowej, ale i w obowiązkach domowych.

Przykład? Proszę bardzo. Od zawsze wykonywałam wszelkie prace, które wiążą się z mężczyznami. Młotek, gwoździe, przepychanie zlewów, zmiana uszczelek, zmienianie koła, mycie auta, wizyty mniej lub bardziej przymusowe w warsztatach – codzienność. Oczywiście do tego „babskie” obowiązki. Mojemu byłemu mężowi to nie przeszkadzało, przeciwnie czuł się świetnie. A ja miałam satysfakcję, jakaż to ja dzielna i daję sobie radę. Z czasem jednak, czułam się zmęczona i zniechęcona. Cóż, chciałam – miałam. Były mąż jak sama nazwa wskazuje, zniknął. Pojawił się nowy partner i tu podkreślam – mężczyzna. Okazało się, że nie muszę przepychać sama zlewu, bo mam obok siebie pomocną dłoń i głowę pełną pomysłów, jak zrobić to, co wydało mi się niemożliwe. Mogę więc odłożyć kombinerki i pomalować paznokcie. Więc ja mam przepchany zlew, a mąż smaczny obiad, który pochwali. Cóż chcieć więcej?

Ale cóż – siła przyzwyczajenia, czy bardziej brak cierpliwości. Bo przecież my kobiety wiemy, że mężczyzna zrobi męską robotę, ale „za chwilę kochanie”. I jak to mówił Faust „chwilo trwaj”. I trwa i trwa ta chwila. A to już dla kobiety ciężkie wyzwanie, ale czeka, czeka i wreszcie dość! Chwyta to, co ma pod ręką i robi. Tak też było w moim przypadku. Skrzypiały drzwi wejściowe i zacinały się przy otwieraniu. Słuchając kolejny dzień ‘tak, kochanie, już za chwilę” poczekałam, aż wyjdzie z domu. Z racji braku odpowiednich narzędzi – „jesteś kobietą, po co ci narzędzia?” uzbroiłam się w kuchenny tłuczek, nóż do pieczywa, pilnik do paznokci, kuchenną rękawicę, olej jadalny i patyczek do czyszczenia uszu poszłam reperować drzwi. Za pomocą tłuczka i rękawiczki ustawiłam skrzywiony zamek, pilnikiem spiłowałam wystającą część drewna, olejem i patyczkiem nasmarowałam zawiasy i już. Drzwi się zamykają i nie skrzypią. Wrócił mąż do domu, spojrzał na mnie taką rozpromienioną, szczęśliwą i pyta
- co masz taką minę? Zrobiłaś coś pysznego?
Stoję za nim i otwieram i zamykam drzwi. On nadal nie rozumie
- co ty robisz?
Odpowiadam już deczko mniej szczęśliwa
- no słyszysz? Nie skrzypi.
Patrzy na moje kuchenne narzędzia i pyta się
- zreperowałaś drzwi? Przecież to męska robota? Dlaczego na mnie nie poczekałaś?
I idzie do pokoju. Satysfakcję trafia szlag, czuję się niedoceniona. Za chwilę wraca do mnie i mówi
- cieszę się, że zrobiłaś to dobrze, ale to męska rzecz zadbać o dom. Ja jestem mężczyzną i powinnaś powiedzieć, żebym to zrobił. Patrzy na mnie i zgaduje co chcę powiedzieć
- to trzeba było powiedzieć, że bardzo ci na tym zależy. Zrobiłbym od razu.
Więc nieodwołalnie, podział jest: kobieta jest kobietą, mężczyzna mężczyzną i każdy ma swoje obowiązki. Nie, nie na sztywno. Kobieta przytrzyma gwóźdź, mężczyzna zmyje. Ale nie wyrywajmy się tak do przodu, wtedy będzie harmonia.
Swoją drogą – szafka mi skrzypi. Ale co tam, poczekam. To nie „babska robota”.

 


 

8-12

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Czy szukanie pracy przez Internet jest bezpieczne?

Internet jest dla nas pewnego rodzaju dobrodziejstwem. Możemy znaleźć tu niemalże wszystko. Mówi się, że jeśli czegoś nie znajdziemy to najzwyczajniej w świecie to nie istnieje. Jednak w całej swej doskonałości, Internet kryje w sobie wiele pułapek, nierzadko dość niebezpiecznych i nieprzyjemnych w konsekwencjach. Jedne z nich dotyczą ofert pracy.

Obecnie umieszczanie ofert pracy w sieci jest dla obu stron – pracodawców i poszukujących pracy – ogromnym ułatwieniem. To opcja, która jak żadna inna oszczędza nasz cenny czas. Ogłoszenia są łatwo dostępne, na bieżąco aktualizowane. Dokumenty aplikacyjne wysyłamy dosłownie w chwilę. Nie musimy biegać z CV po firmach, po prostu kompletujemy informacje o nas i klikamy „wyślij”.

Jest szereg stron internetowych zawierających ogłoszenia według danej branży, co znacznie ułatwia szukanie. Np. portal dla pracowników IT, dla asystentek/sekretarek. Dzięki nim łatwiej przebić się przez ogrom ogłoszeń, które nas nie interesują. Skupiamy się tylko na tym, co szukamy.

Dzięki popularnym portalom społecznościowym, headhunterzy sami nas znajdują, przeglądając nasze profile. Wyszukują w ten sposób osoby, które przynajmniej wstępnie pasują do oferowanego stanowiska pracy. Wówczas nawet, jeśli aktualnie nie szukamy pracy czynnie, możemy zupełnie przypadkowo mieć szansę na dużą zmianę.

Niestety rzeczywistość nie zawsze jest różowa. Z tego bogatego narzędzia o wielkiej mocy, korzysta też spore grono oszustów. Zdarzają się oferty, które z prawdą nie mają nic wspólnego. Pół biedy, jeśli to tylko okazuje się, że firma oferuje zupełnie coś innego niż zawierało kuszące ogłoszenie. Gorzej, jeśli oferta jest przykrywką dla nielegalnego interesu, który może się dla nas źle skończyć. Jako przykład można tu przytoczyć oferty dla opiekunek dla dzieci lub osób starszych, za którymi faktycznie kryją się agencje towarzyskie, lub handlarze ludźmi. Ale to naprawdę najbardziej skrajne z przypadków.

Na rynku ofert pracy wiele jest firm, które umieszczają fałszywe ogłoszenia.

Co powinno wzbudzić w nas czujność?

Zdecydowanie ogłoszenie, które nie zawiera informacji o oferującym pracę. Jeśli firma ukrywa swoją nazwę, a oferta gwarantuje kosmiczne zarobki i wspaniałe warunki zatrudnienia – to prawie pewne, że jest to zwykłe oszustwo. W taki sposób naciągacze zdobywają potrzebne im informacje. Okazuje się, że to bardzo prosty sposób by zyskać mnóstwo danych wykorzystywanych np. do fałszowania dowodów osobistych. Stąd już niedaleka droga do obciążenia nas pożyczką lub kredytem. Wystarczy, że w CV podamy nasz dokładny adres, datę urodzenia. Może to przysporzyć nam nie lada kłopotów. Najlepszym sposobem by tego uniknąć, jest nieumieszczanie tego typu danych. Dla potencjalnego pracodawcy takie informacje na tym etapie rekrutacji są zupełnie zbędne.

