Menu
logo tjk main

7 sposobów, jak uniknąć zdrady

Powodem zdrady jest uczucie, że nasze wspólne życie osiadło na mieliźnie. Kiedy zdradzamy, otrzymujemy coś, czego nie możemy otrzymać w inny sposób. Oto, co możemy zrobić, by zdrada nigdy nie zagościła w naszym związku.

 

Marcin i Ewa. Na ślubnej fotografii szczęśliwi, zapatrzeni w siebie. A to fotka z wakacji. Oboje biegną roześmiani, trzymając się za ręce. A tutaj zdjęcie, kiedy się urodziła Martynka – ma niecały miesiąc. Michał trzyma ją na rękach niczym skarb. Dlaczego więc po siedmiu latach szczęścia, wydarza się historia jak z kiepskiego serialu?

Czym jest zdrada?
Atrakcyjna koleżanka z pracy, firmowy wyjazd, trochę alkoholu. Potem Marcin częściej zostaje dłużej w pracy. I w końcu ten przypadkowo odkryty SMS, który zatrząsł rodzinnym światem: "Kochany wczoraj było cudownie, już tęsknię..."
Potem płacze i krzyki. Marcin przeprasza, wykrzykuje, że to bez znaczenia, że kocha tylko Ewę. Ale już nic nie jest takie jak było.
Choć minęło już pół roku Ewa wciąż nie potrafi powstrzymać łez. Jak to się mogło stać? Jak on mógł mi to zrobić?
Czym jest zdrada? Nieuchronną konsekwencją partnerskiej rutyny? Sposobem na urozmaicenie? Zastrzykiem adrenaliny?

Zaangażowanie kontra powinność
Nasze wzajemne zobowiązania, obietnice jakie sobie składamy, decydując się na wspólne życie, wypływają z aktualnego stanu emocji. Kochamy się, chcemy być razem, pragniemy wspólnie budować swoje szczęście.
Potem, niestety, zdarza się nam popełniać pewne błędy, które zamieniają dobrowolność w powinności.
Punkt ciężkości przenosi się z przyjemności na potrzeby codzienności. Wracamy do podpatrzonych wzorców rodzinnych, w których więcej było obowiązków niż spontaniczności.
To poniekąd oczywiste ale jeśli rezygnujemy z tego co dawało nam obojgu poczucie swobody, wpadamy w pułapkę.
Zazwyczaj powodem zdrady jest uczucie, że nasze wspólne życie osiadło na mieliźnie, że emocje stały się przewidywalne a rozmowy pozbawione głębi. I choć zdrada może okazać się zgubnym impulsem, czymś, czego potem żałujemy i czego się wstydzimy - jest odpowiedzią na emocjonalny brak. Bowiem kiedy zdradzamy, otrzymujemy coś, czego nie możemy otrzymać w inny sposób. Pasję, ekscytację, poczucie wolności.
Czy to znaczy, że zdrada jest usprawiedliwiona? Nie chcę tak twierdzić, bo ona niszczy i boli. Jednak skoro istnieje i dotyka wiele związków, warto przyjrzeć się jej nie z potępieniem, ale z ciekawością.
Warto się także zastanowić, jak skutecznie zamknąć jej drzwi przed nosem. Oczywiście możemy się powoływać na poczucie odpowiedzialności, przyzwoitości, na uczucia wyższe i moralność. Ale czy to wystarcza?
Jaki jest stan waszego ducha, kiedy czujecie zaangażowanie i pasję? Jak reaguje Wasz umysł, serce i ciało? A jakie są wasze odczucia, kiedy powinniście zachowywać się w określony sposób, ponieważ oczekują tego od was inni. No właśnie… różnica jest diametralna.
Chcę przez to powiedzieć, że najlepszą gwarancją wierności jest to, że nie pragniemy zdrady. A nie pragniemy jej, kiedy nasz związek daje mam to wszystko, czego potrzebujemy. Kiedy są w nim autentyczne emocje, zaangażowanie.

7 sposobów by uniknąć zdrady
A oto zasady dotyczące obydwu płci, które pomogą Wam w zachowaniu dobrej kondycji Waszego związku i zapobiegną chęci zdrady.

1. Nie zmieniaj swojego partnera
Nie staraj się zmienić swojego partnera i upodobnić go do siebie. Robiąc to, zabierasz mu mentalne poczucie bezpieczeństwa i okradasz z jego indywidualności. Twój partner to nie Ty. Ma prawo widzieć świat własnymi oczami. Nie wszystko, co myśli, musi Ci się automatycznie podobać.
Jeśli wywieramy na partnera presję, cenzurując jego osobowość, sprawiamy, że oddala się od nas. Osoba, która go zaakceptuje - da mu poczucie, że wreszcie jest ktoś, kto go rozumie.

2. Nie wywołuj poczucia winy
Jeśli Twoje ulubione słowa to "tyle dla Ciebie robię, to ja Cię tak kocham, a ty…" itp. - to jesteś na dobrej drodze do partnerskiej katastrofy. Takimi słowami wywierasz emocjonalną presję. Miłość to stan ducha a nie środek transakcyjny.
Nie możesz jej używać do wymuszania określonych zachowań. Jeśli jakieś postępowanie partnera uważasz za niesprawiedliwe, rozmawiajcie o konkretach - bez krytyki i uczuciowego szantażu.

3. Stwórz fizyczne poczucie bezpieczeństwa
Dobra atmosfera, komfort i wygoda oraz osobista przestrzeń dla każdego z domowników sprawia, że dom jest bezpiecznym miejscem. Każdy powinien mieć w nim równe prawa oraz poczucie swobody i intymności. To także ważny element więzi partnerskiej.
Rozwiążcie także codzienne problemy typu wynoszenie śmieci itp., bo ciągłe domowe nieporozumienia to rdza, która sprawia, że Wasze życie uczuciowe koroduje.

4. Nie zapominaj o przyjemności
Bądź od czasu do czasu św. Mikołajem. Powiedz do swojej drugiej połowy: "Kochanie, dziś dostarczę Ci mnóstwo przyjemności, a Ty nic nie musisz robić". Wysłuchaj jej pragnień, włączając w to pragnienia seksualne i zaspokój je. Uszanuj także własne potrzeby i mów o nich, a może partner zacznie tę samą praktykę wobec Ciebie.
Brak satysfakcji emocjonalnej i seksualnej to krok do rozdzielenia rzeczywistości od pragnień. I do… zdrady.

5. Szanuj poczucie wolności obu stron
Zaborczość męczy. Ludzie zdradzają, gdy czują, że znaleźli się w klatce. I gdy przez moment drzwiczki są niedomknięte, wyfruwają. Niech więc w Twoim związku nie będzie krat.
Kontrolę zastąp zaufaniem. Paradoksalnie - im bardziej kontrolujesz partnera, tym mocniej zwiększasz ryzyko zdrady. Ludzie stają się tacy, jakimi są postrzegani. Jeśli wysyłasz komuś sygnał "nie ufam ci" - tym łatwiej będzie tej osobie podjąć decyzję o zdradzie. Im więcej zaufania dajesz swojemu partnerowi, tym bardziej godny zaufania się on staje.

6. Dziel się swoimi najgłębszymi lękami
To, co najbardziej zbliża ludzi to otwartość. Bardzo często spotykam osoby, które cierpią z powodu emocjonalnego zamknięcia partnera. Nawet, jeśli powodem tego są jakieś dawne zranienia, jedyną drogą, by je przekroczyć, jest podzielić się nimi z kimś bliskim. Ta otwartość nie jest jednak oskarżycielska: "Czuję, że już mnie nie kochasz". Jedyne, co możesz wtedy uzyskać, to odpowiedź "No coś ty, pewnie, że Cię kocham". Pomogło? Chyba nie.
Dlatego formułuj swoje obawy, koncentrując się na tym, co czujesz. Zamiast "Pewnie, już Ci się nie podobam", powiedz "Boję się, że czas mija, a ja staję się mniej atrakcyjna. Chciałabym wciąż Ci się podobać". Albo zamiast "Jestem zmęczony, mam wszystkiego dosyć", powiedz "Wiesz kochanie, czasem boję się, że nie odniosę sukcesu, że nie zrobię tego wszystkiego, co planowałem”. Takie słowa budują poczucie bezpieczeństwa - nawet, jeśli niosą ze sobą obawy o przyszłość.

7. Weź odpowiedzialność za swoje uczucia.
Nawet, jeśli wydaje Ci się, że to postępowanie partnera wpływa na to, jak się czujesz – to nie jest prawda. Nie mów więc "Przez ciebie jestem zła" albo "Ciągle mnie denerwujesz". Tylko dzieci oczekują od rodziców, że uspokoją je, rozbawią, dadzą im poczucie bezpieczeństwa.
Twoje reakcje to zbiór doświadczeń i wzorców. Jesteś jak instrument, który wydaje określone dźwięki w zależności od tego jak jest nastrojony.
Uświadom sobie, że nie ma żadnej gwarancji szczęścia na zewnątrz nas. Ale w nas samych jest ona możliwa do osiągnięcia. Jeśli uświadomisz sobie, czego oczekujesz, jak chcesz być traktowany, co masz do zaoferowania - odzyskasz kontrolę nad swoim samopoczuciem. W ten sposób także zyskujesz większą stabilność Waszego związku. To są naczynia połączone.

Życzę Wam szczerych, wspaniałych relacji.

Joanna Godecka

sympatia

 


 

5-12

 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

 

Czytaj więcej...

Jestem beznadziejna i do niczego - ile razy to sobie wmawiałaś?

Zastanawiałaś się kiedyś, ile osób na pytanie: „co u Ciebie”, odpowiedziało „wspaniale”? Zapewne niewielu, a jeśli nawet to tylko dlatego, żeby nie zanudzać Cię swoimi problemami. Gdybyś zapytała o to samą siebie, pewnie znalazłabyś milion powodów, dzięki którym nie czujesz się w pełni szczęśliwa.

