Menu
logo tjk main

Wakacyjne trendy Polaków: jak i gdzie polskie Rodziny spędzają wakacje?

  • Opublikowano w Prasowe
Przed nami wyczekiwany z utęsknieniem okres wakacyjnych podróży. Na liście obleganych kierunków wciąż są kurorty nadmorskie. Wybiera się tam aż 73 proc. rodzin - wynika z raportu IRCenter.com, przygotowanego na zlecenie Tchibo.

Noclegi, bilety, walizki, pakowanie, zakupy przed wyjazdem, planowanie i organizacja rodzinnych wakacji nie należy do łatwych zadań. Wszystkie te obowiązki biorą na siebie najczęściej kobiety - w 9 na 10 przypadkach (89 proc.) to kobiety odpowiadają za organizację i planowanie rodzinnych wakacji. W prawie 4 na 10 przypadków (37 proc.) w organizowaniu wakacji udziela się również partner.

Święty spokój czy rowery?
Spokojny relaks, np. podziwianie widoków, opalanie się i czytanie książek, jest nieco częściej wybieraną formą rodzinnego wyjazdu wakacyjnego niż aktywny wypoczynek (wybrało je odpowiednio: 55 proc. i 45 proc. osób).

Najczęściej lubimy odkrywać i zwiedzać nowe miejsca (51 proc.), sportowe rozrywki są na drugim planie (29 proc.). Wśród ulubionych sportów ankietowani najczęściej wymieniają jazdę na rowerze, wycieczki po górach, kajaki, żagle, sporty wodne, siatkówkę i grę w piłkę. W opisie idealnych wakacji najczęściej wymieniano czas spędzony nad wodą, przy ładnej pogodzie, z dala od tłumów, nastawiony na relaks i odpoczynek.

Najpopularniejsze kierunki
Polskie rodziny najczęściej wakacje spędzają w kraju (51 proc.), ale zagraniczne wyjazdy nie są już luksusem, w okresie wakacyjnym rodacy często obierają też egzotyczne kierunki - 41 proc. spędza wakacje czasem w Polsce, czasem za granicą, a 8 proc. tylko za granicą.

Kochamy leżakować na plaży i cieszyć się morskimi falami - polskie morze to najczęściej wybierany kierunek wśród osób spędzających wakacje z rodziną. Jeździ tam 7 na 10 ankietowanych. Popularnością cieszą się również góry (50 proc.), jeziora (38 proc.) oraz zwiedzanie innych miast (25 proc.) i wyciszenie w lesie (12 proc.).

Co łączy wszystkich Polaków?
Ciekawostka: jest coś, co łączy wszystkie polskie rodziny - niezależnie od obranego kierunku i pomysłu na wakacje jest z nami zawsze ulubiona kawa. Niemal wszystkie rodziny w trakcie wakacji piją kawę (97 proc.), 6 na 10 z nich (57 proc.) przygotowuje ją samemu, a 4 na 10 (39 proc.) kupuje gotową - najczęściej w kawiarniach (45 proc.) i restauracjach (31 proc.).

LZF1

W tym roku ulubionej kawy będzie można również spróbować w specjalnych strefach, które pojawią się w pięciu nadmorskich miasteczkach (Świnoujście, Kołobrzeg, Darłówko, Łeba, Władysławowo) oraz w Olsztynie, nad jeziorem Ukiel.
W akcji „Lato z Family” znani i lubiani będą promować rodzinny i aktywny wypoczynek. Każda strefa będzie miała powierzchnię 400 m kw. i podzielona zostanie na część kawiarnianą, plażową (z leżakami) oraz miniprzedszkole - z grami i zabawami dla dzieci.

Będzie rodzinnie, wesoło i z aromatem ulubionej kawy.

Strefa Tchibo dostępna będzie w 6 miastach:
- Kołobrzeg (1-9 lipca)
- Świnoujście (15-23 lipca)
- Darłówko (28-30 lipca)
- Łeba (4-6 sierpnia)
- Władysławowo (11-13 sierpnia)
- Olsztyn (18-20 sierpnia)
Czytaj więcej...

Czy warto dzielić się kosztami weselnymi z rodzicami?

Ślub i wesele to niezaprzeczalnie jedne z najważniejszych i najpiękniejszych zarazem, chwil w naszym życiu. Warto dołożyć wszelkich starań, by były one jedyne i niepowtarzalne.