Niestety często zdarza się tak, że oferty pracy przedstawione są w sposób niebudzący żadnych podejrzeń. Ogłoszenie zawiera wszystkie potrzebne dane. Firma faktycznie istnieje, nie ma podstaw by siać niepewność. Dopiero podczas rozmowy kwalifikacyjnej okazuje się np., że do obowiązków asystenckich, poza typowymi zadaniami, również wymagana będzie od nas dyspozycyjność podczas wieczornych spotkań z klientami… I nagle okazuje się, że bardziej niż asystentką możemy być panią do towarzystwa.

Wyobraźnia ludzka nie zna granic. Zdarzają się tak absurdalne oferty pracy, że naprawdę ciężko uwierzyć, że ktoś mógłby z nich skorzystać. Jak np. praca dla asystentki fotografa przy sesjach rozbieranych, gdzie głównym warunkiem jest praca… nago. A to, dlatego, by modelka nie czuła się niezręcznie…

Nie można tu pominąć przykładów firm, które oferują wspaniałe zarobki, idealne warunki pracy, ale warunkiem koniecznym jest odbycie szkolenia, za które sami musimy zapłacić. I kto tu zarabia?

Ponieważ Internet nie jest skarbnicą wyłącznie rzetelnych informacji a także doskonałym miejscem do oszukiwania i naciągania ludzi - jak się uchronić przed ryzykiem?

Przede wszystkim być czujnym. Jeżeli cokolwiek wzbudza naszą niepewność, to dokładnie sprawdźmy czy dana firma w ogóle istnieje. Jeśli okaże się to niemożliwe, to zignorujmy ogłoszenie, które powoduje w nas mieszane uczucia. Lepiej nie ryzykować i poczekać na coś, co będzie wiarygodne i realnie atrakcyjne. Istnieją strony internetowe, które pozwalają pobrać KRS danej firmy, wpis do ewidencji działalności gospodarczej. Możemy sprawdzić czy firma w ogóle jest zarejestrowana.

Jeśli tylko możemy, sprawdzajmy wiarygodność firmy. Starajmy się chronić naszą prywatność i nie udostępniajmy naszych pełnych danych osobowych. To najbezpieczniejszy sposób, by uchronić się przed przykrymi konsekwencjami. Oczywiście, czujność jest bardzo ważna, jednak pamiętajmy, że większość ofert pracy jest rzeczywiście prawdziwa i wiarygodna. Tak, jak dla nas czas jest cenny, tak i dla pracodawców również.

Jak wspomniałam na początku, Internet jest najszybszym i najłatwiejszym sposobem na szukanie pracy/kadry pracowniczej. To w dużej mierze wstępna rekrutacja. Szukający pracy odrzucają te propozycje, które w ogóle ich nie interesują, a pracodawcy z nadesłanych ofert wybierają wyłącznie dla nich atrakcyjne. Dzięki temu obie strony mają możliwość dokonywania szybkich wyborów.

Wielu ludzi w ten sposób szuka pracy i naprawdę znajdują to, czego szukają. W chwili obecnej przed Internetem nie uda się uciec. Ofert pracy jest mnóstwo, więc z pewnością wśród nich większość jest naprawdę godna uwagi. Te negatywne przykłady, to zaledwie odsetek, który niestety istnieje.

Wszystko jest dla ludzi, tylko trzeba umieć rozsądnie z tego korzystać. Tak jak ze wszystkim. Internet z całą pewnością jest wielkim udogodnieniem dla ludzi. Taka jego rola. Warto jednak pamiętać o zasadzie ograniczonego zaufania, jak na drodze. To, że my jesteśmy uczciwi i ostrożni, nie oznacza, że druga strona również. Warto, więc wzmocnić swoją nieufność, w końcu szukamy pracy naszych marzeń a nie kłopotów i rozczarowań.

Magdalena Zbytek-Książkiewicz, 30l.

 


 

8-12

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Życie bankowe

  • Opublikowano w Magazyn

bank1Każda z nas nie raz korzystała w swoim życiu z usług banków. Tak naprawdę jesteśmy ich klientkami cały czas, dzień i noc. Coraz więcej osób ma przecież internetowe konta, dzięki którym bez problemów można zarządzać swoimi finansami, wykonywać przelewy i sprawdzać w każdej chwili, na co kilka miesięcy temu wydałyśmy określone sumy.

Często zdarza się jednak, że nie wszystkie kwestie rozwiążemy za pomocą dobrodziejstw techniki. Wówczas osobiście wybieramy się do konkretnej instytucji. Jakie odczucia nam przy tym towarzyszą? Część osób lubi całą otoczkę towarzyszącą bankom. Eleganckie gmachy, a w nich profesjonalne doradczynie w szykownych garsonkach i doradcy w świetnych garniturach, gotowi pomóc nam w każdej kwestii, a jeśli zachodzi taka potrzeba sprawić również, byśmy otrzymali potrzebną nam gotówkę. Grupa druga natomiast nie bardzo za nimi przepada. Jej przedstawiciele uważają, że imponujące budynki banków są zbudowane tylko i wyłącznie dzięki ciężko zarobionym pieniądzom zwykłych Polaków, przemiłe osoby w nich pracujące są podstępne, a za ich uśmiechami kryje się chęć wyłudzenia od swoich klientów pieniędzy.

 

Jak zatem życie bankowe wygląda od tej drugiej, pracowniczej strony?

 

O blaskach i cieniach swojego zawodu opowiada mi 27-letnia Agata, zatrudniona w filii jednego z mniejszych banków, znajdującej się w dużym mieście. Już na samym początku naszej rozmowy pytam ją jak to możliwe, że się tam znalazła, skoro kierunek studiów, który skończyła nie ma zupełnie nic wspólnego z finansami. - Trafiłam do tej instytucji, gdy dowiedziałam się od znajomej, że zwolniło się miejsce w jej banku. Nie myślałam wcześniej o takim rodzaju pracy, ale wybrałam ją z uwagi na ciężką sytuację na rynku. Do zdobycia tej posady wystarczyły umiejętności nabyte wcześniej w sklepie sportowym, gdzie pracowałam jako sprzedawca. Liczyła się po prostu umiejętność sprzedania produktu klientowi. Kobieta opowiada, że na początku ciężko jej było odnaleźć się w tym świecie. System bankowy jest niestety bardziej skomplikowany niż obsługa kasy fiskalnej, ale, jak sama podkreśla, po miesiącu radziła sobie już całkiem nieźle. Chociaż do tej konkretnej pracy nie każdy się nadaje. - Potrzebne jest przede wszystkim nastawienie na realizację tzw. targetu, czyli sprzedaż jak największej ilości produktów takich jak karty kredytowe, kredyty gotówkowe, itd. Trzeba umieć nawiązywać dobry kontakt z klientem, wzbudzać jego zaufanie.