Naszą główną przeszkodą w czerpaniu radości z życia jest ciągłe dążenie do perfekcjonizmu. W szkole chcemy być prymuskami, w dorosłym życiu idealnymi pracownikami, żonami i matkami. Uważamy, że jeśli to osiągniemy, będziemy bardziej doceniane i lubiane przez otoczenie, co automatycznie podniesie naszą samoocenę. Kiedy nam się to nie udaje, załamujemy się.

Poczucie własnej wartości zostaje zachwiane również z wielu innych przyczyn. Być może to wpływ ludzi, którzy nie zawsze pochlebnie wyrażali się na nasz temat, przez co jesteśmy zdania, że do niczego się nie nadajemy. Bardzo częstym błędem jest to, że zostajemy porównywane od najmłodszych lat do innych osób. Nieraz przecież zdarzyło się, że usłyszeliśmy od rodziców, „bo twoja siostra jest zdolniejsza, lepiej się uczy, bardziej dba o porządek, pomaga w domu, a ty nie.” Podobnie postępują niekiedy nauczyciele w szkołach i przełożeni w pracy. Wyrabiają tym samym w nas przekonanie, że by zyskać uznanie, trzeba nie być gorszą. Trwamy w nim zatem i każde, nawet małe niepowodzenie traktujemy jak największą porażkę, tracąc wiarę w siebie i swoje możliwości.

Jednym z kompleksów, na który większość pań cierpi, jest daleki od oczekiwań wygląd. Widok pięknej, zgrabnej, opalonej kobiety o nienagannej fryzurze, uśmiechającej się z pierwszej strony kolorowego czasopisma, lub znajomej, która niezależnie od okoliczności prezentuje się doskonale, doprowadza nas do szału. Stajemy się wobec siebie krytyczne, oglądamy się z niesmakiem w lustrze, czynimy dość nieudolne kroki, by coś w sobie zmienić, zwykle z mizernym skutkiem. Zarzucamy sobie, że gdybyśmy były bardziej atrakcyjne, miałybyśmy szansę na lepszą pracę, jak również wzbudzałybyśmy podziw, co znacznie ułatwiłoby nam życie.

Zaniżone mniemanie o sobie może w mniejszym, lub większym stopniu być odpowiedzialne za samopoczucie. Nic w tym złego, jeśli w chwili słabości, okropnego nastroju ponarzekamy sobie na pewne rzeczy. Zwykle jednak w miarę przypływu dobrego humoru, czy jakiegoś miłego zdarzenia, porzucamy ponure myśli i nie wywierają one na nas destrukcyjnego wpływu. Problem pojawia się wtedy, gdy nie potrafimy sobie poradzić z samokrytyką. Czując się mało wartościowa, nie wierząc, że możesz czegoś dokonać, nie podejmujesz się nowych, ambitnych wyzwań ze strachu, że na pewno im nie podołasz. A jeśli nawet się zdecydujesz, pierwsza trudność, jaka Cię napotka, skutecznie odbierze Ci chęci, by dalej próbować. Wycofujesz się więc i wpadasz tym samym w przygnębienie, skąd już bliska droga do depresji.

Negatywne nastawienie sprawia, że gorzej postrzegamy rzeczywistość, która nas otacza. Głównie winna jest temu zazdrość, że innym powodzi się dużo lepiej, że potrafili pokierować swoim życiem tak, by czerpać z niego zadowolenie, a nam to nie wyszło. Swoje drobne sukcesy przypisujemy wyłącznie szczęściu, które nam dopomogło, a nie własnym umiejętnościom.

O tym, że zamiast się załamywać, lepiej wziąć sprawy we własne ręce przekonała się 35- letnia Dorota: „Moje kłopoty zaczęły się, kiedy straciłam pracę. Gdy po tygodniu bezproduktywnego leżenia na kanapie w wyciągniętym dresie minęło uczucie rozgoryczenia, pomyślałam, że przecież nie wszystko stracone, mam odpowiednie kwalifikacje, kilka lat doświadczenia, na pewno szybko znajdę nowe zajęcie. Okrutne realia ostudziły jednak mój entuzjazm. W większości ofert uderzyły mnie ograniczenia wiekowe (do 30 lat), a najlepiej, gdyby to była jeszcze osoba studiująca. Za każdym razem, gdy przeglądałam ogłoszenia, wpadałam we frustrację. Czułam się stara i nikomu niepotrzebna. Zaniedbywałam dom, siebie, dodatkowo ciążył na mnie fakt, że z jednej pensji niełatwo nam będzie utrzymać z mężem dom. Budząc się każdego dnia marzyłam, by już był wieczór, żebym mogła znów zasnąć, by zapomnieć o swoim dramatycznym położeniu. Któregoś dnia przelała się czara goryczy, kiedy mój mąż podczas kłótni zarzucił mi, że on na wszystko zarabia, a ja nie robię nic, poza oglądaniem seriali. Wtedy dotarło do mnie, że muszę coś zrobić, nie mogę tkwić w tym dołku, no i oczywiście gdzieś tam w środku odezwał się bunt „ja mu jeszcze pokażę!” Zaczęłam intensywniej szukać pracy, obdzwoniłam znajomych, by mieli mnie na uwadze, gdyby słyszeli o jakimkolwiek wolnym etacie. Udało się, po pewnym czasie zadzwoniła moja koleżanka, że znajomy jej męża chce zatrudnić parę osób. Z drżącym sercem poszłam na rozmowę, bo trudno było mi było pokonać nieśmiałość i uwierzyć w sukces. Zostałam przyjęta. Może to nie jest stanowisko moich marzeń, ale radość, że mogę znów coś robić, osiągać, przebywać między ludźmi jest tak wielka, że pozbyłam się większości swoich kompleksów. Czuję się, jakbym ożyła na nowo.”

Czas więc wziąć się w garść, drogie Panie i zacząć zwalczać w sobie to poczucie beznadziejności. Pierwsza zasadnicza rzecz: nikt nie jest idealny. Każdy człowiek ma jakieś wady i jeśli nie możemy ich całkowicie wyeliminować, postarajmy się je akceptować. To, że w jednej dziedzinie nie jesteśmy mistrzyniami, nie oznacza, że tak będzie w każdej. Musimy tylko poznać własne potrzeby, zastanowić się, w czym jesteśmy dobre i realizować swoje cele. I wcale nie muszą być na początek te największe. Nie koncentrujmy się wyłącznie na błędach, które popełniłyśmy, ale skupmy się na swoich zaletach i pomyślmy, jak możemy je wykorzystać. Wszystko zależy wyłącznie od naszego pozytywnego myślenia, nawet, jeśli zdarzą się jakieś niepowodzenia po drodze, to przecież nie znaczy, że będzie tak za każdym razem. Trzeba spojrzeć trzeźwo i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Nie ma sensu patrzeć zazdrosnym okiem na innych, że mają lepiej, bo przecież tego nie możemy wiedzieć, czy absolutnie wszystko układa się po ich myśli. Każdy zmaga się ze swoimi przeciwnościami losu. To, że gdy idziesz z wizytą do sąsiadki i zastajesz pięknie posprzątany dom i uśmiechniętych gospodarzy nie oznacza wcale, że gdy zamkną się za tobą drzwi, nadal będzie panowała tam idylla.

Naucz się doceniać drobnostki, bo jeśli uda Ci się znaleźć zadowolenie z małych rzeczy, te trudniejsze przyjdą później z większą łatwością. I nigdy nie myśl o sobie, że jesteś do niczego, bo to nieprawda. Odszukaj w sobie to, co najlepsze, pokochaj samą siebie, a zobaczysz, że jesteś w stanie zawojować świat!

Agnieszka Witkowska, 31l.



 

5-12

 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

 

Czytaj więcej...

Kryzys w związku. Jak go przetrwać?

Podstawą idealnego związku jest partnerstwo. Zaufanie, wyrozumiałość i wzajemna pomoc – tego nie powinno nigdy brakować pomiędzy partnerami. Jednak z upływem czasu zaczyna nam się tak po prostu „nudzić”. Szukamy powodów do kłótni, kipi z nas zazdrość, zapominamy o wzajemności...

Co z tym zrobić? Czy to koniec? Jak uratować związek?

Takie przykre okresy w naszych związkach zdarzyć się mogą niejednokrotnie i w każdej relacji kobieta – mężczyzna. Powodem może być niezaradność mężczyzny lub nadmierna dbałość o szczegóły partnerki, zdrada, problemy w łóżku, rodzina, bałagan... Można tak wymieniać bez końca.

Odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak się stało, powinniśmy poszukać trochę głębiej. Pamiętajmy, że wina leży po obu stronach. Kiedy przemyślimy wszystkie za i przeciw, odpowiedź powinna być jedna.

Jednak nigdy nie podejmujmy pochopnych decyzji, których możemy żałować. Dochodząc do jakiegokolwiek porozumienia powinniśmy zrobić to we dwoje. Szczera rozmowa, w której wylejemy wszystkie swoje żale, pretensje, dylematy, opowiemy o swoich uczuciach i emocjach, powinna choć w minimalnym stopniu uświadomić nam czego oczekujemy i czy z tym partnerem zaspokoimy swoje wszystkie potrzeby.

Kiedy zauważymy pierwsze symptomy kryzysu często nastawiamy się negatywnie do zaistniałej sytuacji. Postanawiamy dać sobie „chwilę” przerwy lub chcemy żyć w tak zwanym „wolnym związku” albo nie widzimy szansy i się rozchodzimy.

Na chwilę...
Często gęsto słyszę od znajomych: „postanowiliśmy sobie dać przerwę”. Staram się ich zrozumieć. Są ze sobą kilka lat i tak po prostu znudzili się sobą, szukają rozwiązania, które pozwoli im cieszyć się sobą na nowo. Ale czy na pewno dobrze robią? Istnieje wiele przypadków kiedy po takiej przerwie w związku już do siebie nie wracają, jak to się mówi „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. Dla mnie to oczywiste albo rozchodzimy się albo próbujemy naprawić to co się zepsuło od razu.

