Menu
logo tjk main

Dlaczego warto zbierać doświadczenia zawodowe już podczas studiów?

  • Opublikowano w Praca

Student do 26 roku życia, niepalący, bez rodziny, znajomych, dodatkowych pasji, dyspozycyjny 24 h/ 7 dni w tygodniu. W zasadzie to również taki, który nie potrzebuje snu, jedzenia i który nie opłaca co miesiąc rachunków. Bez zobowiązań, zbędnego balastu w postaci partnera. Biegły język angielski plus drugi język obcy, prawo jazdy kategorii B i obsługa wózka widłowego. Nienaganna aparycja i kreatywność. W grę wchodzi również co najmniej 2-letnie doświadczenie w zawodzie. O czym, a raczej o kim mowa? O pracowniku idealnym.

Ten mały wywód powyżej miał Wam uświadomić kilka rzeczy.
Primo – każda praca wymaga poświęceń.
Secundo – połączenie życia prywatnego z życiem zawodowym jest nie lada wyzwaniem, to troszeczkę syzyfowe prace, nieustanna orka, która często nie przynosi większych rezultatów i w ostateczności cierpi albo jedna sfera, albo druga.
Tertio – konkurencja na rynku pracy w dobie szerzącej się fali krytyki i pastwienia się nad studentami czy absolwentami kierunków humanistycznych jest ogromna, a co za tym idzie – „lekkie pióro” czy wiedza na temat tego, czym jest Bressonowska koncepcja decydującego momentu już nie wystarczą, żeby wyżyć od pierwszego do pierwszego, czy świętować Matki Boskiej Pieniężnej, jak niektórzy studenci zwykli nazywać „dzień przelewów”.

Przeciętny dwudziestokilkulatek przeglądając portale internetowe z ofertami pracy i czytając ogłoszenia, z nagłówków których wręcz krzyczą słowa
- „wymagania – minimum 2 lata doświadczenia”
- „aplikacje osób bez doświadczenia na wyżej wymienionym stanowisku nie będą brane pod uwagę”
- „od kandydatów wymagamy doświadczenia w pracy na podobnym stanowisku” najprawdopodobniej zamknie przeglądarkę, wyłączy laptopa, zadzwoni do kumpla i pójdzie na piwo stwierdzając, że „w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem” jak mawiał Naczelny Bezrobotny RP Ferdek Kiepski ze „Świata wg Kiepskich” – serialu komediowego, który większość z nas zna jeszcze z czasów błogiego dzieciństwa.

Patrząc na to trzeźwym okiem, to znaczy dwudziestoletnim okiem człowieka, który dopiero zaczął edukacyjną ścieżkę na uczelni wyższej - perspektywa pracy jest zazwyczaj tak odległa jak wizja jutrzejszej wizyty na Marsie. Jednakże odwracając sytuację i spoglądając na nią trzeźwym okiem człowieka, który musi jeść, a żeby coś włożyć do garnka trzeba na to najpierw zarobić – owa perspektywa może ulec nagłej minimalizacji.

W tym momencie należy zadać pytanie – no i co z tym doświadczeniem, którego wszyscy wymagają, a którego ja jeszcze nie posiadam? Drodzy Państwo, w takiej sytuacji nie ma co się nad sobą rozczulać, tylko najzwyczajniej w świecie spiąć się i zacząć szukać. Tak, szukać. Żeby headhunterzy się o nas bili potrzeba wielu lat ciężkiej harówki i niezwykłych osiągnięć na niwie zawodowej. Także nie ma co czekać z założonymi rękoma – trzeba działać.

Wizja łączenia studiów z pracą, która w przypadku studentów jest płatna gorzej niż źle, albo jest po prostu formą czysto wolontariacką dla niektórych jest równie abstrakcyjna, co niektóre skecze Latającego Cyrku Monty Pythona, ale zaświadczam Wam, że niczego za ładne oczy czy długie nogi się od pracodawcy nie dostanie.