Wymaga to nie lada wysiłku, zarówno organizacyjnego, jak i finansowego.
Czy zatem lepiej uporać się z tym samemu, czy skorzystać z pomocy rodziców?


Każdy z nas ma inną wizję na temat tego, jak ten dzień powinien wyglądać. Dla jednych istotne jest, by była to uroczystość skromna, spędzona w gronie najbliższych, inni chcą by odbyła się z wielką pompą, i aby była „na językach” jeszcze długo później.

Rzeczywistość potrafi jednak skutecznie ostudzić zapał. Nierzadko okazuje się, że pewnych naszych planów nie jesteśmy w stanie zrealizować, gdyż zwyczajnie przerastają nas koszty.

Młodym ludziom, którzy dopiero, co zaczynają wspólne życie niełatwo jest od razu wystartować z wysokiego pułapu. W takiej sytuacji zdarza się, że z pomocą śpieszą mama i tata. W większości przypadków robią to z dobroci serca i naprawdę, dlatego, że chcą a nie muszą. Dla nich to również jest spore wydarzenie. Wypuszczają spod swoich rodzicielskich skrzydeł własne dziecko, które przez wiele lat było pod ich wyłączną opieką.

Czasem jednak okazuje się, że ta pomoc może zrodzić wiele konfliktów. Pojawiają się odmienne zdania, co do menu, wyboru kwiatów, muzyki, listy gości itd.. Każda ze stron ma swoje pomysły. Różnica pokoleń nie daje o sobie zapomnieć. Nagle okazuje się, że jeśli w porę nie zwolnią tempa, ten dzień ze wspaniałego, stanie się najgorszym.

Kompromis nie jest sztuką łatwą. Wymaga on dużego zaangażowania i cierpliwości. Warto, więc rozmawiać o wszystkich wątpliwościach. Bezsensowne niedopowiedzenia sprawiają tylko, że przygotowania do ślubu przebiegają w jeszcze większej dawce stresu, który i tak jest już na bardzo wysokim poziomie.

Najwięcej problemów przysparza lista gości. Rodzice zazwyczaj chcą zaprosić krewnych, których Młodzi nigdy nie widzieli na oczy. Ci z kolei są niezadowoleni, że wśród gości mają znaleźć się nieznajome ciotki, czy kuzynostwo z tzw. „siódmej wody po kisielu”. Sami zainteresowani stawiają na grono swoich znajomych, wierząc, że dzięki temu parkiet nie będzie pusty, a zabawa potrwa do białego rana. I tu dochodzi do niepotrzebnych spięć, gdyż tak naprawdę wszyscy mają rację. To uroczystość Młodej Pary, ale to rodzice „oddają” swoje dzieci i też chcą, by w tym dniu towarzyszyły bliskie im osoby. Najlepszym sposobem jest szczera rozmowa i przedstawienie wzajemnych oczekiwań. To naprawdę może się udać.

Gdyby spojrzeć na to z drugiej strony, dzień ślubu to niepowtarzalna i być może jedyna sposobność, by poznać lepiej swoje korzenie i poznać ludzi, których zna się jedynie z fotografii. Codzienność pełna pośpiechu nie pozwala nam na tego typu spotkania, zawsze jest coś bardziej absorbującego, więc całkiem dobrym pomysłem jest skorzystanie z takiej okazji. Przecież to w gruncie rzeczy nic strasznego.

Przygotowania do ślubu zajmują bardzo dużo czasu. Do załatwienia jest mnóstwo spraw. To wielkie wsparcie, gdy mama i tata chcą pomóc i wziąć na siebie sporą część obowiązków. Wiąże się to z ustępstwami, owszem, ale ten, kto może liczyć na tego typu pomoc, jest prawdziwym szczęściarzem.

Najlepszą receptą by całość była bliska perfekcji, to wzajemne zaufanie i zrozumienie. To ważne, by liczyć się z uczuciami, pragnieniami innych i ich zdaniem.

Oczywiście, jeśli stać narzeczonych na samodzielne wyprawienie wesela, to sytuacja idealna. Jednak czasem, gdy bliscy chcą pomóc, to może zwyczajnie oznacza, że im zależy i chcą wziąć udział w tym wydarzeniu, w pełni tego słowa znaczeniu?