Wolny związek
Być z kimś dłuższy czas, spać w tym samym łóżku, aż nagle wspólna decyzja: „żyjemy razem, ale robimy co chcemy”. Chcielibyście żyć ze świadomością, że wasz partner/ka idzie na imprezę bez ciebie i tam poznaje kogoś, czuje się z nim dobrze, umawia się z nim, spotykają się regularnie... A potem jakby nigdy nic wraca do domu i całuje ciebie? Nigdy w życiu bym nie pozwoliła aby mój facet obściskiwał się z inną dziewczyną będąc ze mną, a Wy?

To już jest koniec
„...nie ma już nic, jesteśmy wolni...” Postanowiliście się rozejść? Przemyślałaś swoją decyzję? Pamiętaj, że już nie ma odwrotu... Możesz tego żałować.

Jak zauważyliście każde wyjście może się skończyć źle. Dlatego nie rezygnujmy z bycia ze sobą. Istnieje wiele innych rozwiązań, dzięki którym wyjdziecie z kryzysu bez szwanku. Każdy problem da się rozwiązać, a wszystkie przeciwności idzie ze sobą pogodzić. Wystarczy uwierzyć, wziąć się w garść!

Monika K. (23 lata)
Jestem ze swoim facetem kilka lat, cudownych lat! Zawsze się dogadywaliśmy, nie było większych spięć, humory nam zawsze dopisywały, aż nagle BUM! Coś pękło we mnie, ciągle robiłam mu wyrzuty o cokolwiek: że skarpetki zostawia na podłodze, że nie pozmywał, że dzwoni do niego jakaś koleżanka, że nie przychodzi do domu na czas, że to, że tamto... Kłóciliśmy się dzień w dzień, rzucałam telefonem po każdej rozmowie, krzyczałam, marudziłam, narzekałam, kipiałam z zazdrości... Aż jednego dnia po dłuższej rozmowie z nim uświadomiłam sobie, że jestem z najcudowniejszym człowiekiem, którego poznałam. To on zawsze mnie rozśmiesza kiedy mam zły dzień, to on mnie zawsze wspiera, to on mnie KOCHA! On obiecał więcej mi pomagać i się starać, mówić mi częściej miłe słówka, a ja wzięłam się w garść. Teraz jest tak samo cudownie jak na początku! :)

Jak pewnie zauważyłyście na powyższym przykładzie – WARTO! Warto aby taki kryzys nastąpił by potem odnaleźć siebie na nowo, na nowo się zakochać w sobie nawzajem. Nic nie dzieje się bez powodu. Każda para musi przejść taki kryzys, a jeżeli go przetrwają to znak, że są dla siebie stworzeni! :)

 


 

5-12

 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

 

Czytaj więcej...

Jak budować dobre relacje z ludźmi?

Istnieje parę prostych zasad, które pomagają w tym, by pozyskać przychylność ludzi. To nie są sposoby na to, by znaleźć prawdziwych przyjaciół, ponieważ do tego, trzeba mieć według mnie naprawdę wiele szczęścia. Są to zasady, by zbudować dobre relacje z ludźmi – w teorii banalne, trudne do zastosowania w praktyce, jednak summa summarum niezwykle skuteczne.

 

Przytoczę tu najważniejsze z nich, starając się poprzeć je przykładami z własnego życia. Mądrości, na podstawie których piszę ten artykuł, nie wymyśliłam ja, lecz pochodzą w dużej mierze między innymi z książki „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” Dale’a Carnegie. Mam zamiar stosować je w życiu, widząc jak autorzy tych tez (już prawie sto lat temu) głęboko przeanalizowali naturę ludzką. Oto klucz do zagadnienia w tak zwanej pigułce.

 

Nie krytykujmy. Krytykując, ganiąc innych nie spowodujemy zmiany, ale trwałą w nich urazę! Niestety w swoim życiu często tę zasadę łamałam. Wydawało mi się, że w kontaktach z ludźmi powinnam być szczera i spontaniczna. Ale nigdy nie wychodziło mi to na dobre. Teraz wiem, że ludzie, wobec których byłam krytyczna, żywią po dziś dzień urazę do mnie, tylko dlatego, że w niezbyt delikatny sposób próbowałam wyrazić swoją opinię. Było też na odwrót. Kiedyś podarowałam pewnemu koledze po fachu nagraną przez siebie płytę – tylko po to, by mógł jej z przyjemnością wysłuchać. Zupełnie nie spodziewałam się, że kolega napisze do mnie długi SMS, w którym doszczętnie skrytykuje mój sposób wykonania. Dlaczego to zrobił? Myślę, że napisanie niepochlebnej opinii na temat mojej płyty mogło wywołać w nim poczucie, że jest większy, mądrzejszy, wie lepiej ode mnie. Ja natomiast, jak nietrudno odgadnąć, poczułam się zmiażdżona. Czy sądzicie, że ten człowiek, z którym potem wiele razy pracowałam i który był dla mnie w innych okolicznościach właściwie całkiem miły, wzbudza moją sympatię? Spowodował tylko trwałą urazę i nic poza tym.

 

Pamiętajmy, że krytyka zawsze wraca. „Nie sądź, byś nie był sądzony” – mówi najstarsza księga świata. Raniąc ludzi nie tylko nic nie zmieniamy, ale „nie potrafimy cofnąć raz zadanych ciosów”. Jeśli chcesz komuś coś wyrzucić, może najpierw zacznij od siebie? To na pewno o wiele bardziej bezpieczne. Krytykując innych narobisz sobie wrogów, ponieważ ludzie nie zawsze kierują się logiką. Najczęściej są powodowani emocjami, pełni uprzedzeń, różnych preferencji, miłości własnej i dumy. Potępiać i narzekać potrafi każdy. Łatwo jest też pouczać... Ale ciekawa rzecz... zauważyłam, że naprawdę wielcy ludzie – artyści, z którymi miałam szczęście pracować, nigdy nie mówią o innych źle!

 

Wyrażajmy uznanie. Jednym z największych motorów ludzkiej natury jest potrzeba BYCIA WAŻNYM. Niektórzy nazywają to nawet „żądzą” bycia wielkim, uznanym. Potrzeba bycia ważnym odróżnia nas od zwierząt i spowodowała rozwój cywilizacji. Dlatego uznanie i zachęta – wyrażone w sposób szczery – mogą odmienić życie człowieka. Jednak nie może być to pochlebstwo. Jaka jest różnica między pochwałą a pochlebstwem? Pierwsze jest szczere, płynące z serca, a drugie to tylko tania gadanina. Jeśli zadamy sobie trud wyszukania w innych ich dobrych cech, to nasze uznanie, zainteresowanie „zacznie czynić cuda”. Odwołam się do prostego przykładu: nic tak nie cieszy dziecka jak zainteresowanie i szczere, uczciwe uznanie ze strony rodziców. My dorośli jesteśmy tylko ludźmi i wszyscy pragniemy należnego nam uznania.

 

Okazujmy zainteresowanie. Zanim kogoś ocenimy, skupmy się na jego potrzebach, spróbujmy popatrzeć jego oczami, przyjmijmy jego punkt widzenia. Jeśli jednak będziemy chcieli komuś za wszelką cenę zaimponować, wzbudzić zainteresowanie swoją osobą – nigdy nie zyskamy przychylności. Wszystkim nam znane są osoby, które wszelkimi sposobami usiłują zwrócić na siebie uwagę. Czy lubimy ich towarzystwo? Ludzie nadmiernie skupieni na sobie popadają w problemy i niepowodzenia.

 

A zatem: interesujmy się problemami drugiego człowieka, doceńmy jego dobre strony. Jeśli nie zainteresujesz się drugą osobą, nie masz co liczyć na zrozumienie. W moim artystycznym życiu stosuję taką zasadę: zanim wyjdę na scenę powtarzam sobie: „Wspaniale jest występować dla takiej publiczności. Cieszę się, że ci ludzie poświęcają teraz swój czas”. Zdaje mi się, że publiczność chyba to odbiera i naprawdę jest wdzięczna.

Jeśli chcemy zdobyć przychylność, to musimy zacząć od robienia różnych rzeczy dla innych ludzi. Działa to tak, że jeśli zainteresujesz się kimś, on z pewnością zainteresuje się tobą. Ale jak każda zasada dotycząca kontaktów międzyludzkich musi to być SZCZERE.

 

Uśmiechajmy się. Uśmiech także pomaga – oczywiście tylko taki, który jest szczery, serdeczny i płynie z głębi serca. Ale musisz się „autentycznie cieszyć ze spotkania z ludźmi, jeśli chcesz by oni cieszyli się także”. Nie traćmy czasu na myślenie o „wrogach”. Jeśli wyeliminuję krytykę, a patrząc na sprawy oczami innych, zacznę wyrażać uznanie, to ludzie odpłacą mi uśmiechem za uśmiech, który także zawsze wraca.

 

Zapamiętujmy imiona i nazwiska. Ja osobiście mam z tym ogromny kłopot. Podobno nie ma nic gorszego niż przekręcanie czyjegoś nazwiska lub ignorowanie jego imienia. Wynika to z tego, że” dla większości ludzi najpiękniej brzmiącym słowem jest właśnie jego imię”, a jego nazwisko „interesuje go najbardziej spośród wszystkich nazwisk na świecie”. To oczywiste i nic tego nie zmieni. Dobrym więc sposobem na zjednanie sobie ludzi na początku znajomości jest zapamiętywanie ich imion oraz okazywanie im zainteresowania, a przy tym spowodowanie, że będą czuli się przy nas ważni.