Dlaczego warto zbierać doświadczenie zawodowe podczas studiów i jak to zrobić – ktoś zapyta. Dlaczego? Poszerza to nasze horyzonty, możemy poznać nowych ludzi, działanie firm od tzw. kuchni, a co za tym idzie rynek pracy od środka, a nie z opowiadań, czy artykułów. Nie bez znaczenia są również: umiejętność pracy w grupie, czy pod presją czasu, co w dzisiejszych czasach jest szumnie nazywane „kompetencjami społecznymi”.

Wierzcie mi – codzienny kontakt z ludźmi rozwija te umiejętności samoczynnie, jakby automatycznie. Pracodawca nie jest w stanie ich zweryfikować czytając nasze CV, ale podczas rozmowy kwalifikacyjnej, czy dnia próbnego ależ i owszem.

 

Co przemawia jeszcze za odbywaniem staży i praktyk podczas studiów?
Znajomości. Pracodawca mający do wyboru obcą osobę, człowieka X, którego jeszcze nie zna i którego wszystkiego musiałby nauczyć oraz człowieka Y, którego poznał, kiedy ten u niego pracował – wie na co go stać, jakie ma pomysły, jakie są jego wady i zalety, wybierze oczywiście człowieka Y, przy którym nie będzie musiał marnować swojego czasu i pieniędzy na kolejne szkolenia, nie mając pewności, czy nowy pracownik się sprawdzi.

Potencjalna praktyka jest szansą na rychłe zatrudnienie, o ile się sprawdzimy i pokażemy pracodawcy, co zyska dzięki nam w swojej firmie.

Ktoś powie, że „za darmo nie robię, nie jestem głupi”. Głupcami są Ci, którzy nie dostrzegają potrzeb współczesnego rynku, którzy się tym nie interesują i liczą, że po studiach praca sama się dla nich znajdzie, czy wręcz sama ich znajdzie. Pamiętajcie, że przeciętny staż czy praktyki trwają optymalnie miesiąc do trzech, a dają nam szereg możliwości, nowych umiejętności, wpis do CV, który udowadnia naszą tezę, że jesteśmy pracowici i kreatywni, że „idealnie nadajemy się na to stanowisko”.

Gdzie szukać? W gazetach i portalach branżowych. Na stronach firmowych, na portalach z ofertami pracy. Jeżeli potrafi się dobrze szukać – w ogłoszeniach można tak naprawdę przebierać. Przy wielu uczelniach egzystują biura karier mające za zadanie pomóc młodemu studentowi czy absolwentowi rozpoczęcie kariery zawodowej.

Pamiętajcie, że nikt za Was zarabiać nie będzie i zamiast narzekać, że w tym kraju nic się nie dzieje, że trzeba stąd uciekać, że nie ma tutaj perspektyw, trzeba je samemu odkrywać. Jeżeli nie wie się o istnieniu wielu instytucji, to nie ma się pojęcia, że perspektywy są, albo że można je stworzyć samemu. Wiedza bierze się z doświadczenia, a rezultatów nie osiągnie się leżąc cały dzień na kanapie i czekając, aż coś „samo się” znajdzie. „Się” to trzeba wziąć do roboty.

Dominika Pacyńska, 20l.

Czytaj więcej...

Wychować więźnia

  • Opublikowano w Magazyn

wiezien1- Często spotykam się z tym, że więźniowie chcą się zmienić. Niektórzy na końcu wyroku są przenoszeni do zakładu półotwartego, a później wychodzą na wolność. Zwykle mają oni rodziny, zależy im na tym, by normalnie żyć. Ci, którzy byli skazani po raz pierwszy zazwyczaj wychodzą ze swojej „drogi bezprawia”. Niestety te osoby, które były skazywane już kilkakrotnie, częściej wracają do swojego „dawnego procederu”. – opowiada 35-letnia Alicja, wychowawca działu penitencjarnego.