Zdarzają się też sytuacje, gdy rodzice za bardzo narzucają swoje zdanie i ingerują w przygotowania, uznając, że wiedzą najlepiej, co jest dobre i odpowiednie. Stwarzają wtedy poczucie jakby to była wyłącznie ich „impreza”. I wówczas nie ma się co dziwić, że Młodzi buntują się. Z założenia bowiem ma to być dzień jeden jedyny w ich życiu.

Idealnym byłoby, gdyby całość przebiegała bezkonfliktowo i w pełnej harmonii. Jednak życie to nie jest bajka, a ludzie są tylko ludźmi.

Skoro mają to być najcudowniejsze i niezapomniane chwile, dołóżmy wszelkich starań by tak było. Koniec końców lepiej mieć w pamięci tylko dobre wspomnienia i zadowolonych gości, którzy będą wspominać to wydarzenie, jako wyjątkowe.

Różnice pokoleniowe będą istnieć zawsze. Inne czasy, wartości, poglądy, priorytety. Jednak rodzina jest jedna i powinna być na pierwszym miejscu. W końcu, jeśli nie ślub ma taki charakter „familijny”, to cóżby innego?

Znajdźmy płaszczyznę porozumienia, czasem ustąpmy i ugryźmy się w język, by nie powiedzieć o jedno słowo za dużo, które zrani drugą osobę jak np. płacę za ślub, więc wymagam i chcę, aby było po mojemu… Wtedy przygotowania stają się już koszmarem a nie przyjemnością. Mila atmosfera pryska i czekamy aby ten dzień szybko już nadszedł i się skończył. Czy tak ma być, czy o to chodzi?

Magdalena Zbytek-Książkiewicz, 30l.

Czytaj więcej...

Boże Narodzenie - czas przepełniony miłością, ciepłem i… tradycjami

Jest w ciągu roku taki czas, na który czeka się z niecierpliwością. Czas pełen spokoju, ciepła i radości, kiedy gasną wszelkie spory, zapominane są urazy, a miłość i wsparcie ze strony bliskich są rozwiązaniem wszystkich problemów. To również czas przemyśleń, wspomnień oraz spotkań z bliskimi i rodziną. Tak właśnie określa się wyjątkowy czas - czas świąt Bożego Narodzenia.

Jak wiadomo owe święta to szczególnie piękne i rodzinne święto. Zgodnie z chrześcijańską tradycją obchodzimy je 25 grudnia dla upamiętnienia przyjścia na świat Jezusa Chrystusa- Zbawiciela świata. Jednak świętowanie zaczyna się już w przeddzień narodzin Jezusa, czyli w wigilię Bożego Narodzenia, z którą kojarzy nam się wspólny posiłek, łamanie opłatkiem, śpiewanie kolęd…- A to dlatego, że Święta Bożego Narodzenia to najbardziej uroczyste i rodzinne święta, w czasie których szczególną rolę odgrywają tradycje. To właśnie one nadają im jeszcze bardziej uroczystego i wyjątkowego znaczenia. Goszczą w wielu domach i często uważane są za nieodłączny element świąt. Jednak często nie znamy bądź nie pamiętamy o ich symbolicznym znaczeniu. Dlatego pragnę przypomnieć Wam, Drogie Czytelniczki jak powinna wyglądać tradycyjna Wigilia Bożego Narodzenia.

Wigilia Bożego Narodzenia jest pracowitym dniem, zwłaszcza dla kobiet, gdyż to zazwyczaj one zajmują się przygotowywaniem uroczystej kolacji. Do momentu wspólnego posiłku mężczyźni ‘znikają’ albo z własnej woli, albo wskutek nakazu swych żon, które nie chcą, by ktoś im przeszkadzał w przygotowaniach. Mimo ogromu obowiązków, święta są ulubioną porą wielu kobiet.

‘Święta Bożego Narodzenia to piękny czas, który cała moja rodzina uwielbia, oczywiście włącznie ze mną, głównie dlatego, że możemy spotkać się wszyscy razem i spędzić razem ten magiczny czas. Bo choć owszem, mam bardzo dużo obowiązków, mimo że pomaga mi przy wszystkim moja mama, to jednak tą pracę wynagradzają mi uśmiechy członków rodziny. Lubię przyrządzać wigilijne potrawy, i dbać o to, by nasz dom utrzymywał nas w świątecznym nastoju. I tak, tradycje są nieodłącznym elementem świąt, głównie za sprawą moich córek, które dbają o to, by je utrzymywać. Jeśli chodzi o mnie to na pewno nie może zabraknąć na wigilijnym stole karpia i opłatka. Bardzo lubię też pasterkę, na którą zawsze udaję się z moją rodziną’
Leokadia, l. 51