Często niechcący popełniam gafy. Bardzo trudno jest mi od razu zapamiętać imię osoby, którą poznaję. Ale jest na to sposób: uparcie powtarzam w myślach to imię parę razy, dzięki czemu szybko się ono utrwala w mojej pamięci. Nie ignorujmy tej zasady – imię i nazwisko człowieka stanowi jego „świętą własność”.

 

Uważnie słuchajmy. Nic nie schlebia bardziej niż uważne słuchanie. Może być ono „największym komplementem dla mówiącego”. Każdy z nas szuka życzliwego słuchacza, by móc podzielić się z nim swoimi spostrzeżeniami, zainteresowaniami, a czasami i ciężarem. Dlaczego tylu ludzi uczęszcza do lekarzy, „chuchając na zimne”? Może dlatego, by móc się przed kimś wygadać? Ludzie, z którymi rozmawiamy często najbardziej przejęci są sobą i swoimi sprawami. My także, przyznaję, że i ja. Jak zainteresować rozmówcę? Mówić o rzeczach, które interesują jego, które są dla niego ważne, mówić o tym, co wzbudza w nim entuzjazm. Jeśli się dostosujesz, rozmowa stanie się przyjemnością, a jeśli wdrożysz to jako zasadę – twoje życie nabierze pełni. Zrób coś, nie oczekując nic w zamian, za co rozmówca nie będzie musiał się odwdzięczać. Tę prawdę wyrażono w Biblii: „Czyń innym tak, jakbyś chciał, by czynili tobie”. Jeśli chcesz akceptacji, stosuj to w swoim życiu – doceń drugiego człowieka, okaż mu zainteresowanie, dostrzeż jak bardzo jest ważny. „Każdy z nas pragnie małych dowodów uznania”.

 

Unikajmy kłótni. Ach, jak bardzo żałuję niektórych swoich poczynań! Dopiero z perspektywy widzę, że wchodząc w konflikt – od początku stałam na przegranej pozycji. Kłótni nie da się wygrać! Istnieje tylko jeden sposób, żeby zwyciężyć kłótnię – unikać jej! Co z tego, że udowodnisz, że masz rację, kiedy druga strona poczuje się zraniona? Poza tym w większości przypadków „kłótnia i tak kończy się tym, że każda ze stron przekonana jest jeszcze bardziej o swojej racji”. Czuję, że osobiście przegrałam wiele kontaktów z ludźmi przez to, że wdawałam się w zajadłe spory. Nigdy nic dobrego z nich nie wynikało. Traciłam tylko panowanie nad sobą, wprowadzałam się w stan okropnego zdenerwowania. Żal mi dziś straconych nerwów i zawiedzionych nadziei. Czy nie lepiej było taktownie, w poszanowaniu czyjegoś punktu widzenia, po prostu załagodzić sytuację? Powinnam była więcej słuchać, szukać punktów wspólnych, by wreszcie – przyznać się do błędu.

 

Nigdy nie mówmy: „nie masz racji”. Carnegie napisał: „Jeśli powiesz komuś, że się myli, czy sądzisz, że zgodzi się z tobą? Nigdy! Ponieważ wymierzasz mu w ten sposób silny cios: kwestionujesz jego inteligencję, sądy i przekonania, burzysz dumę i szacunek, jaki dla siebie żywi. A to musi spowodować chęć odwetu. Nigdy jednak nie nakłoni go do zmiany zdania. Nie pomoże ci nawet logika Platona czy Kanta, ponieważ zraniłeś jego uczucia”. Ale co w sytuacji, gdy naprawdę musisz komuś coś udowodnić? Jest na to rada – zrób to DELIKATNIE i TAKTOWNIE, bez ataku i presji. Ludzie bardzo źle znoszą bezpośrednią krytykę, dlatego należy zrobić to POŚREDNIO – zwrócić uwagę na to co jest dobre, pochwalić i ewentualnie udzielić pomocy, nie obrażając nikogo.

 

Przyznawajmy się do własnych błędów. Naprawdę warto przyznać – nawet samemu przed sobą – że się może nie mieć racji. Można powiedzieć: „Mogę się mylić, ale wydaje mi się ,że...”. Takie stwierdzenie nie rozpęta żadnej kłótni. Okaż szacunek drugiej osobie i nie spieraj się, nie odbieraj jej „poczucia ważności”. A jeśli okaże się, że ty nie masz racji – postaraj się natychmiast to przyznać. Lepiej być samokrytycznym; w momencie gdy wyprzedzamy reprymendę de facto możemy jej uniknąć. A więc zanim skrytykujesz – przyznaj się do własnych błędów. Przyjazne podejście i uprzejmość będą silniejsze niż furia i gniew.

 

Nie przerywajmy. To kolejna kwestia, z którą walczę od jakiegoś czasu. A zasada wyraźnie mówi: pozwól się wygadać! Bardzo trudno mi wysłuchać kogoś, kto nie ma racji – natychmiast mam ochotę mu przerwać. Czasem wymaga to anielskiej cierpliwości.

Przytoczę teraz historię, której doświadczyłam na własnej skórze. Jest ona związana z przerywaniem, a jednocześnie potwierdzeniem tezy, że „jeśli chcesz mieć przyjaciół, pozwól by przyjaciele byli lepsi od ciebie”, gdyż nawet oni wolą opowiadać o swoim osiągnięciach niż słuchać, gdy my mówimy o własnych sukcesach. Pewnego dnia, załamana tym, że otrzymałam propozycję pracy z terminem, który był dla mnie nieosiągalny, zadzwoniłam do przyjaciółki. Od razu chciałam jej powiedzieć, że mam problem: „Wiesz, dostałam angaż, ale...”. Nie pozwoliła mi dokończyć. Przerwała, mówiąc z goryczą: „A ja właśnie zrezygnowałam z kontraktu”. Na swoje nieszczęście odpowiedziałam: „To dobrze”. Przyznaję, że był to nietrafiony skrót myślowy, bo zamiast wyrazić współczucie, przede wszystkim wzięłam pod uwagę to, że naprawdę dobrze zrobiła ze względu na swój zły stan zdrowia. No i rozpętała się straszliwa awantura. Przyjaciółka oskarżyła mnie o to, że zamiast wczuć się w jej sytuację, przechwalam się swoimi sukcesami. Ona nie pozwoliła mi dokończyć, a ja niedostatecznie wyraziłam empatię.

„Jeśli chcesz mieć przyjaciół, pozwól aby przyjaciele byli lepsi od ciebie – mówi Carnegie – Kiedy jednak lepsi jesteśmy my, przynajmniej niektórzy z nich czują się gorsi i są zazdrośni.” Okrutne, prawda? Ale taka jest natura ludzka. Od tej pory o swoich sukcesach mówię tylko wtedy, kiedy mnie o to pytają.

 

Przejmijmy cudzy punkt widzenia. Kiedy ludzie się mylą, nie wiedzą o tym, są przekonani o własnej racji. Nie należy ich za to potępiać, tylko zadać sobie pytanie: jak ja bym myślał/myślała na jego miejscu? Warto nauczyć się patrzeć na świat oczami innych ludzi. Gdybyśmy zamienili się miejscami, być może czułabym coś podobnego..? Okaż zrozumienie dla odmiennego punktu widzenia i współczuj. Jedyne czego ludzie potrzebują to zrozumienie i współczucie. I każdy z nas ma większe lub mniejsze, ale najczęściej wyższe mniemanie o sobie. Odwołaj się do szlachetnych uczuć – każdy z nas jest w głębi duszy idealistą i wierzy w intencje, które są z gruntu dobre. Jeżeli dam do zrozumienia, że uważam drugiego człowieka za uczciwego i szczerego, on się prawdopodobnie wobec mnie takim stanie.

 

Chwalmy. Nagroda zamiast potępienia – oto zasada, która spowodowała, że zostałam śpiewaczką i wykonuję zawód, który kocham i o którym marzyłam. Znów przytoczę anegdotę z własnego życia. Otóż w szkole średniej u początków mojej nauki śpiewu, nie szło mi najlepiej. Nie miałam dobrych fizycznych warunków do śpiewania, głos był mały, prawie nikt w szkole nie wierzył w to, że mogę w przyszłości dobrze śpiewać. Pewnego dnia, gdy ćwiczyłam w domu jakieś łatwe pieśni dla początkujących, odwiedził nas wujek. Rodzice chcieli, abym coś przed gościem zaprezentowała. Z trzęsącymi się ze strachu nogami odśpiewałam – jeszcze bardzo wtedy słabo technicznie – pieśń Moniuszki. Po skończonym „występie” wujek szczerze wykrzyknął: „Boże, co za dar! To tak jakby ktoś sznur pereł przed nami wysypał”. Czy można sobie wyobrazić, jak na mnie podziałały te słowa uznania? Były szczerze wypowiedziane, nie liczył się mój poziom techniczny, ale ogólne wrażenie, jakie wywierał mój niewyszkolony jeszcze głos. Pochwały spowodowały we mnie napływ wiary we własne siły i takie zmiany, że zaczęłam się rozwijać. Dziś jestem śpiewaczką, ale z żalem patrzę, jak szkoły niszczą w młodych artystach zapał do pracy. Miałam jednak szczęście, że rodzina wspierała mnie i nie szczędziła pochwał, gdy było trzeba. Bowiem krytyka podcina skrzydła, a pochwała inspiruje.

 

Na zakończenie chciałabym dodać, że nie ma reguł, które odnoszą się do wszystkich ludzi. Jesteśmy tak różni od siebie, że robi się naprawdę ciekawie Zasady tu przytoczone sprawdzają się w moim życiu, ale nie w odniesieniu do każdego człowieka, jakiego spotykam na swojej drodze. Jednak lektura Dale’a Cernegie bardzo dużo mnie nauczyła. Kiedyś myślałam, że wystarczy być szczerym, „być sobą”, mówić to, co się myśli – zwłaszcza w artystycznym zawodzie. Teraz wiem, że równie ważna jest POKORA, praca nad sobą, kontrola emocji w kontaktach z ludźmi. Może to przynieść dużo wspanialsze owoce, aniżeli emancypacja własnej woli, osobowości, poglądów i wizji.