 

bank2Typowy dzień pracy Agaty zaczyna się o 9 rano. Wówczas przychodzi ona do biura, sprawdza pocztę, czyta maile dotyczące zmian promocji, regulaminów itp. Zawsze też kierownik regionalny wysyła zarówno jej, jak i innym pracownikom raport ze sprzedaży z całego regionu, z którym trzeba się zapoznać i porównać własne wyniki z tymi należącymi do innych osób. Agata z uśmiechem dodaje, że oczywiście zawsze znajdzie się czas na rozmowę z koleżanką z pracy i kawę. – Głównie obsługuję też klientów, dzwonię do osób, które już korzystały z naszych usług, proponuję np. kredyt gotówkowy. Z tego jesteśmy rozliczane przez kierownika regionalnego. Generalnie staramy się realizować plan sprzedaży.

 

Jeśli chodzi o samych klientów to raz na jakiś czas zdarza się opryskliwa osoba, która potrafi popsuć nastrój na cały dzień, ale na szczęście więcej jest tych przyjaznych. Agata opowiada mi o jednej z kobiet przychodzących do banku: - Mam np. klientkę, która zawsze mnie odwiedza, gdy jest na zakupach. Traktuję ją jak babcię, jest bardzo miła. Zaznacza też, że nie przepada za klientami, zwłaszcza tymi starszymi, którzy nudzą się w domu i przychodzą porozmawiać - takie dyskusje trwają zwykle dość długo, a ona nie może w tym czasie obsługiwać innych klientów. - Najgorsi są jednak tacy, którzy widząc że mam klienta, podchodzą z jakimiś pretensjami, np. dotyczącymi wyciągu, albo zablokowania karty. Wtedy nowa osoba zazwyczaj ucieka, aczkolwiek są też tacy, którzy stają w naszej obronie.

 

Kiedy zadaję Agacie pytanie o zarobki, wprost odmawia mi odpowiedzi i od razu tłumaczy dlaczego musi to zrobić: - Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, bo obowiązuje mnie tajemnica bankowa, której złamanie grozi zwolnieniem z pracy. Może natomiast i chętnie mówi o sztuczkach, które stosują banki. Główną z nich jest pokazanie korzyści, a ukrycie wad danego produktu, czyli np. nie mówienie o opłatach za kartę, ale podkreślanie kwestii związanych ze zwiększeniem oprocentowania przy lokacie, dodawaniem darmowego ubezpieczenia do karty kredytowej, które po jakimś czasie i tak staje się płatne. - Klienci są coraz bardziej świadomi i pytają o szczegóły, ale są też tacy, których nie interesuje to, co podpisują.

 

W sprawie ułatwień stosowanych dla klientów, którzy mają problemy ze spłatą, wyłącznym i rzeczywiście stosowanym jest konsolidacja kredytów, czyli połączenie wielu w jeden. Klient płaci wówczas niższą ratę, ale spłata rozciąga się w czasie, więc tak naprawdę przepłaca. - Często jest to jedyna opcja, żeby sobie poradzić z zadłużeniem.

 

Mogłoby się wydawać, że praca nieustannie ukierunkowana na osiąganie odpowiednich wyników oraz porównywanie ze współpracownikami jest stresująca i męcząca. Moja rozmówczyni jednak ani przez chwilę nie narzeka. - Jestem zadowolona z pracy, bo ją mam, a dziś trudno o dobrą posadę. Mamy kryzys, zwiększa się bezrobocie. Nie jest to praca, którą chcę wykonywać przez całe życie. Wolałabym ją zmienić, ale na razie brak mi motywacji. Myślę, że moja następna praca nie będzie związana z finansami.

 

bank3Trudno jest wymienić jednoznacznie pozytywne strony tego zajęcia. Agata wskazuje, że w jej banku nie ma możliwości awansu. W hierarchii nad nią znajduje się lider, a nad nim już tylko kierownik regionalny, więc na szczególny rozwój nie można liczyć. Kobieta pracuje od kwietnia 2010 roku. Nie udało jej się awansować, chociaż, jak sama podkreśla, była bardzo blisko. Niestety, wcześniej podpadła kierowniczce regionalnej w swoim pierwszym banku i mimo wszelkich starań awans na lidera przypadł jej koleżance. - Dziś się z tego cieszę, bo ominęła mnie praca papierkowa, pilnowanie dokumentacji i utrzymywanie w niej porządku. Ta koleżanka, która została liderem jest odpowiedzialna za naszą placówkę, a zarabia niewiele więcej ode mnie. Jeśli chodzi o szkolenia, to firma wysyła nas na nie, ale szczerze mówiąc nie są one szczególnie wartościowe. Nie wnoszą nic nowego do naszej pracy, nie wiem czy w ogóle są nam potrzebne, bo jesteśmy najlepszą placówką w regionie - trochę mija się to z celem.

 

Jest natomiast kilka ciemnych stron. Przede wszystkim główną z nich jest konieczność realizowania planu, bez względu na wszystko. Z jednej strony trzeba dbać o pozytywny wizerunek firmy, ale z drugiej należy być bezwzględnym i np. ubezpieczać każdy kredyt, podczas gdy jest to po prostu większy koszt dla klienta, który przepłaca, często niepotrzebnie. - W poprzednim banku, ten obecny jest już moim drugim, liczyło się - niestety muszę użyć tego słowa - naciąganie emerytów na karty kredytowe. Czasem po odejściu takiego staruszka od mojego biurka szłam do łazienki, żeby się nie rozpłakać przy ludziach... Tak było mi szkoda tych nieświadomych osób, które za 700 złotych emerytury muszą przeżyć cały miesiąc. Po 3 latach pracy w bankach nie mam już takich wyrzutów sumienia. Można powiedzieć, że się zahartowałam, jestem obojętna. Na szczęście w życiu prywatnym jestem inną osobą. Wracam do domu z pracy i staram się o niej nie myśleć.

 

Nieprzyjemne mogą być także kontakty z przełożonymi. Agata mówi, że jej pierwsza kierowniczka regionalna nie lubiła jej od samego początku. - Czepiała się zawsze, gdy odwiedzała filię, ale przy tym nie była też zbyt kompetentną osobą, nie znała się na systemie... Ot taka osoba do kontrolowania pracowników. Uwielbiała pisać maile, które można określić jako formę mobbingu, groziła zwolnieniami itp. Miałam z nią kilka nieprzyjemnych sytuacji. Zawsze, gdy przyjeżdżała, pracownikom towarzyszył niesamowity stres, po prostu te wizyty były koszmarne. Na szczęście już nie pracuje. Obecnie mam lepszą kierowniczkę, jest to osoba z wykształceniem ekonomicznym, pracowała w wielu instytucjach finansowych, ubezpieczeniach itd. Czasem jest nieco złośliwa, choć ogólnie da się z nią wytrzymać. Ma specyficzny sposób bycia, ale zawsze nam pomaga, gdy jest jakiś problem. Wspiera nas i dodaje otuchy. Dobrze mi się z nią pracuje – dodaje pełna optymizmu.