‘Święta Bożego Narodzenia to dla mnie magiczny czas- czas rodzinny, czas radosny. Jest to jedyny czas w roku kiedy cała moja rodzina jest razem. Dbamy o tradycje. Ważną z nich jest tradycja łamania się opłatkiem i składanie sobie życzeń. Zasiadanie do wspólnej kolacji wprawia mnie w bardzo uroczysty nastrój. No i oczywiście czekamy do północy, by udać się na Pasterkę. Nigdy orkiestra w kościele mnie tak nie wzrusza jak właśnie w tę noc. Uwielbiam ten czas również ze względu na karpia, pierogi i barszcz, ponieważ potrawy te, smakują najlepiej właśnie w tym czasie, no i oczywiście za radość z prezentów. To sprawia, że praca jaką się wkładało w przygotowywanie wszystkiego, raczej raduje niż męczy.’
Iwona, l. 46

Do niedawna w Wigilię obowiązywał post ścisły, co oznaczało, że w ten dzień nie powinno się spożywać mięsa oraz tłuszczów pochodzenia zwierzęcego. Dzisiaj, mimo zniesienia owego obowiązku, wiele ludzi dalej postu przestrzega. I dobrze, bo choć w brzuszku burczy, to warto poczekać na podanie 12 wigilijnych potraw, które wynagrodzą nam to poświęcenie.

Zastanawiałyście się kiedyś dlaczego akurat 12 dań? Liczba ta nie jest przypadkowa. Ma symbolizować 12 apostołów, którzy zasiadali z Jezusem do Ostatniej Wieczerzy. Tak i my zasiadając do stołu wraz z rodziną mamy poczuć obecność Jezusa Chrystusa. W czasie trwania wigilijnego wieczoru, największą uwagę przyciąga stół, przy którym gromadzi się cała rodzina. Stół ten powinien być nakryty białym obrusem- biały kolor ma symbolizować ołtarz oraz czystość i niewinność Jezusa owiniętego po narodzinach w białe chusty. Pod obrus należy umieścić garść sianka, które ma zapewnić dobrobyt rodzinie. Ma również przypominać nam o ubogiej stajence, w której narodził się Jezus po to, byśmy w naszym życiu pamiętali o prostocie i skromności. Na stole nie może zabraknąć talerzyka z opłatkami. A także krzyża i/bądź zapalonej świecy, które symbolizują obecność Boga w naszych domach i sercach. W wielu domach ową świecą jest świeca Caritasu sprzedawana w ramach akcji Wigilijnego Dzieła Pomocy Dzieciom, co dodatkowo jest pięknym gestem pomocy bliźnim i jednoczenia się z tymi, którzy nie mogą w pełni cieszyć się świętami.

Kolejną, a na dodatek bardzo poruszającą tradycją jest przygotowanie jednego, dodatkowego nakrycia na wigilijny stół dla niespodziewanego gościa, który może do nas przywędrować. Jak wiadomo w ten wyjątkowy dzień powinno się przyjąć każdego kto zapuka do naszych drzwi. Przygotowanie dodatkowego nakrycia ma ukazać gotowość życzliwego przyjęcia niespodziewanego gościa, okazania mu ciepła i podzielenia się z nim posiłkiem. Ma również wyrażać pamięć o zmarłych członkach rodziny i bliskich oraz tych, którzy z różnych powodów nie mogą spędzać z nami Wigilii.

Gdy stół jest już nakryty, a w powietrzu unosi się zapach przyrządzonych potraw, należy już tylko czekać na pierwszą gwiazdkę, która według tradycji ma rozpoczynać wigilijną wieczerzę. Jest ona symbolem Gwiazdy Betlejemskiej, która wskazywała drogę Trzem Królom do miejsca urodzenia Jezusa. Gdy już pojawi się na niebie, wszyscy gromadzą się wokół stołu, by wysłuchać czytanego przez najstarszego członka rodziny fragmentu Pisma Świętego, dotyczącego narodzin Jezusa Chrystusa (Łk 2, 1-14). Po czym następuje wspólna modlitwa i łamanie się opłatkiem, któremu towarzyszy składanie życzeń zdrowia, szczęścia i radosnego przeżywania okresu świąt. Łamanie się opłatkiem to najbardziej popularna tradycja, która ma piękne znaczenie. Symbolizuje potrzebę dzielenia się pokarmem (głównie chlebem) z innymi. Jest to także akt pojednania, przebaczenia wszelkich win i urazów.