 

Justyna Reczeniedi


Przeczytaj wywiad z Justyną Reczeniedi. Kliknij tutaj

Relacja z koncertu promocyjnego książki „Spotkania” Justyny Reczeniedi

okladka

recz1


Justyna Reczeniedi – solistka Warszawskiej Opery Kameralnej – jest autorką bardzo udanej i pięknie wydanej biografii Bogny Sokorskiej (2011), natomiast ostatnio ukończyła pracę nad zbiorem opowiadań pt. "Spotkania", co jest o tyle oryginalne, że jest przede wszystkim śpiewaczką operową. Ma konkretny dorobek fonograficzny (pięć płyt, współpraca z EMI Music Polska), w klasycznym środowisku muzycznym jest rozpoznawalna. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim, więc wartości literackie są jej również dobrze znane.




4-12


 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Życie w chmurze dymu

Każdego roku 31 maja obchodzony jest Światowy Dzień bez Papierosa. Większość palaczy pewnie nawet o tym nie wiedziało, chyba że przerzucając przypadkiem kanały w tv, albo strony w internecie wiadomość ta do nich dotarła.

Zapewne fakt ten nie wywarł specjalnego wrażenia, w końcu po co na siłę powstrzymywać się od palenia jednego dnia, skoro nazajutrz pobiegnie się do kiosku po nową paczkę.

Ale nie o to w tym chodzi. Tego dnia odbywa się wiele manifestacji, mających na celu uświadomić ludziom, jakie zagrożenia niesie ze sobą ten okropny nałóg dla nas i naszych bliskich. Naszą dość dziwną cechą jest to, że nie dostrzegamy problemów, dopóki nie dotkną nas bezpośrednio. Dopiero jak przydarzy się coś złego nam lub komuś z rodziny, czy znajomych, nagle opadają nam klapki z oczu.

A prawda jest taka, że zwykle najgroźniejsze jest to, czego nie widzimy. Może gdyby każda paląca osoba obejrzała, w jakim stanie są jej płuca i doznała wstrząsu, zastanowiłaby się, jaki jest sens zatruwać swój organizm.

Niestety ze szponów tego nałogu niełatwo się wyrwać. Niektórzy nawet nie widzą takiej potrzeby, bo wydaje im się, że póki dobrze się czują, nic złego się nie dzieje. Nikotyna jednak nie działa gwałtownie, ale konsekwentnie. Zawarte w niej substancje przepuszczają do serca coraz mniej tlenu, osłabiają je i za jakiś czas nie będzie już w stanie pracować. Poza tym, jak wiadomo, tytoń jest produktem powodującym nowotwory złośliwe, o czym uczą się nawet dzieci w szkołach.

Statystyki są zatrważające. W Polsce z powodu chorób spowodowanych paleniem papierosów umiera ok 70 tysięcy osób. Dlaczego zatem, mimo tylu ostrzeżeń, umieszczanych również na opakowaniach z tym podstępnym złodziejem życia, nadal decydujemy się palić? Zwykle zaczyna się niewinnie i niestety najczęściej w wieku kilkunastu lat. Młodzi ludzie, chcący poczuć się doroślej, sięgają po pierwszego papierosa, żeby zobaczyć, jak to jest. Zaczynają się imprezy, więc głupio wśród rówieśników uchodzić za mięczaka. Czasem jest to rodzaj buntu. Rodzice czepiają się byle czego, zła ocena za sprawdzian w szkole, nauczyciel się uwziął, więc trzeba jakoś odreagować. Po pewnym czasie owy “manifest dorosłości” zupełnie niepostrzeżenie przeradza się w silne uzależnienie, z którym trudno potem sobie poradzić.

Sławek, lat 30
„Pochodzę z małej miejscowości, w wieku 15 lat poszedłem do szkoły z internatem. Z dala od domowej kontroli poczułem się panem samego siebie. Wychowawcy głównie zajmowali się sprawdzaniem, czy jesteśmy w pokojach o wyznaczonych godzinach, nie pilnowali nas w czasie wolnym, więc mogliśmy posmakować różnych używek, wypić piwko po kryjomu, zapalić. Pierwszego papierosa podwędziłem starszym kolegom, spaliłem go w samotności. Nie umiałem się zaciągać, ale później kumpel nauczył mnie, jak to robić. Strasznie się cieszyłem, zupełnie jakbym opanował jakąś naprawdę ważną umiejętność, miałem się za lepszego od innych. Palę do tej pory, dziś nie wyobrażam sobie inaczej zacząć dzień.”

Jeżeli jakimś cudem uda się nam uniknąć przygody z paleniem na etapie życia nastolatka, kolejna pokusa czyha, gdy podejmujemy pracę. Kiedy kilka osób wychodzi w przerwie na “dymka”, nie chcemy czuć się gorsi. Chcemy należeć do elity, integrować się ze wszystkimi, dlatego zamiast siedzieć samemu i przeżuwać bułkę przez kwadrans wybieramy towarzystwo palaczy, bo tam można posłuchać najświeższych ploteczek i wspólnie ponarzekać na przełożonego.

Obecnie większość pracodawców sprzeciwia się tym słynnym spotkankom w przerwie od pracy i coraz częściej ubiegając się o zatrudnienie w ogłoszeniach znajdujemy dopisek “osoba niepaląca”.

Bywa też tak, że ludzie w średnim wieku czasami szukają w paleniu odskoczni od kłopotów. Pragną się w jakiś sposób odstresować, gdy coś ich przerasta.

Alicja, lat 35
“ Zaczęło się, gdy byłam w chwilowym dołku. W pracy ciągły stres przed zwolnieniami, wiecznie niezadowolony szef, po powrocie do domu nie mogłam patrzeć na bałagan, który mimo wiecznego sprzątania wracał po chwili, niczym bumerang za sprawą trójki dzieci. Do tego sprzeczki z mężem, pretensje, brak czasu dla siebie. Paląc papierosa, odnajdując moment spokoju, czułam się zrelaksowana. Nie chciałam z tego rezygnować, nawet gdy pogorszyło się moje samopoczucie. Nie raz miałam straszne mdłości, ale nie mogłam przestać, głód był coraz silniejszy. Byłam rozdrażniona, gdy któreś z dzieci chciało coś ode mnie, kiedy ja akurat miałam ochotę sięgnąć po paczkę. Po pewnym czasie zaczęły mi się łamać paznokcie, zżółkły mi zęby, zaczęło kłuć serce. Parę razy próbowałam rzucić, ale bez skutku. Kolejna kłótnia, zły humor wystarczyły, by pobiec do sklepu z obietnicą, że to już ostatni raz, że więcej ich nie kupię. Aż do następnego załamania. Otrząsnęłam się dopiero wtedy, gdy moja 5-letnia córka przytulając się do mnie powiedziała “ojej, mamusiu, ale ty śmierdzisz”. Zrobiło mi się strasznie głupio. Postanowiłam, że zerwę raz na zawsze z tym obrzydliwym przyzwyczajeniem, by moje dzieci nie musiały się nigdy za mnie wstydzić. Nie palę już od roku i wcale nie mam na to już ochoty”

Jest jeszcze bardzo ważna rzecz, do której zwykle nie przywiązujemy uwagi. Dym tytoniowy nie tylko sieje spustoszenie w osobie, która go bezpośrednio wdycha, ale na jego negatywne skutki narażony jest każdy, kto przebywa w pobliżu osoby palącej. To tzw. “bierni palacze”, mogący nie z własnej winy cierpieć na różnego rodzaju infekcje, choroby serca oraz zaostrzenie objawów astmy, czy alergii.

Jak zatem rozstać się z tym wyniszczającym życie nałogiem? Każdy, kto choć raz próbował się od niego uwolnić wie, że to niezwykle trudne zadanie. Potrzeba niesamowitego samozaparcia, by w chwili słabości nie dać się złamać. Błędnym założeniem jest, by wyznaczyć sobie jakiś konkretny dzień np. urodziny, imieniny, czy Nowy Rok, żeby rzucić palenie. Pewnie i tak przełożymy tę datę na inną okazję, bo stwierdzimy, że przecież nic się nie stanie, jak poczekamy jeszcze z miesiąc. Jeśli naprawdę chcemy rzucić, zróbmy to zaraz, dziś! Dla naszego organizmu każda chwila się liczy.

Zauważmy, że najczęściej palimy w pewnych określonych miejscach, lub sytuacjach. Postarajmy się ich unikać. Idziesz do koleżanki, bo wiesz, że przy kawce zawsze częstuje cię “fajeczką?” Zaproś ją do siebie i uprzedź, że w twoim domu się nie pali, lub umów się w miejscu publicznym, gdzie palenie jest to zakazane.

Skrywasz się za krzakiem niedaleko przystanku kopcąc ćmika, bo nudzi ci się czekając na autobus? Wybierz inną formę powrotu do domu. Zamów taksówkę i nie zrażaj się, że stracisz za dużo kasy na przejazd, bo na papierosy z pewnością wydajesz więcej.

A jeśli mowa o pieniądzach, również one mogą być silną motywacją. Rachunek jest bardzo prosty. Palicie z mężem po paczce dziennie każdy? Więc przez rok ponad 7 tysięcy puszczacie z dymem. Za taką kwotę można kupić wcale nienajgorszy używany samochód, lub zafundować sobie wakacje w ciepłym kraju. Chyba brzmi bardziej zachęcająco, niż góra petów i popiołu. W tej ciężkiej batalii walki z nałogiem pomocne mogą być też środki antynikotynowe, dostępne w aptekach, jak również grupy wsparcia. Ale to wszystko na nic się nie zda, jeśli nie uświadomimy sobie powagi problemu.
Tak jak w przypadku alkoholika, który do końca życia nie może wypić już ani jednego kieliszka, tak w przypadku palacza, nie powinien on już wypalić ani jednego papierosa więcej, w przeciwnym razie wróci do punktu wyjścia.