 

Można mężczyzn, od razu zwraca na siebie uwagę słuszną budową ciała i stanowczym wyrazem twarzy. Nic bardziej mylnego. Alicja jest bardzo drobna, niezwykle kobieca i pogodna. O swojej razu nasuwa mi się pytanie: skąd pomysł na realizowanie się w takim właśnie zawodzie? - Ciekawiło mnie, jak wygląda życie za murami więzienia, jacy ludzie tam przebywają i co może się tam dziać. Zawsze łatwo nawiązywałam kontakt z innymi, więc myślałam, że tak samo będzie w stosunkach z więźniami. Oczywiście ideały były takie, że skupię się na pomaganiu tym ludziom i zmienianiu ich życia – opowiada kobieta i uprzedza moje kolejne pytanie podkreślając, że rodzice nigdy nie doradzali jej przy wyborze kierunku studiów. - Bali się jednak, że praca w więzieniu jest niebezpieczna dla kobiety. Poza tym kiedy wybierałam kierunek studiów, kobieta jako pracownik więzienia była wyjątkiem. Alicja doskonale zdawała sobie sprawę, że jeśli poważnie myśli o swojej zawodowej karierze, musi ukończyć resocjalizację. Obecnie zatrudnienie jako wychowawca można zdobyć posiadając również dyplom innego kierunku, konieczne jest jednak zrobienie studiów podyplomowych. - Poszłam na uczelnię. Pierwszy rok był bardzo ogólny. Nic, co konkretnie dotyczyłoby resocjalizacji, ale już na drugim roku dołączyłam do koła naukowego, z którym organizowaliśmy różne akcje, np. zbieranie na święta żywności i zabawek dla osadzonych kobiet i ich dzieci. Wolontariat tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że chcę pracować z więźniami. Do V roku stale miałam kontakt z więźniami i więźniarkami. Przez uczelnię wydzielane były grupy i przydzielani do nich osadzeni, z którymi mieliśmy spotkania.

 

wiezien2Po studiach Alicja pracowała jako pedagog szkolny, zaznacza jednak, że nie było to zajęcie, które mogło dać jej satysfakcję. W międzyczasie nieustannie składała podania do zakładów karnych i w końcu zdobyła wymarzoną pracę.

 