Po wspólnej wieczerzy udajemy się pod choinkę, która według tradycji powinna być przystrajana w dniu poświęconym pierwszym rodzicom- Adamowi i Ewie, czyli w Wigilię Bożego Narodzenia. Choinka ma symbolizować rajskie Drzewo Życia, do którego, przez grzech Adama i Ewy, utraciliśmy dostęp. Jego zadaniem jest więc przypominanie nam o grzechu pierworodnym i odkupieniu go przez Jezusa, który dał nam tym samym możliwość zaznania życia wiecznego. Ozdoby, które wieszamy na choince również mają swoje symboliczne znaczenie. Gwiazda umieszczana na szczycie choinki przypomina o Gwieździe Betlejemskiej i ma wskazywać nam drogę do Jezusa. Ma również pomagać w znalezieniu drogi do domu i ułatwiać powroty z dalekich stron. Światełka symbolizują Chrystusa, który oświeca ludzi, napełnia ich dobrem i miłością. Mają także chronić domowników przed złem i ludzką nieżyczliwością. Jabłka, które dzisiaj zastępowane są bombkami symbolizują biblijny zakazany owoc, ale również zdrowie i urodę. Aniołki mają chronić i otaczać opieką nasz dom. Orzechy zawijane w sreberka (dzisiaj już rzadko spotykane) miały zapewniać dostatek, mądrość i siłę. Łańcuchy przypominają o zniewoleniu grzechem, a w niektórych regionach Polski dodatkowo uważano, że są symbolem wzmacniania rodzinnych więzi i ochrony domu przed kłopotami. Dzwonki oznaczają dobre nowiny i radosne wydarzenia.

Obok choinki powinna znaleźć się szopka z figurką Dzieciątka, Maryi, Józefa, aniołów, pasterzy i zwierząt oraz Trzech Króli, których powinno się dostawić dopiero 6 stycznia w Uroczystość Objawienia Pańskiego. A pod choinką nie może zabraknąć prezentów i słodyczy. Podarunki mają przypominać o tym, iż Bóg nieustannie obdarza nas swymi łaskami, dlatego mamy naśladować Go i uczyć się dzielenia z innymi. Słodycze natomiast symbolizują słodycz owego darowanego nam życia.

W zależności od regionu Polski prezenty przynosi Gwiazdor (na Pomorzu, Kaszubach i Wielkopolsce), Św. Mikołaj (na Mazowszu), Dzieciątko (na Śląsku) albo Aniołek bądź Gwiazdka (w Małopolsce). Po czym śpiewa się wspólnie z rodziną kolędy- pieśni, które wyrażają radość z narodzenia Jezusa oraz składają mu cześć i hołd.

Ważne jest, by ten świąteczny czas przeznaczyć na spotkania z rodziną i zapewnić wyjątkową, przepełnioną ciepłem oraz życzliwością atmosferę.

Niektórzy żartobliwie mówią, że świąteczną tradycją stało się też oglądanie filmu pt.: Kevin sam w domu, który faktycznie gromadzi przed telewizorami miliony polskich rodzin.

Ważnym momentem kończącym Wigilię, a rozpoczynającym Dzień Bożego Narodzenia jest uroczysta Msza Święta odprawiana zazwyczaj o północy w celu upamiętnienia oczekiwania oraz modlitw pasterzy udających się do Betlejem, nazwana Pasterką.

Jak widzimy Święta Bożego Narodzenia, a szczególnie Wigilia to dzień przepełniony tradycjami. To one uświetniają ten czas i nadają mu uroczystego znaczenia. Dodają świętom wyjątkowego uroku, dlatego nie pozwólmy, by w szale świątecznych zakupów i przygotowań zapomnieć o nich. Starajmy się nieustannie je pielęgnować, by nie przetrwała tylko jedna z nich- ta, która mówi o obdarowywaniu się prezentami.

Korzystając z okazji pragnę życzyć wszystkim Czytelniczkom:
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia i Szczęśliwego Nowego Roku!

Aleksandra Parusel, 20l.

 

Czytaj więcej...

Jak żyć, gdy nie można zajść w ciążę - Problem nagminny, ale wciąż pomijany

Miło gdy jest jak w bajce… Dwoje zakochanych. Piękny ślub, nowe, cudne mieszkanie, dobra praca i teraz upragnione dziecko. Tymczasem mijają miesiące, a tu nic. Test ciążowy za każdym razem pokazuje tylko jedną kreskę.