Pocieszające jest to, że osoby, którym się ta trudna sztuka udała zgodnie twierdzą, że najgorszy jest pierwszy tydzień, góra dwa, potem papierosy już nie smakują tak dobrze, tak jak kiedyś. Ale i tak do sukcesu prowadzi jedynie konsekwencja. Nasz organizm jest na tyle łaskawy, że powoli regeneruje się w nim wszystko, co zostało zniszczone przez tą truciznę. Na efekty trzeba jednak czekać.

Ryzyko zachorowania na raka płuc zmniejszy się do poziomu osoby niepalącej dopiero po 15 latach. Pytanie tylko, kto tego dożyje...

Agnieszka Witkowska, 31l.

 


 

5-12

 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Makijaż - mniej lub więcej JESIEŃ-ZIMA 2010/2011

  • Opublikowano w Uroda

Makijaż odważny

czyli mocne przydymione oko, kreski obowiązkowe. Możesz malować je wewnątrz oka, tuż przy lini rzęs na górnej powiece, lub grube wywinięte na końcu ku górze.

 makijaz-zd1

Minimalizm

makijaż wygląda naturalnie, ale to tylko tak nam się wydaje, ponieważ tak naprawdę cera jest bez skazy, a oko choć wygląda jak niepomalowane, jest podkreślone. Zawsze pamiętajmy o starannie podkreślonych brwiach, bo w tym sezonie to dominujący trend w każdym makijażu!

 makijaz-zd2

Czerwone usta

Najlepiej wyglądają w towarzystwie gładkiej cery z odrobiną rózu. Pamiętajmy, że wtedy nasze oczy powinny mieć tylko pomalowane rzęsy.

 makijaz-zd3

 

Monika Gerber
(wizażystka, stylistka)

Czytaj więcej...

Czy faceta można i powinno się sobie wychować? Jak wypracować partnerstwo w związku?

"Faceci są jak kafelki- jak je dobrze ułożysz możesz deptać całe życie". Hmm....Zgadzacie się z tym?

Ile kobiet, ilu mężczyzn, ile związków, tyle sposobów na zgodne długoletnie wspólne życie. Sukcesem powodzenia i przetrwania każdego związku jest wzajemna akceptacja siebie i tolerancja w wielu sprawach! Nikt nie jest idealny, dlatego decydując się na bycie z kimś akceptujemy go takim jakim jest, z wszystkimi jego wadami lub my kobiety będziemy próbowały zmienić naszego mężczyznę - "wychować", aby wyeliminować przyczyny kłótni, które potrafimy przewidzieć, znając płeć przeciwną….Oczywiście, nie jest możliwa całkowita zmiana charakteru człowieka, jednak kobiety mają swoje złote, autorskie metody, dzięki którym życie z naszym partnerem nie będzie przypominać horroru, a stanie się źródłem przyjemności. Przecież tu chodzi o nasze całe życie!

Skupmy się teraz na mężczyźnie. Bądźmy szczerzy, wiemy, że jest on tak skonstruowany genetycznie, że zawsze nas czymś zdenerwuje, wyprowadzi z równowagi, zawsze zrobi coś źle, jest to tylko kwestią czasu. Potem oczywiście przeprosi (bo musi :) ) ale za kilka dni i tak znów to samo, znów coś przeskrobie i tak w kółko. Oni po prostu tacy są, tak mają w naturze! Czy chcemy więc niepotrzebnie i tak często denerwować się, żyć w taki sposób przez lata? Kochamy go, zależy nam na nim, chcemy z nim być, dlatego możemy troszkę ułatwić sobie te i tak trudne życie, bo żeby związek przetrwał oboje partnerów musi nad nim pracować, dbać o niego! Możemy przejąć inicjatywę i "wychować" naszego mężczyznę w świadomy dla niego sposób lub nie :) Brzmi dziwnie? Bo to dorosły mężczyzna a nie dziecko? Wcale nie! Więc co to znaczy?

Gdy nasz związek jest jeszcze na luźnym etapie i oparty na spotykaniu się a nie mieszkaniu razem, nie widzimy bardzo wielu rzeczy, wad naszego faceta. Dotąd w naszych oczach był ideałem a my żyłyśmy jak w bajce. Jednak gdy z czasem oboje zdecydujemy, że nasz związek zaczyna być poważniejszy bo chcemy przebywać ze sobą 24 na dobę, czas na kolejny krok - wspólne mieszkanie. Dopiero wtedy zobaczymy WSZYSTKO! Czar pryska jak bańka mydlana! Po krótkiej obserwacji naszego partnera przychodzi czas na refleksję i bardzo ważny moment, aby podjąć decyzję, jaka będzie rola obojga w związku i w domu! Tę decyzję tak naprawdę podejmuje kobieta! W zależności od tego jaka to będzie decyzja, ma ona ogromny wpływ na cały przyszły związek, relacje obu partnerów, spokój czy kłótnie, szczęście czy rozpad związku.(Dotyczy to kobiet będących w tzw. "normalnym związku", gdzie jest to układ partnerski, kobieta jak i mężczyzna mają takie same prawa, bo jeśli jest to związek toksyczny i mężczyzna rządzi w domu, jest despotyczny i zdominował swoją partnerkę, ponieważ wykorzystuje jej bardzo słabą psychikę, niską samoocenę, oraz fakt, że jest od niego całkowicie uzależniona również finansowo, to w tym przypadku kobieta nie będzie miała kompletnie nic do powiedzenia…Jest to niewątpliwie tragedia dla takich kobiet, szczerze współczujemy paniom będącym w takim związku z przeróżnych przyczyn i z całą pewnością jest to temat na osobny artykuł).

Podstawową przyczyną dla których mężczyźni uważają, że nie muszą kompletnie nic robić w domu, są ich długoletnie przyzwyczajenia wyniesione z okresu dzieciństwa, gdy matka wyręczała go we wszelkich pracach domowych, również sprzątając codziennie wokół swojego ukochanego synka, zbierając ubrania z podłogi i układając je w kostkę, robiąc mu wszystkie posiłki itd. Obserwując taki model związku-małżeństwa młody chłopak utwierdza się w przekonaniu, że tak właśnie ma być! Że to jest normalne! Niestety, ale w ten sposób kochająca matka szkodzi tylko jemu i jego przyszłej partnerce, która będzie miała z nim problemy prowadząc wspólne gospodarstwo w późniejszym samodzielnym i dorosłym życiu.

Tak samo działa to w drugą stronę. Kobieta od dziecka uczona i wychowywana przez swoją matkę samodzielności, wykonywania powierzonych obowiązków domowych, jest przyzwyczajona, że to właśnie kobieta prowadzi cały dom a mężczyzna - tata, przychodząc do domu po pracy - odpoczywa. Potem jako już dorosła kobieta przenosi te same zwyczaje do własnego związku i domu. Kieruje nią troska, dbanie o swojego partnera, świadomość, że sama zrobi wszystko znacznie szybciej i lepiej niż on.

Drogie Panie, to stereotypy! Kobieta w domu wszystko robi sama - mężczyzna nie ima się babskich prac, bo facetowi nie wypada?! Te czasy już dawno minęły! To czasy naszych prababć, babć i mam!
Oczywiście, że nie w każdym domu tak było ale w większości z nich i taki model rodziny miał ogromny wpływ na kolejne pokolenie, które robiło dokładnie to samo! Ale czasy się zmieniły! Teraz kobiety nie chcą tylko siedzieć w domu! Są bardziej samodzielne, wyzwolone, mogą decydować o sobie, swojej przyszłości, swoim życiu i spełniać się zawodowo, osiągnąć to samo co mężczyźni! Jest równouprawnienie! Możemy być niezależne i podejmować wszelkie decyzje! Pracować i utrzymywać się same! Mamy prawo głosu! Owszem, nadal w nas tkwi poczucie obowiązku, które przez wieki było nam wpajane i przekazywane z pokolenia na pokolenie, kobiety były wychowywane w świadomości, że prowadzenie domu oraz dbanie o swojego mężczyznę to naturalna kolej rzeczy, która nie podlega dyskusji, ale już nie w takim wymiarze jak kiedyś. Zmienia się profil związku, rodziny, kobiety głośno mogą mówić czego oczekują od związku i partnera, zamiast jak wcześniej tylko podporządkowywać się obyczajom i kulturze. Skoro kobiety walczyłyśmy o równouprawnienie, to chyba w jakimś celu, prawda? Bo może nie były szczęśliwe? Jeśli nasz mężczyzna nie spełnia naszych oczekiwań – nie chcemy takiego partnera i kończymy związek, po co się męczyć? Teraz możemy wybierać i same decydować o sobie i swojej przyszłości.

Jest XXI wiek i panują nowe zasady! Dlaczego mężczyzna nie może nam pomagać w domu? Wynieść śmieci, odkurzyć mieszkania, zrobić zakupów czy prania? Czy to aż takie skomplikowane? A! mało męskie…No tak…Koledzy będą się śmiali…Bzdura! Jeśli chcemy aby nasz związek przetrwał to partnerstwo jest jego podstawą! Musimy sobie wzajemnie pomagać we wszelkich domowych obowiązkach. Mężczyźni muszą też dbać o porządek wokół siebie, sprzątać po sobie a nie wyręczać się nami we wszystkim. My też pracujemy, jesteśmy zmęczone a przychodząc do domu czeka nas tam druga praca - dom, rodzina, dzieci. My też mamy prawo do odpoczynku, relaksu, czasu dla siebie. Też chcemy spotkać się z koleżanką, pójść do kina, do fryzjera czy kosmetyczki i poczuć się dobrze, poczuć się kobieco i sexi! Oczywiście, że kobiety i tak będą zawsze w domu robiły znacznie więcej, niż ich mężczyźni, dlatego ta "symboliczna" pomoc naszych panów jest dla nas tak ważna, bo wtedy nie czujemy się aż tak wykorzystywane. Miło, gdy sam wyniesie swoje brudne ubrania do łazienki, łącznie ze skarpetkami :) - odwieczny problem, sprzątnie ze stołu butelkę po wypitym piwie, zaniesie do kuchni talerz po posiłku, ogólnie dba troszkę o samego siebie, wtedy my kobiety mamy więcej czasu dla siebie a nie poczucie, że ciągle musimy po nim sprzątać, bo czy on sprząta po nas?