 

Jak możemy wywnioskować ze słów Agaty praca doradcy klienta w banku nie należy do najłatwiejszych. I to nie za sprawą skomplikowanych reguł czy konieczności znania rynku finansowego, ale głównie poprzez ciężar psychiczny, który trzeba znosić, gdy oferuje się kolejnym osobom niezbyt korzystne dla nich umowy. Pomimo nawet najlepszych intencji i najszczerszych chęci, trzeba niestety realizować plan instytucji, w której jest się zatrudnionym, by samemu mieć możliwość utrzymania. Zarówno Agata, jak i każda inna kobieta pracująca w którymkolwiek z banków wykonuje tylko swoje zadania. Możemy być pewne, że żadna z nich nigdy nie chciałaby nas oszukać, jednak sytuacja na rynku pracy często wymusza zachowania niezgodne z własnymi poglądami. Jestem przekonana, że niejedna z nas, niezależnie od tego w jakim sektorze pracuje, musiała w swoim zawodowym życiu robić rzeczy, które normalnie, z punktu widzenia naszych sumień i moralności, są niewłaściwe. Dlatego też na przyszłość pamiętajmy, aby przed kolejnym osądzeniem bankowego doradcy zastanowić się, kto tak naprawdę decyduje o naszych finansach. Z całą pewnością nie miła Pani, która czeka na nas w okienku, ale w największym stopniu my same i nieco mniejszym rynek oraz sytuacja gospodarcza. A jeśli robi to ktokolwiek pracujący w banku, to nie bohaterka tego artykułu, ani jej koleżanki, lecz wysoko postawiona kadra zarządzająca.

 

Dlatego też zachęcam, drogie Czytelniczki, do rozważnego podejmowania decyzji o zaciąganiu kredytów czy wzięciu kolejnej karty. Lepiej odkładać pieniądze przez jakiś czas i dopiero wówczas kupić wymarzoną rzecz, niż kupować pieniądze. Celowo piszę tu kupować, bo przecież za każdą złotówkę wziętą z banku musimy w przyszłości zapłacić z procentem. Jeśli już decydujemy się na kredyty, zadawajmy pytania osobom, które nam ich udzielają. Z chęcią rozwieją one wszelkie nasze wątpliwości.

 

Jeżeli, tak jak w przysłowiu, dajemy się nabić w butelkę, to tylko przez własną łatwowierność i niechęć do sprawdzania informacji, które wydając nam się nieistotnymi, po pewnym czasie sprawiają, że dziwimy się, jak dużo kosztują nas konkretne bankowe usługi.

 

Imię oraz wiek bohaterki zostały zmienione na jej życzenie.

Czytaj więcej...

Praca sprzedawcy

  • Opublikowano w Magazyn

sprzedawca1Niejednokrotnie mówi się w mediach o fatalnych warunkach pracy sprzedawczyń w sieciach hipermarketów i sklepów średniej wielkości. Długie godziny wytężonego wysiłku za głodowe wręcz pensje, problemy z otrzymaniem urlopu czy chociażby kilku wolnych dni na opiekę nad chorym dzieckiem, nieludzkie traktowanie i poniżanie – to najczęstsze problemy, o których słyszymy.

Wiele z nas ubolewało zapewne nad losem kobiet zatrudnionych w jednym ze znanych dyskontów, które podobno siadając przy kasie musiały zakładać pampersy, ponieważ nie pozwalano im korzystać z toalety. Czy jednak zawód sprzedawczyni jest, tak jak to często przedstawiają media, pracą niewolniczą? Czy wykonujące go osoby codziennie są upokarzane i zmuszane do nadludzkiego wysiłku, który staje się jeszcze bardziej nieznośny za sprawą wiecznie niezadowolonych klientów?

 

– Tak jak każde zajęcie, to również ma swoje plusy, a nie tylko minusy. Raz jest lepiej, raz gorzej. Często dzień umilają świetni klienci – mówi 33-letnia Julia, pracująca w osiedlowym sklepie. Kobieta od początku swojej edukacji przygotowywała się do tego zawodu. Uczyła się w kierunkowej szkole zawodowej (wówczas 3-letniej), po ukończeniu której otrzymała dyplom potwierdzający zdobyte umiejętności. – W piątek było zakończenie roku, a ja w ten sam dzień ze świadectwem w ręce zaczęłam szukać pracy. O dziwo, od razu udało mi się ją znaleźć – zostałam sprzedawcą. Jak na tamte lata i na miasto o tej wielkości (obecnie ok.30 tysięcy mieszkańców) był to jeden z największych sklepów, o rzadko jeszcze spotykanym typie – samoobsługowy.

 

Julia opowiada, że pomimo, iż miała już zatrudnienie oraz pensję, nie chciała spocząć na laurach i postanowiła zacząć naukę w liceum. - Od września tego samego roku poszłam do 3- letniego zaocznego liceum. Mój ówczesny szef miał z tym problem – nie podobało mu się, że chcę iść do szkoły, ale przecież nie mógł mi tego zabronić – tłumaczy. – Musiałam dopasować zmiany, bo 2 moje koleżanki ze sklepu również chciały się uczyć. Miałam szczęście, bo obie były bardzo w porządku i z chęcią się ze mną zamieniały. Kiedy kolejna umowa na czas określony wygasła, kobieta została zwolniona. Wówczas przez rok pobierała zasiłek dla bezrobotnych i kontynuowała edukację w 3.klasie liceum. – Gdy skończyłam szkołę znów los się do mnie uśmiechnął. 1.czerwca poszłam na rozmowę, a już od 2. zaczęłam pracę w miejscu, w którym jestem zatrudniona do dziś – uśmiecha się.

 

sprzedawca2Kiedy 5 lat temu okazało się, że jest w ciąży, nikt nie był nastawiony wrogo do jej błogosławionego stanu. Ani jedna osoba z kierownictwa nie dała jej do zrozumienia, że w razie dłuższego urlopu nie będzie miała do czego wracać. – Pracowałam do 8.miesiąca ciąży. Bardzo dobrze się czułam, więc nie widziałam powodu do tego, by siedzieć w domu. W tym czasie szkoliłam moją zastępczynię, pokazywałam jej jak funkcjonuje sklep. Po porodzie poszłam na urlop macierzyński (18 tygodni), na którym miałam płaconą 100-procentową pensję. Na wychowawczym, jak podkreśla kobieta, nie dostawała jednak żadnych świadczeń z powodu zbyt wysokich zarobków jej męża, kierowcy tira. – Kiedy mój synek miał 2,5 roku wróciłam do pracy.

 

Na miejscu Julii pracowała już dziewczyna, którą ta szkoliła przed swoim odejściem. Dlatego też kobietę skierowano do innego sklepu tej sieci w jej mieście. Nie została oczywiście w żaden sposób zdegradowana, dostała takie samo stanowisko i wynagrodzenie identyczne jak to sprzed ciąży. Wspomina ona, iż po urlopie wychowawczym nie miała problemów z odnalezieniem się na nowo w miejscu zatrudnienia i nie czuła się źle z tym, że nie spędzała z dzieckiem całego dnia. – We wrześniu wysłałam synka do żłobka, także tak czy siak byłam przez połowę dnia bez niego. Zdążyłam się przyzwyczaić, ponieważ poszłam do pracy w listopadzie. Szczerze mówiąc nawet czekałam, kiedy do niej wrócę, bo miałam dosyć siedzenia w domu. Większych trudności moja rozmówczyni nie miała również z technicznymi kwestia swojego zajęcia. – Obsługi kasy musiałam uczyć się od nowa, bo w tym sklepie był inny system, nowszy - z czytnikiem i komputerami. Szybko jednak to opanowałam. Mimo wszystko nie bardzo potrafiłam się tam odnaleźć - każdy sklep ma swoje zwyczaje. W tym była bardzo niezgrana ekipa, więc ciągle chciałam wrócić do mojego starego sklepu, gdzie była miła, ugodowa kierowniczka i lubiące się nawzajem dziewczyny. W nowym miejscu zarządzała kierowniczka i zastępca kierownika, który strasznie się panoszył. Wyzywał pracowników, szturchał, przyglądał się nieustannie obsługiwaniu klientów. Nie wspominam tego dobrze.