Wszędzie wokół pełno kobiet w ciąży, maleńkich dzieci, które uśmiechają się z wózków.

A w sercu żal, coraz większy… dlaczego inni mogą a my nie?

Liczba par niemogących mieć dzieci wciąż rośnie. Przyczyn jest wiele. Szybkie tempo życia, stres, odkładanie rodzicielstwa na później. Bo najpierw praca, kariera, dom. Żeby dziecko miało wszystko. A później okazuje się, że to, co my zaplanowaliśmy natura sama weryfikuje, a niekiedy dość brutalnie rujnuje.

Jak żyć, gdy wokół pełno szczęśliwych przyszłych lub świeżo upieczonych rodziców?

Ktoś, kto nigdy nie przeżył takiego problemu powie pewnie, że to nic. Wystarczy wziąć się w garść, nie myśleć o tym, zająć się pracą, znaleźć sobie pasję, zajęcie.

Ciężko jest wyrzucić z serca największe pragnienie, gdy instynkt rodzicielstwa sięga zenitu. Tego nie da się wyłączyć jak kiepskiego serialu w telewizji. To siedzi w sercu, w głowie. A wszystkie bodźce wokół nas tylko potęgują ból.

Czasem udaje się, że wakacje, rzucenie się w wir pracy pomagają, ale to rozwiązanie na krótką metę. Znam pary, które starały się o dziecko 2 lata, inne 6 lat. Rozmawiałam z nimi nie raz i wiem, jak ciężko było im żyć. Zwłaszcza, gdy mało dyskretne i niewrażliwe otoczenie, wciąż dopytywało „kiedy wreszcie będziecie mieć dziecko”, jakby to było tak proste, jak kupno pralki. Brak zrozumienia i bagatelizowanie problemu przez najbliższych, to jak nóż w serce. I oczywiście złote „nie martwcie się, macie czas, jesteście jeszcze młodzi”… Wszyscy wokół wiedzą lepiej, robią wyrzuty, gdy nie można patrzeć bez łez na małe dzieci, czyjeś dzieci. Chyba każda para, starająca się o potomstwo słyszała nie raz te „mądre rady”.

Bardzo często jest tak, że najbardziej rozumieją problem te osoby, które przeżywają to samo. Nie bliscy, nie rodzina. Często obcy ludzie.

Nagle okazuje się, że zachowania, które zaczynają sprawiać, że czujemy się jak ludzie gorszej kategorii, towarzyszą nie tylko nam. Inni przeżywają to samo. Odsuwanie się od znajomych, którzy są szczęśliwymi rodzicami, łzy na widok ciężarnych kobiet, uczucie złości i bezsilności, które rośnie z dnia na dzień. Które sprawia, że czujemy się jak wybrakowane jednostki niezdolne do podstawowej roli, roli rodzica. To brutalne, wiem, ale to rzeczywistość, o której wielu z nas nie ma pojęcia i o której nadal nie mówi się głośno. Bo niepłodność to nadal temat tabu, to często napiętnowanie, którego ludzie po postu nie rozumieją, albo nie chcą zrozumieć.

Łatwo jest oceniać innych, mieć żal, że nie potrafią cieszyć się cudzym szczęściem, ale trudniej jest postawić się w sytuacji tych, którzy cierpią a całe życie ustawione jest pod „chcemy mieć dziecko, z całych sił”.

Czy wiecie jak wygląda życie pary, która nie może mieć dziecka?

Zapytałam o to jedną z moich koleżanek.
- „To ciągła walka ze sobą, z myślami. Każdy dzień wygląda podobnie, z jednej strony staramy się nie myśleć o tym, a wszystko wokół nam to przypomina. Ciągłe wizyty u lekarza, monitorowanie cyklu miesięcznego, zobojętnienie na nieustające badania, seks w wyznaczone przez lekarza dni. I nadzieja, każdego miesiąca nadzieja, że tym razem będą upragnione dwie krechy. A później płacz, żal, rozpacz. Bo znów fałszywy alarm, bo znów się nie udało. Bo coś nie zagrało, bo to jeszcze nie ten czas. Tylko, kiedy on nadejdzie? Wtedy kiedy łączyć nas będzie tylko owulacja i zatracimy to, co było dla nas tak ważne? Kiedy zapomnimy co nas połączyło i żal zniszczy naszą miłość? Cały czas winiłam siebie za całą sytuację, wciąż myślałam, że przeze mnie mój mąż jest nieszczęśliwy, że zasługuje na kogoś lepszego niż ja…”