Niestety, ale niewielu jest mężczyzn, którzy tak sami z siebie będą chcieli nam pomagać, dlatego my same musimy o to zawalczyć! Jeżeli jednak trafi nam się partner, który od samego początku popiera nasze poglądy, lub zgadza się wprowadzić takie zasady - wspólne obowiązki w domu, jesteśmy mega szczęściarami! Życie będzie dużo łatwiejsze dla nas, bo wiele drobnych spraw wykona właśnie on, podczas gdy my, możemy w tym czasie zająć się już zupełnie czymś innym. Wtedy jesteśmy mniej zmęczone i mamy dla partnera więcej czasu, wspólnie możemy spędzić wieczór w domu lub gdzieś wyjść. Taki związek jest o wiele przyjemniejszy.

A co jeśli nie mamy takiego szczęścia? Jeśli tak nie jest - musimy podjąć decyzję - albo to my zajmujemy się całym domem (co jest tylko kwestią czasu, że będzie to źródłem konfliktów ) albo uczciwie uświadamiamy naszego mężczyznę, że nie jesteśmy pełnoetatową sprzątaczką 24/h i każdy ma swoje obowiązki w domu. Takie jasne postawienie sprawy w odpowiednim momencie a najlepiej na samym początku zamieszkania ze sobą, pozwoli uniknąć wielu kłótni i może uratować nasz związek. Gorzej jeśli partner kompletnie się temu sprzeciwi, bo uważa że to kobieta powinna zajmować się domem. Mamy drugie wyjście – niestety to zaakceptować, bo go kochamy…lub sprytnie wprowadzić swój plan w jego niewiedzy :) i zacząć powolutku wychowywać naszego faceta….Jest to proces długotrwały, bo powolny, ale dobrze obmyślony - skuteczny :) My kobiety mamy swoje sposoby, metody…oj mamy….a lista tego, czego może nagle "zabraknąć" naszemu partnerowi, czego możemy go "pozbawić", może być baaaardzo długa…Metoda kija i marchewki zawsze jest skuteczna, może nie jest to fer w 100 %, ale skoro nie mamy innego wyjścia, a chcemy osiągnąć swój cel, to liczy się tylko skutek - osiągnięty efekt końcowy a nie metoda. Przecież zależy nam na naszym związku a faceta trzeba czasem wziąć sposobem. Nie bez powodu mówi się, że głową jest mężczyzna a szyją kobieta... która nią kręci...

Czy zatem jest coś złego w tym, że w trosce o swój związek chcemy sobie partnera "wychować"?
Przecież nie robimy tego z naszego lenistwa. Kobiety są pracowite, potrafią zadbać o dom, rodzinę, mają znacznie więcej obowiązków i 2 etaty: praca zawodowa i dom, ale nie o to tutaj chodzi. My chcemy mieć tę drobną pomoc od naszego mężczyzny, bo wtedy czujemy, że on to robi dla nas a to znaczy, że jesteśmy dla niego ważne, że się z nami liczy, że zależy mu na nas, że nas szanuje!. Nawet jeśli tylko wyniesie te brudne skarpetki do łazienki zamiast zostawiać je w sypialni na podłodze abyśmy my to zrobiły za niego! Jeśli zrobi to sam, co zajmie mu kilka sekund, wiemy, że zrobił to dla nas, bo go o to poprosiłyśmy. Takie drobne gesty są ważne i my je doceniamy, prawda? Potem można pójść dalej i przyzwyczaić partnera do wynoszenia śmieci, nauczyć obsługiwać pralkę, myć naczynia lub robić małe zakupy. To już zależy od nas, na ile chcemy aby nam pomagał, ale pomagać powinien!

Wdrażajmy nasz plan powoli, aby go nie wystraszyć. Po pierwsze: rozmawiaj z nim. Dopóki nie powiesz wprost o swoich oczekiwaniach nie łudź się, że domyśli się sam... Sprytnie obróć sytuacje tak, że jeśli zrobi to o co go prosisz, wtedy będziecie mieli więcej czasu dla siebie. Jeśli widzisz, że twój partner spędza kolejną godzinę przy ekranie komputera, lub telewizora, a Ty wciąż się krzątasz po mieszkaniu sprzątając, prasując, gotując, powiedz, że potrzebujesz pomocy a potem masz ochotę gdzieś wyjść z nim lub spędzić uroczy wieczór w domu. Dodaj też, że jeśli ci nie pomoże to sama nie zdążysz wszystkiego zrobić a wtedy nie będziecie mieli czasu dla siebie i nigdzie nie pójdziecie. Bądź konkretna.. Skuteczny jest też wariant 2 - szeptaj mu coś miłego do uszka, podrap po główce i pokaż jak bardzo jest dla ciebie ważny, jak go kochasz. Zaproponuj miły wieczór, ubierz się tak, jak on lubi i jeśli dobrze to rozegrasz, zobaczysz, że "swoją pracę domową" wykona z prędkością światła :) Niech facetom nie wydaje się, że jesteśmy tylko od sprzątania, gotowania, prania.

Jeśli zawodnik jest szczególnie uparty wytocz cięższe "argumenty". Pamiętaj, że będąc stanowczą sprawiasz, że facet bardziej liczy się z Twoim zdaniem. Nie ulegaj za każdym razem. Umawiacie się, że jego obowiązkiem jest wynoszenie śmieci, a kiedy widzisz, że z kosza już się wylewa a ty słyszysz tylko "zaraz", "za chwile", nie krzycz, nie denerwuj się, bo nie ma sensu. Kiedy wychodzi do pracy zatarasuj mu pełnym worem wyjście z domu. Gwarantuje, że będzie musiał je wynieść.
Sposobem i sprytem Drogie Panie zamiast robić nieziemską awanturę. Szkoda naszych nerwów, od tego robią się zmarszczki, przecież nie będziemy jeszcze szkodzić swojej urodzie, facet nie jest tego wart! Bądźmy sprytne!

Magdalena (29 lat)
"Przez 10 lat małżeństwa przyzwyczajałam mojego lenia do dwudaniowych obiadków, śniadanka do pracy, prania poukładanego w kosteczkę. Któregoś dnia postanowiłam DOŚĆ. Wróciłam do pracy i skłoniłam męża do większej samodzielności i pomocy w prowadzeniu domu. Pierwszy dzień poza domem... I pytanie, ile telefonów do żony trzeba wykonać, żeby zrobić pranie... (Skarbie, czy czarne pranie razem z białym? Skarbie, a czy do czarnego i białego muszę użyć innego proszku? Skarbie, a gdzie leży ten proszek??? Skarbie, a gdzie wywieszę pranie, bo chyba zaczyna padać? Skarbie, jak długo to ma się prać? Skarbie, a jak właściwie włącza się pralkę???)Wieczorem wchodzę do domu: woda na podłodze, pranie białe od proszku ociekające wodą, bo przecież nikt nie powiedział, że po praniu włącza się wirowanie. Ręce opadają. Jednak nie minęło zbyt wiele czasu, kiedy sam zaczął zaskakiwać mnie dwudaniowymi obiadkami. Wiecie Panie, że same przytakujecie lenistwu swoich mężczyzn potem na nich narzekając? Tak. Sprawdziłam na swoim przykładzie:) Kiedy mężczyzna zostaje rzucony na głęboką wodę pokazuje co potrafi, nie dajcie się nabrać na ich nieporadność.

Tak więc do dzieła! Nie od dziś wiemy, że kobiety są z Wenus a faceci z Marsa i że co logiczne dla nas, dla mężczyzn jest w dalekim kosmosie, z którego to kosmosu musimy im to z dnia na dzień przybliżać.... Nie możemy w nieskończoność zamykać po nich ubikacji, zmywać naczyń i zbierać brudnych skarpetek z wszelakich części mieszkania. Wbrew pozorom takie wychowanie sobie partnera jest niezwykle proste. Wszystko co jest nam do tego potrzebne mamy w zanadrzu- upór, urok, powab. Nauczmy się te zalety skutecznie wykorzystywać, a nasze życie z mężczyznami będzie owocne i bezkonfliktowe. Na każdego jest sposób, trzeba tylko go znaleźć.
Czytaj więcej...

Przepis na udany związek

Przez wieki kobiety zastanawiają się jak dobrze żyć w związku z mężczyzną tak aby nie zaistniały na wspólnej drodze życia przeszkody, niechciane konflikty czy problemy i inne kobiety! Kobieta i mężczyzna od zawsze sobie pisani teraz są o krok bliżej od prawdziwej, dozgonnej, szczerej i romantycznej miłości. Tylko jak to osiągnąć? Odpowiedź jest prosta: kochajmy się tak bardzo jakby to jutro miał się skończyć świat!

Na początek musimy upolować dobrego kandydata na naszego partnera... Mężczyźni są z reguły tacy sami, ale pamiętajmy, że znajdując "nasz wyjątek" potwierdzamy tylko to zdanie! Aby w naszym związku nie zabrakło wzajemnego podniecenia, pożądania i fascynacji, nasz partner musi nam się podobać. I to wcale nieprawda, że patrzymy tylko na "zawartość" - "opakowanie" też się liczy, chociaż w naszej podświadomości!