Podczas całej rozmowy odnoszę wrażenie, że najtrudniejsze jest dla Alicji poradzenie sobie z wszechogarniającą biurokracją, co rzeczywiście sama zainteresowana potwierdza. – Merytoryczna część pracy nigdy nie stanowiła dla mnie problemu, najgorsze było odnalezienie się w papierach. Właśnie wokół nich zorganizowany jest cały dzień pracy wychowawcy więziennego. Alicja opowiada, że pierwszym jej zadaniem każdego ranka jest wyprawa na swój oddział, gdzie podlega jej kilkudziesięciu osadzonych (każdy z wychowawców ma od 50 do 120 podopiecznych). Od razu musi zapoznać się z dokumentacją dnia poprzedniego i z tzw. książką, w której zapisane są wszystkie ważne wydarzenia. – Mój zawód polega również na stałej współpracy z innymi pracownikami zakładu. Obowiązkowo spotykam się z oddziałowymi. Mówią mi oni czy nie stało się coś, o czym powinnam wiedzieć, np. czy ktoś zachorował, wdał się w bójkę, wydarzyła się istotna sprawa w życiu prywatnym osadzonych. Kiedy kobieta zbierze wszystkie informacje, stawia się na odprawie oddziału, gdzie zgromadzeni są kierownicy wszystkich działów i wychowawcy. Omawia się tam wraz z psychologami sytuację w całym oddziale, po to by uzyskać pełny obraz życia na terenie jednostki. Porusza się też sprawy dotyczącego tego, kto z kim może być w celi. - Później każdy z nas idzie na własny oddział. Zabieram ze skrzynki od oddziałowego wszystkie listy, które osadzeni chcą wysłać oraz prośby od nich od dyrektora. Zapoznaję się z tymi listami. Pobieżnie je przeglądam pod kątem zawartości - czy nie ma tam obraźliwych słów, gróźb, przedmiotów niedozwolonych. Potem zaklejam je i ktoś z innego działu je odbiera. Następnie przeglądam prośby do dyrektora. Po kolei je opiniuję, czyli piszę, czy dyrektor powinien się do nich przychylić, czy też nie. I znów zaczyna się papierowa robota. Każdy więzień ma swoje akta, tzw. teczkę osoboznawczą. U skazanych co pół roku trzeba wystawić ocenę okresową. Jeśli coś ważnego się wydarzyło, to należy zrobić notatkę, zgłosić to np. do psychologa. Często sporządza się opinie do sądu, bo sąd o to prosi. Później wychowawcy prowadzą wizytację cel z oddziałowymi, podczas których wysłuchuje się czy skazani mają jakieś prośby, obserwuje czy nie mają obrażeń, czy w celi wszystko jest w porządku. – Jakie zazwyczaj mają oni prośby? Różne – czasami potrzebują pozwolenie konieczne do pojechania na pogrzeb bliskiej osoby, a czasami zwracają się z czymś zupełnie błahym, np. chcieliby dostać kartkę i długopis. Wizytacja trwa około godziny, później Alicja wraca do gabinetu i rozwiązuje sprawy osadzonych. I znów jest tu pełen wachlarz próśb i uwag. – Zdarza się, że pytam dział finansowy o możliwości robienia zakupów przez osadzonych na terenie jednostki. Polega to na tym, że rodzina osadzonego może przesyłać mu pieniądze. Jeżeli tego dokona, istnieje możliwość zakupienia trzy razy w miesiącu przedmiotów dopuszczonych przez dyrektora. Osadzony dostaje wówczas kwitki z oznaczeniem, ile pieniędzy ma do dyspozycji. Zazwyczaj dopuszczone przedmioty to: papierosy, kawa, lepsza pasta do zębów i podstawowe artykuły spożywcze (puszki, zupki chińskie, słodycze). Po papierowej pracy Alicja jako obserwator bierze udział w wydawaniu obiadu. Przygląda się wówczas całemu procesowi i poprzez m.in. zwróceniu uwagi na kolejność, w jakiej ustawiają się osadzeni, może określić pozycję w grupie poszczególnych osób. Kobieta dodaje także, że pomiędzy jej codziennymi poszczególnymi zajęciami zdarzają się przerwy na rozmowę z więźniami, zrobienie notatki czy wydanie opinii na temat udzielenia przepustki. Codziennie dzieje się coś w życiu osadzonych, a do tego ciągle dochodzą nowi podopieczni. - Cały czas jesteśmy w gotowości, że coś się może zdarzyć. Nie ma czasu na to, żeby usiąść i wypić kawę. Ponadto każdy wychowawca prowadzi indywidualny program autorski, coś na kształt kółka zainteresowań, np. modelarstwo czy rysunek. Istnieje też zasada, że kiedy więzień ma jakiś problem, przychodzi do wychowawcy. Wówczas prowadzi się działania tonujące, uspokajające, by mógł on wrócić do celi w dobrym stanie psychicznym.

 

wiezien3Kiedy pytam Alicję o możliwości awansu i ogólne perspektywy rozwoju, podkreśla ona, że przede wszystkim w służbie więziennej nie ma problemu dyskryminacji ze względu na płeć – kobieta ma taką samą drogę kariery zawodowej, co mężczyzna. Cały czas w trakcie służby trzeba się szkolić. Istnieje szkoła oficerska – wychowawcy w więzieniach mają stopnie wojskowe, moja rozmówczyni posiada stopień porucznika. Jeśli wykazuje się chęci, nie ma dużego problemu z otrzymaniem awansu. A kwestie finansowe? Na początku, będąc młodszym wychowawcą otrzymuje się ok. 2700 zł, składa się na to uposażenie zasadnicze i dodatek za stopień. Wychowawca taki jak Alicja zarabia miesięcznie w przybliżeniu 3300 zł.

 

Oprócz wynagrodzenia ważna jest oczywiście satysfakcja osiągana w związku z wykonywaniem tego rodzaju pracy. – Spotkałam na swojej drodze kilku skazanych, którzy mówili, że zakład karny uratował im życie, bo np. codziennie pili lub ćpali, a dzięki zamknięciu zerwali z nałogiem. Narkomanów łatwiej się „naprawia”, bo dostają leki. Trudniej jest z nałogowymi alkoholikami, bo czasami mają zwidy, bywają agresywni, nieobliczalni. Objawy po odstawieniu alkoholu mogą wystąpić nawet po dwóch tygodniach od osadzenia.