Ktoś powie zapewne, że przecież jest tyle możliwości w dzisiejszych czasach, przy obecnie rozwiniętej medycynie, albo że wiele jest dzieci, które czeka na adopcję. To wszystko prawda, tylko czy ten sam ktoś wie, co to instynkt rodzicielski, którego nic nie jest w stanie przygasić? Czy ta osoba w ogóle wie, co mówi?

Podobno czas jest najlepszym lekarstwem. Znam pary, które z rozpaczy niepowodzeń porzuciły starania i wtedy zdarzył się „cud”, wtedy wreszcie się udało. Bo stres odpuścił, bo przestali się starać ze wszystkich sił. Znam też pary, które zdecydowały się na In vitro i do dziś ani przez chwilę nie żałują swojej decyzji. Znam ludzi, którzy adoptowali maleństwo. Wszyscy z nich są szczęśliwi, najbardziej na świecie.

Niestety jest też wiele par, które niepłodność rozdzieliła. Nie wytrzymali tej ciężkiej próby. Okazało się, że to, co miało ich połączyć, na zawsze ich rozdzieliło. To przykre, ale niestety prawdziwe. Jednak nie nam to oceniać.

Problem z zajściem w ciążę, nie znika a rośnie. I zapewne tak już będzie. Tempo życia nie zwalnia, ciągła gonitwa za wszystkim tylko potęguje ten problem. Wciąż przybywa par, które przeżywają taki koszmar. Wielka szkoda, że ten temat jest nadal bagatelizowany. Ludzie niemogący mieć dzieci rzadko spotykają się ze zrozumieniem, bo otoczenie nie potrafi się wysilić na odrobinę empatii. A niepłodność to kolejna „choroba cywilizacyjna”, która nie zniknie. Życie, które wygląda jak wygląda, nie jest na to lekarstwem, a wręcz przeciwnie.

Nie ma dobrej, jedynej rady na to jak żyć z takim problemem. Trzeba próbować wszystkiego. Walka do końca, poddanie się, szukanie innych rozwiązań. Jest wiele możliwości. Każdy i tak wybierze inną drogę, bo tak naprawdę każdy potrzebuje czegoś innego.

Jedno jest pewne, rozmowa z kimś, kto przeżywa/przeżył to samo z pewnością pomaga. I nie można się załamywać. Warto walczyć do końca, z całych sił. Nawet, jeśli ma się nie udać. A co, jeśli w końcu się uda? Podobno nadzieja umiera ostatnia…

Magdalena Zbytek-Książkiewicz, 30l.

Czytaj więcej...

My z bidula - rodzina widziana oczyma dzieci z domów dziecka

Takie proste słowa, codzienne. Niby nic zwyczajnego. A jednak dla niektórych nieosiągalne, nie do spełnienia. My z bidula, tak dzieci z domu dziecka mówią o sobie.

Serce się kraje, kiedy ogląda się te ogromne oczy stęsknione widoku matki, ojca, rodzeństwa. To ich spojrzenie jest takie wymowne, choć postawa stara się mówić coś zupełnie innego. Dzieci z bidula uczą się hardości. Twardości nie umieją się nauczyć, bo pustka nie jest twarda. Jej nie ma.

Będąc jeszcze uczennicą brałam udział w przedstawieniu w Domu Dziecka w Krasnem (woj. podlaskie). Do dziś pamiętam pewną rozmowę, która pozwoliła mi na lata zrozumieć co oznacza rodzina, rodzice, rodzeństwo.

Jakie jest twoje największe marzenie?
Ania: móc przytulić się do mamy i pomilczeć
Łukasz: pójść z tatą na boisko i pograć w piłkę nożną. Pani nie wie, że ja świetnie gram w piłkę. Mógłbym pokazać tacie kilka sztuczek, jak zmylić bramkarza i strzelić gola.

Nie lubicie Domu Dziecka, jest tu źle?