 

Po 7 miesiącach, jak opowiada mi kobieta, na szczęście została przeniesiona do swojego dawnego miejsca pracy. Jest tam do dziś. - Ze „starej ekipy” zostały dwie dziewczyny, więc było naprawdę w porządku. Ucieszyłam się, że znów pracuję u siebie i wśród swoich.

 

sprzedawca3Zaciekawiona różnymi opowieściami o przykrościach, jakie spotykają sprzedawczynie w sklepach spożywczych, pytam Julię jak to wygląda w jej przypadku. – Nie jest źle, na pewno nigdy nie przytrafiło mi się nic aż tak przykrego, jak historie, które słyszy się w mediach. Sklep nie jest duży, więc dźwigania niewiele. Z płaceniem nie ma problemów, bo kierownictwo boi się inspekcji i kar. Chociaż pensja nie jest rewelacyjna – zarabiam brutto 1500 zł, czyli po odliczeniu podatku, składki zdrowotnej i społecznej zostaje mi 1060 zł. Podwyżek nie ma w ogóle. Jeżeli minimalna krajowa się podnosi, to wtedy rośnie mi wypłata. Dowiaduję się w trakcie naszej rozmowy, że problem stanowi wynagrodzenie za nadgodziny. Kobiety najzwyczajniej go nie dostają. Teoretycznie ich szef mówi, że powinny brać za nie wolne, ale wtedy na sklepie zostałaby jedna osoba, więc wolnego nie ma, ponieważ któraś z nich musiałaby pracować non stop od 5.30 do 19.30. – Nieciekawie wygląda też sytuacja z urlopami – pracujemy w systemie 2-zmianowym, dwie osoby są rano i dwie po południu. W razie, gdy jedna pójdzie na urlop, robi się kłopot. Najlepiej byłoby zatrudnić kogoś dodatkowo, ale na to, jak mówi prezes, nie ma pieniędzy.

 

Jeśli chodzi o ciemne strony swojej pracy Julia wymienia głównie osobę szefa. – Marudzi, że za mało towaru się sprzedaje, albo za dużo się zamawia. Jest coś takiego jak rotacja – do tego też ma zawsze zastrzeżenia. Towar za długo leży, albo jest go za mało. Zawsze według niego jest źle – za mała marża, za mała/duża rotacja. Poza tym, jeśli wiemy, że może on pojawić się w sklepie, jesteśmy bardzo ostrożne. Byłoby nieciekawie, gdyby zobaczył np. że jem „na sklepie” śniadanie – od razu zrobiłby awanturę , wyżyłby się na mnie. Ogólnie zależy jaki ma dzień – czasami jest naprawdę nieprzyjemny. Nie boję się go, ale w końcu to szef.

 

Julia zaznacza, że często atmosferę w pracy poprawiają inni ludzie. Opowiada o tym, że współpracownice są świetne. Nikt na nikogo nie donosi, nie ma problemów. Jeśli dochodzi do spięcia, wkracza kierowniczka. Bardzo mili potrafią być klienci. Większość z nich jest neutralna – łapią kontakt na zasadzie dzień dobry, robię zakupy, do widzenia. Część natomiast jest bardzo otwarta i sympatyczna. – Kiedyś jedna Pani przyniosła nam obiad, inna regularnie wyszukuje ciekawe przepisy i wpada z tym, co uda jej się upichcić. Raz, gdy miałam katar i rany po wycieraniu nosa, klientka przyszła z maścią dla mnie. Mamy też kilku Panów, którzy np. wnoszą za nas skrzynki z piwami – po 15. wychodzą z fabryki i sami biegną do pomocy.

 

Kobieta podkreśla, że aktualnie, w czasach marketów często w tych mniejszych sklepach jest niewielki ruch. – Najgorsze jest to, że po południu zagląda bardzo mało ludzi, a wtedy dłuży mi się czas. Ludzie często porównują ceny, marudzą, że jest drogo, a w marketach taniej. Nie mogę powiedzieć klientowi, żeby po prostu sobie poszedł, skoro coś mu się nie podoba. Muszę go zachęcać. Jeśli chodzi o robiących zakupy, oprócz grupy tych miłych i niezwykle pomocnych są też tzw. upierdliwcy. – Przychodzi np. Pani, która nic nie kupuje, a codziennie pyta o konkretną szynkę, której u nas nigdy nie było. Pyta co ile kosztuje i po prostu wychodzi. A... i ciągle narzeka, że nie mamy tej szynki. Nie rozumie, że nie sprzedajemy wyrobów danej firmy wędliniarskiej, bo mamy kontrakt z inną.

 

Problemy pojawiają się w momencie, gdy klient zniszczy jakąś rzecz. – Kiedyś klientka biorąc kawę, stłukła 2 inne, tylko tak, że wieczka były rozbite, a te kawy całe. Powiedziała, że nie ma tyle pieniędzy, ale zapłaci za nie i weźmie jutro. Przyszła na drugi dzień i po prostu zapłaciła. Trzeciego dnia moja koleżanka wylądowała na dywaniku u prezesa za „wymuszenie na klientce zapłacenia za zniszczony towar”. Widocznie kobieta poszła na skargę, co jest dziwne, bo żadna z nas nie powiedziała jej, że musi kupić te produkty. Po prostu my musiałybyśmy to zrobić – zawsze w razie szkód pokrywamy je z własnych kieszeni, niestety.

 

Ciekawa wydaje się również kwestia braków w kasie. Zapewne większość z nas zastanawia się, kto ponosi odpowiedzialność w przypadku, gdy coś się nie zgadza. Julia mówi, że w takich sytuacjach to właśnie one, sprzedawczynie wykładają pieniądze. - Czasami brakuje pieniędzy w kasie, więc musimy dokładać ze swojej kieszeni. Najwięcej raz musiałam dać 50 zł. Okazało się, że po prostu za dużo wydałam klientce. O dziwo ona wróciła i oddała mi te pieniądze. Byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona.