 

Szczególnie interesująca wydaje mi się kwestia kontaktów wychowawcy z więźniami, dlatego też pytam wprost czy zdarzają się przypadki nawiązania bliższych relacji. Alicja szybko rozwiewa moje wątpliwości. - Jeśli więzień chce nawiązać bliższą znajomość, trzeba zachować dystans, bo zazwyczaj jest to z jego strony interesowne, jest świetnym manipulatorem. Zdarza się, że więzień zakocha się w swojej wychowawczyni i kiedy zostaje przeniesiony, pisze listy miłosne. Ogólnie wobec kobiet wychowawców osadzeni są milsi niż wobec mężczyzn, nie przejawiają agresji, dbają o siebie, chcą wywrzeć dobre wrażenie. Czasami zdarzają się z ich strony wyzwiska pod naszym kierunkiem, ale również bardzo rzadko. Wychowawców obowiązują pewne standardy pracy. Nie można wejść w bliskie relacje z osadzonymi. Dlatego też pomaga się im, ale na zasadzie dawania wędki, a nie ryby. Można proponować formy spędzania czasu wewnątrz jednostki, ale też na zewnątrz, np. spotkania AA. Motywuje się do pewnych zachowań, ale nie wchodzi w więzi zarezerwowane dla bliskich osób. Trzeba być rzeczowym, stanowczym, konsekwentnym, dotrzymywać słowa. Nie można dawać obietnic bez pokrycia. Ogólne zasady postępowania z więźniami określa kodeks karny wykonawczy z dnia 6 czerwca 1997 roku, szczególnie art. 67.

 

Alicja nie jest wychowawcą w oddziale kobiecym, ale od znajomej, która właśnie w takim miejscu pracuje wie, że profil osób, które tam trafiają, podobnie jak w zakładzie dla mężczyzn, nie jest jednorodny. Najdłuższe wyroki odsiadują zazwyczaj kobiety będące ofiarami przemocy domowej, które podczas kolejnej awantury zabiły męża. Zdarzają się też uzależnione od narkotyków, skazane za posiadanie lub handel. Przez nałóg kradną, prostytuują się. Są też osoby wykształcone osadzone za oszustwa finansowe, jednak nie jest ich aż tak dużo.

 

Praca wychowawcy penitencjarnego nie jest lekka, ale z pewnością można o niej powiedzieć, że gwarantuje dużą dawkę emocji i zapewnia ciągle nowe zadania oraz kwestie, które trzeba na bieżąco rozwiązywać. Ponadto może przynieść wiele satysfakcji, nie tylko ze względu na dosyć dobre wynagrodzenie, ale głównie z powodu poczucia wypełniania pewnej misji, a także ciągłego kontaktu z ludźmi. Kończąc naszą rozmowę, kobieta wskazuje na jeszcze jeden plus swojego zawodu. – Psychicznie nie ma on na mnie negatywnego wpływu, ale głównie dzięki świadomemu spędzaniu czasu wolnego, pracowaniu nad tym, aby po służbie myśli nie krążyły wokół pracy. Staram się skupić na mężu i dzieciach, wspólnym realizowaniu zainteresowań. I właśnie dzięki temu praca nie przekłada się na życie rodzinne. Pozostaje niestety kwestia tego, że w każdej chwili mogę być wezwana do jednostki.

 

Dla Alicji jej zawód, pomimo częstych trudnych i dość stresujących sytuacji, jest spełnieniem młodzieńczych marzeń. Nawet jeśli w pewnym momencie musiała pożegnać się z ideą naprawienia świata i przebudowania życia każdego więźnia, zdarzają się małe sukcesy, które rekompensują cały trud. Dlatego też wychowawca więzienny może czuć, że poprzez swoje działania i małe kroki, które dzięki niemu podejmują więźniowie, wpływa na czyjeś życie i być może sprawia, iż staje się ono lepsze. A jeśli nawet nie będzie ono idealne, to przynajmniej będzie życiem prowadzonym zgodnie z prawem.

 

Dane osobowe bohaterki zostały zmienione ze względu na kwestie poufności informacji.

Czytaj więcej...