Kocur z pazurem! Miauuu! Nie lubimy pantoflarzy, choć lubimy wykorzystywać naszych mężczyzn, nie pociągają nas metroseksualni, choć lubimy dobrze ubranych i zadbanych facetów, nienawidzimy mięczaków, choć czasem mamy ochotę wtulić się w naszego misia! Nasz facet musi mieć swój własny, indywidualny charakter! Charyzma, ambicja, intelekt, indywidualność, humor – to jest to czego szukamy w naszych partnerach. Mężczyzna, nieraz przyćmiewany urokiem i inteligencją swojej kobiety, powinien mieć swoje zdanie! Co to byłaby za słodka kłótnia z facetem jeśli tylko by nam przytakiwał?

Ok. Nasz cel już jest prawie osiągnięty, teraz wystarczy go uwieźć. Bądź Sobą, bądź Słodka, bądź Sexy! Zasada 3S! Poznaj oczekiwania faceta i spróbuj je spełnić. On lubi kwieciste sukienki? Załóż ją na pierwszą randkę! Uwielbia kiedy kusisz go pełnymi, czerwonymi ustami? Każdego ranka na pożegnanie zostaw mu małą niespodziankę na jego szyi... Podkreśl wszystkie swoje atuty z wdziękiem, ale nie przesadzaj. Który facet pójdzie na imprezę z wydekoltowaną w obcisłej, krótkiej kiecce "plastikową dziunią"? Z drzewem do lasu się nie chodzi! Zapamiętaj! Równie ważne jest pamiętanie o zasadzie 3S na co dzień kiedy to już tworzycie wspaniałą i przebojową parę.

W związku nie tylko powinno się "istnieć", ale również być w nim "duchem i ciałem". Jak już "wyhodujemy" wspaniałą parę, należy o nią dbać, codziennie podlewać strumieniem miłości i szczęścia. Jak to zrobić? Okazujcie sobie sporo uczucia. Takie drobne gesty jak przygotowanie dobrego obiadu i ukoronowanie go lampką wina oraz świeczkami sprawi, że zwykły obiad stanie się uroczystością, którą zechcecie powtarzać częściej. Małe przyjemności sprawią wiele radości tobie i partnerowi. Obowiązki domowe zamieńcie we wspólną zabawę, a po ciężkiej pracy zrelaksujcie się i wynagrodźcie ciężki dzień cudownym masażem.

Bardzo istotnym elementem tego przepisu – sukcesu jest sama rozmowa. Jest ona podstawowym czynnikiem, który pobudza mieszankę kobiety i mężczyzny do działania. Dzięki szczerej rozmowie nie tylko możemy poznać prawdziwą osobowość partnera, ale także jego problemy, smutki i radości. Niczego nie rozwiążemy milczeniem. Regularne rozmowy pozwolą również na rozwiązanie konfliktów jakie zaistnieją między partnerami. Pamiętajmy kobietki – milczeniem niczego nie załatwimy, faceci nie czytają nam w myślach! A słodkie kokietowanie partnera czułymi słówkami nie tylko podtrzyma rozpalony ogień namiętności, ale również zbliży Was do siebie.

Bartosz P. (22 lata)
Jak w wielu dziedzinach życia tak i w związku kluczową rolę w drodze do szczęścia pełni skuteczny przepływ informacji pomiędzy partnerami. Powinni oni wprost mówić sobie o tym czego oczekują od drugiej strony, co ich ewentualnie gryzie, trapi. W tym momencie druga strona związku wie z czym ma do czynienia, jak podejść do danej sytuacji. Raczej błędnym założeniem jest to iż druga strona na pewno się domyśli co siedzi w głowie jej partnera. Dotyczy to zwłaszcza mężczyzn, którzy nie zawsze muszą zauważać subtelne sygnały wysyłane przez kobiety, albo nie wiedzą co one mają znaczyć. Dlatego jedną z części przepisu powinny być szczere rozmowy partnerów.

Magdalena Rz. (21 lat)
Przepis na idealny związek? A można tak? Dla każdego "ideał" to zupełnie coś innego. Mój nie wiem czy jest idealny, czasem myślę, że tak i nic bym nie zmieniła, innego dnia - zmieniłabym WSZYSTKO, bo nie odpowiada mi nic. Ja mam ognisty temperament, On zawsze podchodzi do wszystkiego ze spokojem - krótko mówiąc ogień i woda, i co? Mieszkamy razem i nie pozabijaliśmy się jeszcze. I każdego dnia jest mi z NIM magicznie...

Mój przepis na udany związek? Duuuża dawka humoru, z nutą szczęścia i esencją miłości! Każdy, nawet ten najmniejszy, konflikt zamieniamy w dobry żart. Codziennie robimy sobie drobne niespodzianki a po ciężkim i pracowitym dniu wzajemnie dodajemy sobie otuchy i mobilizujemy się do kolejnego działania! Nasz związek by nie istniał gdyby nie przyjaźń, wierność, autentyczność.

Tyle co ludzi na ziemi – tyle sposobów na udany związek. Każdy się różni, bo każdy z nas jest inny. Jednak większość z nas szuka podobnych cech w swoich przyszłych partnerach, takich jak np.: szczerość, inteligencja, uroda, ambicja, pracowitość. A dla Was jakie cechy są najważniejsze?
Czytaj więcej...

Recepta na złamane serce

Każda kobieta w swoim życiu przeżywała rozpady wielu, kilku, a może jednego związku. Nieraz były one bolesne, wzbudzały gniew i żal, czasem wzruszenie i tęsknotę. Innym razem pamięć o nich rozeszła się po kościach, bo nie miało to dla nas większego znaczenia. Jednak niekiedy nie potrafimy sobie z tym poradzić i wyleczyć się z nieudanego związku. Co wtedy zrobić?

Wszystkie borykamy się z problemami w partnerstwie. Przeżywamy wspólne rozterki, kłopoty, potem nagle przeradzają się one w drobne sprzeczki, większe kłótnie. Kiedy jednak nie dajemy sobie z tym wszystkim rady, opadają emocje i dochodzimy do odpowiednich wniosków - to koniec. My kobiety, jako te wrażliwe istoty zapadamy w niespokojny lament i zapominamy o możliwościach jakie daje nam samo życie. Pogrążamy się w smutku, żalu, rozgoryczeniu...

Takiej ostentacyjnej melancholii mówimy stanowcze NIE!

Kiedy to kobieta ostatecznie mówi "koniec"
W takiej sytuacji podsumujmy wszystkie powody dlaczego odeszłyśmy od niego:
- był draniem, który nie miał za grosz szacunku do nas
- traktował nas jak maszyny do seksu
- nie darzył nas prawdziwym uczuciem
- oszukiwał, kłamał, a co najgorsze zdradzał
- był maminsynkiem
- i wiele, wiele innych powodów, które same dobrze znacie

A teraz zadaj sobie pytanie: "czy na pewno chciałabym być z człowiekiem, który (tu wstaw powód/powody dlaczego zakończyłaś wasz związek)?"
Najczęściej odpowiedzi brzmią: "nie, bo mnie zranił" bądź "tak, bo go kocham".

Ból z powodu zdrady, braku szacunku czy nietolerancji itp. czasami jest tak silny, że nic nie jest w stanie naprawić błędu naszego byłego partnera. Nie dajmy się zwieść! Kolejne obiecanki, że już nigdy więcej nie pobiegnie do mamusi po radę, że nigdy więcej nas nie okłamie i, że nigdy więcej... są tylko opatrunkiem na chwilę, rana się zagoi, ale blizna pozostanie, a z czasem rozdrapiesz ją na nowo. Czy warto? Nie zamydlaj sobie oczu miłością, która nie istnieje - byłaś z nim, bo boisz się, że nikogo nie znajdziesz? Nic z tych rzeczy! Każda z nas jest wartościowa i zasługuje na prawdziwe uczucia i faceta, który nas szanuje i doceni.

Kiedy to mężczyzna ostatecznie mówi "koniec".
Zastanawiamy się teraz dlaczego to zrobił. Jednak tak jak mężczyznom trudno mówić o uczuciach, tak samo trudno przychodzi im rozmawiać o powodach rozstania. Pozostaje nam ewentualnie domyślać się dlaczego tak postąpił.

Więc: "czy jestem pewna, że chcę być z człowiekiem, który mnie odrzucił?" Odpowiedź jest jedna: "nie, skoro odrzucił mnie raz, odrzuci mnie po raz kolejny!"

Pamiętajmy: nigdy nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki! Nie warto walczyć o mężczyznę, który nie zauważył w nas wartości takich jak opiekuńczość, wyrozumiałość czy po prostu - kobiecość. A przede wszystkim nie pokazujmy facetowi, że nas tak bardzo to boli, że nas tak po prostu rzucił. Niech zobaczy, że jesteśmy również silne, wytrwałe i ambitne.

Jednak nie zapominajmy o kobietach, które są silne psychicznie i walczą ze swoimi słabościami. To właśnie z nich powinnyśmy brać przykład!

A co zrobić aby nie zmarnować czasu w samotności? WYJDŹ Z DOMU! Ze starymi znajomymi, poznając nowych ludzi, bawiąc się na imprezie, na pogaduchach z przyjaciółką, zrób szałowe zakupy! Jest wiele sposobów na to aby nie myśleć o przeszłości. A może właśnie przechodząc spacerkiem przez park poznasz przyszłego swojego faceta, niewykluczone!

Znasz swoją recepturę na okaleczone serce? Napisz!

Mówić jedno, robić drugie. Mogę przedstawić Wam kilkanaście różnych pytań i odpowiedzi, setki pomysłów na spędzenie czasu, ale Wy jako kobiety po przejściach, doświadczone dobrze wiecie, że na ból nie ma skutecznego leku, który zadziała od razu. Trzeba z tym się zmierzyć, wytrwać i wygrać! Przede wszystkim: uwierzyć w siebie!

 

Czytaj więcej...
Subskrybuj to źródło RSS