 

W rozmowie ze mną Julia stwierdza, że w ogólnym bilansie jej praca wychodzi na zero. Jest kilka kwestii, które pozostawiają wiele do życzenia, ale nie ma powodów do ciągłego narzekania. Niezbyt motywujący jest fakt braku możliwości awansowania. Awans w przypadku firmy, w której jest zatrudniona oznacza jedno – taką samą wypłatę, ale o wiele więcej obowiązków. Jest natomiast dużo pozytywnych aspektów – przebywanie w zgranym zespole czy ciągły kontakt z różnymi ludźmi. Najczęściej właśnie obce osoby potrafią sprawić, że cały dzień, nawet jeśli ma upłynąć na dźwiganiu skrzynek czy wysłuchiwaniu pretensji szefa, staje się znośniejszy. I kolejnego ranka, wstając o 4.30 nie robi się tego z aż taką niechęcią, jak można by przypuszczać.

 

Drogie Panie!

Każda z nas powinna zastanowić się kilka razy zanim nakrzyczy w sklepie na ekspedientkę, tylko dlatego, że nie usłyszała ona tego, co do niej powiedziałyśmy lub zważyła kilka dekagramów mięsa więcej niż sobie życzyłyśmy. Zwykły uśmiech, który nic nas nie kosztuje potrafi naprawdę ułatwić sprzedawczyni cały dzień pracy. Jednak my same nie wymagajmy, by kasjerki były nieustannie rozmowne i rozpromienione. Okażmy odrobinę zrozumienia i poczekajmy na powrót życzliwości, którą się wykażemy. Za jakiś czas może się okazać, że skupiona na ciągłej obsłudze kasy kobieta to bardzo pomocna i otwarta osoba, która przy kolejnych zakupach podpowie jaki chleb warto kupić lub wybierze dla nas najładniejsze owoce. W końcu, podobno, całe dobro, darowane przez nas innym, kiedyś zostanie nam zwrócone.

 

Imię oraz wiek bohaterki zostały zmienione na jej życzenie.

Czytaj więcej...

Wychować więźnia

  • Opublikowano w Magazyn

wiezien1- Często spotykam się z tym, że więźniowie chcą się zmienić. Niektórzy na końcu wyroku są przenoszeni do zakładu półotwartego, a później wychodzą na wolność. Zwykle mają oni rodziny, zależy im na tym, by normalnie żyć. Ci, którzy byli skazani po raz pierwszy zazwyczaj wychodzą ze swojej „drogi bezprawia”. Niestety te osoby, które były skazywane już kilkakrotnie, częściej wracają do swojego „dawnego procederu”. – opowiada 35-letnia Alicja, wychowawca działu penitencjarnego.

 

Można mężczyzn, od razu zwraca na siebie uwagę słuszną budową ciała i stanowczym wyrazem twarzy. Nic bardziej mylnego. Alicja jest bardzo drobna, niezwykle kobieca i pogodna. O swojej razu nasuwa mi się pytanie: skąd pomysł na realizowanie się w takim właśnie zawodzie? - Ciekawiło mnie, jak wygląda życie za murami więzienia, jacy ludzie tam przebywają i co może się tam dziać. Zawsze łatwo nawiązywałam kontakt z innymi, więc myślałam, że tak samo będzie w stosunkach z więźniami. Oczywiście ideały były takie, że skupię się na pomaganiu tym ludziom i zmienianiu ich życia – opowiada kobieta i uprzedza moje kolejne pytanie podkreślając, że rodzice nigdy nie doradzali jej przy wyborze kierunku studiów. - Bali się jednak, że praca w więzieniu jest niebezpieczna dla kobiety. Poza tym kiedy wybierałam kierunek studiów, kobieta jako pracownik więzienia była wyjątkiem. Alicja doskonale zdawała sobie sprawę, że jeśli poważnie myśli o swojej zawodowej karierze, musi ukończyć resocjalizację. Obecnie zatrudnienie jako wychowawca można zdobyć posiadając również dyplom innego kierunku, konieczne jest jednak zrobienie studiów podyplomowych. - Poszłam na uczelnię. Pierwszy rok był bardzo ogólny. Nic, co konkretnie dotyczyłoby resocjalizacji, ale już na drugim roku dołączyłam do koła naukowego, z którym organizowaliśmy różne akcje, np. zbieranie na święta żywności i zabawek dla osadzonych kobiet i ich dzieci. Wolontariat tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że chcę pracować z więźniami. Do V roku stale miałam kontakt z więźniami i więźniarkami. Przez uczelnię wydzielane były grupy i przydzielani do nich osadzeni, z którymi mieliśmy spotkania.

 

wiezien2Po studiach Alicja pracowała jako pedagog szkolny, zaznacza jednak, że nie było to zajęcie, które mogło dać jej satysfakcję. W międzyczasie nieustannie składała podania do zakładów karnych i w końcu zdobyła wymarzoną pracę.

 

Podczas całej rozmowy odnoszę wrażenie, że najtrudniejsze jest dla Alicji poradzenie sobie z wszechogarniającą biurokracją, co rzeczywiście sama zainteresowana potwierdza. – Merytoryczna część pracy nigdy nie stanowiła dla mnie problemu, najgorsze było odnalezienie się w papierach. Właśnie wokół nich zorganizowany jest cały dzień pracy wychowawcy więziennego. Alicja opowiada, że pierwszym jej zadaniem każdego ranka jest wyprawa na swój oddział, gdzie podlega jej kilkudziesięciu osadzonych (każdy z wychowawców ma od 50 do 120 podopiecznych). Od razu musi zapoznać się z dokumentacją dnia poprzedniego i z tzw. książką, w której zapisane są wszystkie ważne wydarzenia. – Mój zawód polega również na stałej współpracy z innymi pracownikami zakładu. Obowiązkowo spotykam się z oddziałowymi. Mówią mi oni czy nie stało się coś, o czym powinnam wiedzieć, np. czy ktoś zachorował, wdał się w bójkę, wydarzyła się istotna sprawa w życiu prywatnym osadzonych. Kiedy kobieta zbierze wszystkie informacje, stawia się na odprawie oddziału, gdzie zgromadzeni są kierownicy wszystkich działów i wychowawcy. Omawia się tam wraz z psychologami sytuację w całym oddziale, po to by uzyskać pełny obraz życia na terenie jednostki. Porusza się też sprawy dotyczącego tego, kto z kim może być w celi. - Później każdy z nas idzie na własny oddział. Zabieram ze skrzynki od oddziałowego wszystkie listy, które osadzeni chcą wysłać oraz prośby od nich od dyrektora. Zapoznaję się z tymi listami. Pobieżnie je przeglądam pod kątem zawartości - czy nie ma tam obraźliwych słów, gróźb, przedmiotów niedozwolonych. Potem zaklejam je i ktoś z innego działu je odbiera. Następnie przeglądam prośby do dyrektora. Po kolei je opiniuję, czyli piszę, czy dyrektor powinien się do nich przychylić, czy też nie. I znów zaczyna się papierowa robota. Każdy więzień ma swoje akta, tzw. teczkę osoboznawczą. U skazanych co pół roku trzeba wystawić ocenę okresową. Jeśli coś ważnego się wydarzyło, to należy zrobić notatkę, zgłosić to np. do psychologa. Często sporządza się opinie do sądu, bo sąd o to prosi. Później wychowawcy prowadzą wizytację cel z oddziałowymi, podczas których wysłuchuje się czy skazani mają jakieś prośby, obserwuje czy nie mają obrażeń, czy w celi wszystko jest w porządku. – Jakie zazwyczaj mają oni prośby? Różne – czasami potrzebują pozwolenie konieczne do pojechania na pogrzeb bliskiej osoby, a czasami zwracają się z czymś zupełnie błahym, np. chcieliby dostać kartkę i długopis. Wizytacja trwa około godziny, później Alicja wraca do gabinetu i rozwiązuje sprawy osadzonych. I znów jest tu pełen wachlarz próśb i uwag. – Zdarza się, że pytam dział finansowy o możliwości robienia zakupów przez osadzonych na terenie jednostki. Polega to na tym, że rodzina osadzonego może przesyłać mu pieniądze. Jeżeli tego dokona, istnieje możliwość zakupienia trzy razy w miesiącu przedmiotów dopuszczonych przez dyrektora. Osadzony dostaje wówczas kwitki z oznaczeniem, ile pieniędzy ma do dyspozycji. Zazwyczaj dopuszczone przedmioty to: papierosy, kawa, lepsza pasta do zębów i podstawowe artykuły spożywcze (puszki, zupki chińskie, słodycze). Po papierowej pracy Alicja jako obserwator bierze udział w wydawaniu obiadu. Przygląda się wówczas całemu procesowi i poprzez m.in. zwróceniu uwagi na kolejność, w jakiej ustawiają się osadzeni, może określić pozycję w grupie poszczególnych osób. Kobieta dodaje także, że pomiędzy jej codziennymi poszczególnymi zajęciami zdarzają się przerwy na rozmowę z więźniami, zrobienie notatki czy wydanie opinii na temat udzielenia przepustki. Codziennie dzieje się coś w życiu osadzonych, a do tego ciągle dochodzą nowi podopieczni. - Cały czas jesteśmy w gotowości, że coś się może zdarzyć. Nie ma czasu na to, żeby usiąść i wypić kawę. Ponadto każdy wychowawca prowadzi indywidualny program autorski, coś na kształt kółka zainteresowań, np. modelarstwo czy rysunek. Istnieje też zasada, że kiedy więzień ma jakiś problem, przychodzi do wychowawcy. Wówczas prowadzi się działania tonujące, uspokajające, by mógł on wrócić do celi w dobrym stanie psychicznym.