Sprzątaczka, nauczycielka, prezes korporacji - czy jesteśmy sobie równe?

Jak często zapominamy o przysłowiu „żadna praca nie hańbi”? Słysząc o „obciachowym” zawodzie zazwyczaj myślimy: ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz, kto zdobędzie wszystkie klucze ten zostanie… no właśnie drogie czytelniczki, kim zostanie? Czy musimy zdobyć wszystkie klucze, by podbić świat? Oczywiście, że nie! To, kim zostajemy, jaki zawód wykonujemy zależy od wielu czynników.

W dzieciństwie każda z nas marzy o zawodzie aktorki, piosenkarki, lekarza lub tak jak ja, „podawaczki w samolocie”. Z biegiem lat rozwijamy swoje pasje i uczymy się jak zdobyć coś, na czym nam zależy. Czasem jednak los płata nam figla i musimy podejmować trudne decyzje. Właśnie takie decyzje w późniejszym czasie oddziałują na naszą przyszłość.

Największy wpływ na wybór naszej dalszej ścieżki życiowej ma środowisko rodzinne, w jakim dorastamy. Niekiedy zdarza się, że to rodzice wywierają na nas presję, a my z obawy przed „siłą wyższą” zgadzamy się na takie, a nie inne rozwiązanie. Rola, jaką pełnią nasi opiekunowie w kreowaniu nas samych, jest w takim stopniu ważna, w jakim postrzegamy rodziców, jako wzór do naśladowania. Istotnym czynnikiem, który wpływa na takie postrzeganie świata jest poziom wykształcenia rodziców. Im lepiej wykształcona rodzina, tym bardziej preferuje zawody dla córki, mające związek z przedsiębiorstwem czy architekturą. Z drugiej strony mamy rodziny z niższym wykształceniem, takie, które oczekują od swoich pociech pracy w sektorze handlowo-usługowym lub jako „konserwator powierzchni płaskich”.

Jedną z takich pociech jest dzisiaj już 64-letnia Alicja: Pochodzę z rodziny robotników. Ojciec pracował na budowie, a mama sprzątała w biurze. Moim marzeniem było zostać krawcową. Ale odkąd pamiętam słyszałam tylko „minimum wykształcenia i do roboty! Nie będziemy trzymać pod dachem darmozjada.” Nie miałam wyjścia. Skończyłam siedem klas i bez większego zaskoczenia poszłam w ślady matki. Sprzątałam większość swojego życia. Studia? Studia są dla wybranych - to elita.

Takich osób jak Alicja jest dziesiątki, jak nie setki. Świat idzie naprzód, ale poglądów zakorzenionych od pokoleń nie da się tak szybko zmienić. Wpływ rodziców i strach przed nieznanym, często sprawiają, że decydujemy się na sprawdzone rozwiązania. Ciekawe jesteście, kim z zawodu jest jedna z jej córek? Tak, też poszła w ślady matki.

Na pewno nie raz przeszła Wam przez głowę myśl „Do czego jest mi potrzebna szkoła? Życie nauczy mnie wszystkiego.” Dziewczyny, nic bardziej mylnego! Dawno temu ktoś wpadł na tak genialny pomysł, by stworzyć instytucję, w której młodzi ludzie nie tylko będą uczyć się pisać i liczyć, ale też uczyć się jak myśleć i rozwiązywać problemy. To właśnie szkoła lub później uczelnia ukierunkowuje nasz tok myślenia i pozwala nam odpowiedzieć na dwa podstawowe pytania - kim chcę być i jak to osiągnąć? Trzeba tylko wiedzieć gdzie znaleźć odpowiedzi. Myślicie teraz - „co ona wie”. Wiem, że istnieją różne stowarzyszenia, które pomagają określić się w życiu, odkryć talenty i zastanowić się, która droga jest najodpowiedniejsza. Ale trzeba pytać! Nie bójmy się zadawać pytania, w końcu po coś mamy język.

Często występuje tzw. mechanizm obronny, który pozwala nam na wytłumaczenie się przed samą sobą, jeśli strach hamuje nas przed działaniem. I tak tłumaczymy sobie „nie umiem”, „nie potrafię” przez „przecież nie skończyłam studiów” lub „kończę kierunek, po którym nie ma pracy.”