Ania: Nie, nie jest źle. Wychowawca i dyrektorka są fajni, ale oni tu tylko pracują. Mają czas, żeby porozmawiać, poradzić. Potem idą do swoich domów. Oni są mamami i tatusiami swoich dzieci a nie naszymi. Nie mogą nas kochać. Mogą jedynie lubić i szukać dla nas domów.
Łukasz: Nie wiem…
Ania (dopowiada) Łukasz miał być już dwa razy adoptowany, ale raz się rozmyślili, a raz oddali po kilku dniach. Bardzo to przeżył, płakał i całymi dniami nie jadł. Teraz się boi, że na zawsze zostanie w domu dziecka. Z drugiej strony boi się też, że znów nabierze nadziei, że kogoś pokocha, a oni znów go porzucą. Jestem na tych ludzi zła. Tak nie można robić.

Jak spędzacie czas?
Ania: Normalnie, chodzimy do szkoły potem odrabiamy lekcje czasem w świetlicy, czasem w pokojach. Jak jest ładna pogoda bawimy się na podwórku w różne zabawy.
Łukasz (wtrąca) no, ja to najbardziej lubią grać w piłkę i „kosza”.
Ania (kontynuuje) Kiedy jest brzydko czas spędzamy w środku. Można też pójść do swego pokoju i pisać listy.

Listy? Do kogo piszesz?

Ania: Do mojej mamy. Bo widzi pani, moja mama żyje, nie tak jak mama Łukasza. Ona umarła jak on miał 4 lata. Tata nie wiadomo gdzie jest. Mojej mamie odebrali prawa rodzicielskie bo piła. Ale ona mnie kocha. Ona tylko choruje na wódkę. Teraz obiecała, że będzie się leczyć i mnie stąd zabierze. I ja wiem, że ja do niej wrócę. I przytulę się do niej i pomilczę. Wie pani co, ja często oglądam programy, w których mówią, że dzieci uciekają z domów, że są niedobrzy dla swoich rodziców, którzy się starają. Ja od swojej mamy nigdy bym nie uciekła. Nie uciekłabym z domu, bo nie ma piękniejszego miejsca na ziemi.

Dziś Ania i Łukasz są dorosłymi ludźmi. Anię poznałam drugi raz na jednym ze spotkań zborowych. Patrzyłam na nią, taką dorosłą i widziałam tą małą Anusię, która marzyła, żeby przytulić się do mamy i pomilczeć. Ona też mnie poznała. Podeszła do mnie, a koło niej szedł wtulony w kolana chłopczyk. Nazwała go Łukasz, wiecie dlaczego prawda? Wie, że tamten Łukasz wyjechał za granicę i osiągnął sukces zawodowy. O jego rodzinie nic nie wie.

Ania jest samotną matką. Mąż nie wytrzymał jej „kompleksu bidula”. Próbowali, ale nie wyszło. To nie była jego wina, jej właściwie też nie. Nikt jej nie nauczył co to jest rodzina. Mama zapiła się na śmierć. Nie wróciła, choć obiecała. Do dziś stoi to zadrą w sercu. Gdyby nie syn… Ania patrzy przed siebie i smutno mówi: mój synek też nie pozna co to znaczy prawdziwa rodzina, ale cieszę się, że ma mamę i tatę, którzy często się spotykają we trójkę. Jest jeszcze malutki, ale kiedyś mu wytłumaczę. Zresztą tli się jeszcze nadzieja, że będziemy rodziną. Ostatnio mąż chciał zrezygnować z separacji i zacząć od nowa. Chcę mieć rodzinę i nauczyć się jej, ale się jednocześnie boję.

Wychodzimy razem i widzę jak Łukasz biegnie do mężczyzny wołając tata, tata. I to spojrzenie Ani pełne oczekiwania i tęsknoty. Znów staje się dziewczynką, ale jej wzrok jest już inny. Radośniejszy. Mężczyzna bierze syna na ręce i obejmuje Anię. Ledwie mnie zauważa, ale nie szkodzi. Widzi kogoś, kogo powinien widzieć.
Życzę im szczęścia i powodzenia w uczeniu się bycia rodziną.

Rodzina – mama, tata,
Może nawet brat i siostra
Pies biegnący po parku
Chomik w klatce
Obiad na stole
Krzepiący uścisk ramion
Chłodząca dłoń na rozpalonym czole
I to słowo jedyne, szczere
Kocham cię synku, córeczko
Wiesz, ja też cię kocham…
… Mamo
… Tato.

(na potrzeby artykułu 4.11.2012 aut. Justyna Nosorowska)

 


 

8-12

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...
Subskrybuj to źródło RSS