 

wiezien3Kiedy pytam Alicję o możliwości awansu i ogólne perspektywy rozwoju, podkreśla ona, że przede wszystkim w służbie więziennej nie ma problemu dyskryminacji ze względu na płeć – kobieta ma taką samą drogę kariery zawodowej, co mężczyzna. Cały czas w trakcie służby trzeba się szkolić. Istnieje szkoła oficerska – wychowawcy w więzieniach mają stopnie wojskowe, moja rozmówczyni posiada stopień porucznika. Jeśli wykazuje się chęci, nie ma dużego problemu z otrzymaniem awansu. A kwestie finansowe? Na początku, będąc młodszym wychowawcą otrzymuje się ok. 2700 zł, składa się na to uposażenie zasadnicze i dodatek za stopień. Wychowawca taki jak Alicja zarabia miesięcznie w przybliżeniu 3300 zł.

 

Oprócz wynagrodzenia ważna jest oczywiście satysfakcja osiągana w związku z wykonywaniem tego rodzaju pracy. – Spotkałam na swojej drodze kilku skazanych, którzy mówili, że zakład karny uratował im życie, bo np. codziennie pili lub ćpali, a dzięki zamknięciu zerwali z nałogiem. Narkomanów łatwiej się „naprawia”, bo dostają leki. Trudniej jest z nałogowymi alkoholikami, bo czasami mają zwidy, bywają agresywni, nieobliczalni. Objawy po odstawieniu alkoholu mogą wystąpić nawet po dwóch tygodniach od osadzenia.

 

Szczególnie interesująca wydaje mi się kwestia kontaktów wychowawcy z więźniami, dlatego też pytam wprost czy zdarzają się przypadki nawiązania bliższych relacji. Alicja szybko rozwiewa moje wątpliwości. - Jeśli więzień chce nawiązać bliższą znajomość, trzeba zachować dystans, bo zazwyczaj jest to z jego strony interesowne, jest świetnym manipulatorem. Zdarza się, że więzień zakocha się w swojej wychowawczyni i kiedy zostaje przeniesiony, pisze listy miłosne. Ogólnie wobec kobiet wychowawców osadzeni są milsi niż wobec mężczyzn, nie przejawiają agresji, dbają o siebie, chcą wywrzeć dobre wrażenie. Czasami zdarzają się z ich strony wyzwiska pod naszym kierunkiem, ale również bardzo rzadko. Wychowawców obowiązują pewne standardy pracy. Nie można wejść w bliskie relacje z osadzonymi. Dlatego też pomaga się im, ale na zasadzie dawania wędki, a nie ryby. Można proponować formy spędzania czasu wewnątrz jednostki, ale też na zewnątrz, np. spotkania AA. Motywuje się do pewnych zachowań, ale nie wchodzi w więzi zarezerwowane dla bliskich osób. Trzeba być rzeczowym, stanowczym, konsekwentnym, dotrzymywać słowa. Nie można dawać obietnic bez pokrycia. Ogólne zasady postępowania z więźniami określa kodeks karny wykonawczy z dnia 6 czerwca 1997 roku, szczególnie art. 67.

 

Alicja nie jest wychowawcą w oddziale kobiecym, ale od znajomej, która właśnie w takim miejscu pracuje wie, że profil osób, które tam trafiają, podobnie jak w zakładzie dla mężczyzn, nie jest jednorodny. Najdłuższe wyroki odsiadują zazwyczaj kobiety będące ofiarami przemocy domowej, które podczas kolejnej awantury zabiły męża. Zdarzają się też uzależnione od narkotyków, skazane za posiadanie lub handel. Przez nałóg kradną, prostytuują się. Są też osoby wykształcone osadzone za oszustwa finansowe, jednak nie jest ich aż tak dużo.

 

Praca wychowawcy penitencjarnego nie jest lekka, ale z pewnością można o niej powiedzieć, że gwarantuje dużą dawkę emocji i zapewnia ciągle nowe zadania oraz kwestie, które trzeba na bieżąco rozwiązywać. Ponadto może przynieść wiele satysfakcji, nie tylko ze względu na dosyć dobre wynagrodzenie, ale głównie z powodu poczucia wypełniania pewnej misji, a także ciągłego kontaktu z ludźmi. Kończąc naszą rozmowę, kobieta wskazuje na jeszcze jeden plus swojego zawodu. – Psychicznie nie ma on na mnie negatywnego wpływu, ale głównie dzięki świadomemu spędzaniu czasu wolnego, pracowaniu nad tym, aby po służbie myśli nie krążyły wokół pracy. Staram się skupić na mężu i dzieciach, wspólnym realizowaniu zainteresowań. I właśnie dzięki temu praca nie przekłada się na życie rodzinne. Pozostaje niestety kwestia tego, że w każdej chwili mogę być wezwana do jednostki.