Wszystkie jednak wiemy, co to znaczy ciężka praca i zaangażowanie. 26-letnia Ola tak wspomina swoją drogę do kariery w oświacie: Zawsze chciałam iść na studia o profilu nauczycielskim. Przez całe 5 lat udzielałam korepetycji dzieciom i młodzieży. Ale kiedy zorientowałam się, jak mało zarabia przeciętny humanista, przeraziłam się. Próbowałam zdobyć lepiej płatną pracę, ale oprócz kelnerowania, nic innego nie udało mi się znaleźć. Wtedy znajomi podpowiedzieli mi, żebym udała się do biura karier. Byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, ale co szkodzi spróbować. W biurze bardzo miła Pani zaoferowała mi pomoc i razem zastanowiłyśmy się, jaki rodzaj pracy będzie dla mnie satysfakcjonujący pod względem pasji i zarobków. Dziś uczę na dwóch etatach. Nie zarabiam milionów, ale praca daje mi radość i czuję się spełniona w każdym znaczeniu tego słowa. Na własny sposób podbijam świat!

Prawdą jest, że ten od dawna wyczekiwany XXI wiek, to nic innego jak „wyścig szczurów” i walka o prestiż i uznanie. Prawdą jest też, że wymaga się od nas sterty papierów potwierdzających nasze kwalifikacje i umiejętności. A jeśli nie możemy pochwalić się trzema kierunkami, dwiema podyplomówkami, praktykami w renomowanych firmach, to jesteśmy gorsze? Niejednokrotnie mamy również do czynienia z sytuacjami, w których nie zostajemy docenione, nawet z takim bagażem doświadczeń.

W takim położeniu znalazła się 46-letnia Danuta: Ukończyłam Prawo i Administrację. W trakcie studiów dorabiałam sobie, jako niania lub kelnerka, a w międzyczasie udzielałam się w stowarzyszeniu studenckim. Po obronie zaproponowano mi staż w jednej z firm ubezpieczeniowych, co było dla mnie szansą na rozwój mojej świetlanej przyszłości. Start w życie zapowiadał się bajecznie. Już widziałam siebie jak wspinam się po szczeblach kariery, gdy nagle na kilku rozmowach kwalifikacyjnych usłyszałam, że życiorysy i doświadczenia innych kandydatów przedstawiają się o niebo lepiej. Tyle starań o uznanie podczas studiów i na stażu, a tu proszę. Tylko jedna myśl krążyła mi po głowie „ja nie znajdę pracy”. Wychowano mnie jednak w przeświadczeniu, że aby zdobyć wymarzony cel, nie wolno się poddawać. Tak też zrobiłam. Skoro nikt nie chciał widzieć mnie na stanowisku w swojej firmie, założyłam własną. Teraz to ja decyduję, kto ma ze mną pracować, a kto nie. Jestem Panią własnego losu.

Snuć marzenia może każda z nas, ale nie każdej pozwala się na ich realizację i spełnienie. W dużej mierze jest to uzależnione od statusu i motywacji ze strony rodziny, miejsca zamieszkania czy naszych oryginalnych pomysłów na życie. Ktoś kiedyś powiedział „ Nie ma po co rano wstawać, jeśli nie ma nadziei”. To właśnie nadzieja sprawia, że jesteśmy sobie równe. Może moje bohaterki różnią się wykształceniem czy sposobem patrzenia na świat, ale mają coś wspólnego - wierzą w lepsze jutro i... są rodziną. Z pokolenia na pokolenie przekazały sobie nadrzędną wartość: „Nie oceniaj po zawodzie.”

Dziewczyny, pamiętajcie! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Życie nie składa się z samej pracy. Oprócz tego mamy również nasze drugie połówki, dzieci, przyjaciół i wszystko to, dzięki czemu czujemy się szczęśliwe i co daje nam satysfakcję. Nie szufladkujmy innych, bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie nam przyszłość.

Paulina Nawrocka, 23l.
etnolingwistyka UAM




5-12


 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...
Subskrybuj to źródło RSS