 

Dla Alicji jej zawód, pomimo częstych trudnych i dość stresujących sytuacji, jest spełnieniem młodzieńczych marzeń. Nawet jeśli w pewnym momencie musiała pożegnać się z ideą naprawienia świata i przebudowania życia każdego więźnia, zdarzają się małe sukcesy, które rekompensują cały trud. Dlatego też wychowawca więzienny może czuć, że poprzez swoje działania i małe kroki, które dzięki niemu podejmują więźniowie, wpływa na czyjeś życie i być może sprawia, iż staje się ono lepsze. A jeśli nawet nie będzie ono idealne, to przynajmniej będzie życiem prowadzonym zgodnie z prawem.

 

Dane osobowe bohaterki zostały zmienione ze względu na kwestie poufności informacji.

Czytaj więcej...

Praca Osobistej Stylistki – czyli z życia wzięte

Naczelna portalu wymyślając mi od czasu do czasu tematy, za każdym razem wraca do tematu mojej pracy: „Olka opisz jak pracujesz, jakie masz klientki, to jest szalenie ciekawe”.

Ja za każdym razem zabieram się, ale jakoś słowa nie przychodzą. Pracę przeżywam, ale średnio potrafię o niej opowiadać. Może jednak mam coś z księgowego – bo jak tu mówić o księgowości, albo o matematyce – jest i już.

O klientkach/klientach także nie lubię opowiadać. Wiem jakie mają problemy, poznaję przez chwilę część ich życia. Cieszę się ich zaufaniem, może właśnie dlatego, że nie wykorzystuję każdej okazji do zabłyśnięcia, opowiadając kogo znam i historyjek z ich życia.

Osobisty Stylista to trochę zawód psychologa, nie tylko dlatego, że w 15 minut zazwyczaj muszę wejść z butami w życie innej osoby i poznać ją i jej styl, lub upodobania, ale także zachować tą właściwą dla zawodu psychologa dyskrecję po spotkaniu.

No właśnie, pierwsze 15 minut spotkania – całą uwagę skupiam na rozmówcy, jak i co mówi, dokładnie zadaję pytania sondujące, ciut jak pod lupą. Staram się wyciągnąć jak najwięcej o guście o upodobaniach, żeby szybko, nie tracąc czasu, skonstruować pierwsze ramy wizerunku. Czasem widzę jak komuś drżą ręce, potem dowiaduję się o wielkim stresie przed spotkaniem ze mną. Padają słowa „jak przed egzaminem”, „całą noc nie mogłam spać”, „bałam się”, „skok w przepaść”. Swoją drogą to ciekawe, bo przecież nikt nie porównuje wizyty u dentysty do skoku w przepaść, a spotkanie ze mną dwie osoby tak właśnie określiły (całe szczęście, że to były tylko myśli przed spotkaniem :))))))))).


new-1991new-1992

 

Kto się do mnie zgłasza?
Nie ma, jak w programach tv, wielu mocno zaniedbanych kobiet z nadwagą. Nieumalowanych, nieuczesanych, w ciuchach z lat 70tych PRLu. To taki mit (a czasem szkoda, że się nie zgłaszają). Mam za to sporo do czynienia z młodymi mamami, którym ciut trzeba pomóc powrócić na właściwy kurs. Często z kobietami o genialnych, rewelacyjnych kształtach, które szukają dziury w całym. Właścicielkami nieuświadomionych skarbów w szafie, kolekcji pięknych butów itp. Zgłaszają się kobiety, które się po prostu ciut pogubiły lub wreszcie potrzebują, żeby ktoś stanął z boku i powiedział co o tym wszystkim myśli – takiego doświadczonego, inteligentnego lustra z pomysłami (czego brakuje, co gdzie kupić).

Spektakularne metamorfozy? Bywają, że czasem trudno uwierzyć że to ta sama osoba, i zazwyczaj nie jest to tylko zmiana ubrań i stylu, ale głównie samoświadomości.

Jeśli chodzi o Panów, to zazwyczaj cele są z góry określone i nie trzeba wnikać. I tak, przy każdym kolejnym spotkaniu jest to dla mnie duże zaskoczenie - te mocno sprecyzowane oczekiwania.

Na 10 osób średnio jedna jest płci męskiej, która nagle jest mega konkretna i potrzebuje - „spodni, marynarki, kilku koszul, butów - nie wiem jakich Pani się na tym zna”.

To spore ułatwienie, ale niech nikt nie sądzi że jest prosto, każdy Pan i tak ma mocno sprecyzowany gust i nie da rady wcisnąć czegoś co nie pasuje do osobowości. Zadania niby proste, ale trzeba mocno „na czuja” szukać ubrania, a nie przebrania i wyłapywać każdy wyraz twarzy, bo Panowie rzadko kiedy, wypowiadają się całymi zdaniami o tym jak się czują w danym ubraniu. Za dandysa łatwo przebrać, ale nie mam żadnej gwarancji, że potem ktoś to będzie nosił.

Przy stylizacji przez internet jest ciut inaczej. Wtedy nie poznaję osoby, wiem tylko tyle, ile mi o sobie napisze. Proszę o zdjęcia z którymi się oswajam, potem zapamiętuję i w głowie przez kilka dni tworzę wizerunek. Jest to takie opowiadanie z boku, pokazywanie jak ja tą osobę widzę. Czasem ktoś pyta się, czy to program komputerowy. Nie mam programu, mam pewne schematy, zwroty opisujące, wypracowane przez lata, ale za każdym razem od nowa do każdej sylwetki tworzę nowy zestaw, bo nie trafiły mi się dwie identyczne osoby (coś mało bliźniaków typu bracia Mroczek się zgłasza :)))))) dodatkowo każdy ma inne pytania i wątpliwości.

Poza tym praca stylistki, to baaardzo dużo chodzenia, targania ciuchów. Biegania na zdalne zakupy dla stałych klientek z miarą w ręku i cennikiem DHLu, czy innego UPSu w drugiej, żeby wysłać wszystko na czas. Kompletne zaniedbywanie twitterów, facebooków i innych, po prostu z braku czasu, po intensywnym przebywaniu poza domem, trzeba pobyć w nim naprawdę.


new-19912new-19922

 

Poznawanie nowych rejonów i przyległości Poznania – jeżdżę przeglądać szafy bez nawigacji, bo to wiele fajniejsze jest zapamiętywanie drogi, także orientacja w terenie jest wyćwiczona na maksa, Pani od geografii w liceum byłaby ze mnie dumna.

Oprócz tego zakupy w stolicach Europejskich też są przyjemne, nie ukrywam. Tym bardziej, że staram się rozplanować wszystko tak, żeby mieć kilka dni wolnych na miejscu.

Spotykam całą masę ciekawych osób – to jest chyba największa zaleta tej pracy. Kiedyś właśnie wpadłam na to, że oglądam tv i słucham radia, wkurzam się na świat i na te „mądre” głowy, które nami rządzą, a potem spotykam kilka tak fantastycznych osób, że wiara w świat i w ludzi wraca ze zdwojoną siłą.

Tak, to jest zdecydowanie najciekawsza strona pracy Osobistej Stylistki.

Miało być o tym jak wygląda moja praca, a wyszło, wszystko poza pracą, czyli mało o ciuchach dużo o wrażeniach :).

 


 

7-12

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...
Subskrybuj to źródło RSS