Menu

logo tjk main 

O co chodzi w wyprzedażach?

Kolejne wyprzedaże prawie za nami. Nadal trwa jednak gorączka zakupowa, polujemy na okazje, sprawdzamy ceny, łapiemy upatrzone wcześniej zdobycze. Generalnie zabawa - karnawał stoi na drugim miejscu - a zakupowy styczeń z roku na rok przyśpiesza.

W tym roku olśniła mnie pewna zmiana - przenieśliśmy się do internetu! I to znacząco! Polujemy też na okazje poza naszym krajem. Jeszcze parę lat temu - przy pierwszych sygnałach wyprzedażowych - nie było takiego zamieszania, a teraz w sklepach - jest nawet ciut mniejsze… Bo ruch przeniósł się do sieci.

Już pod koniec grudnia sklepy internetowe biją w alarmowe dzwony - zaczyna się wyprzedaż, trzeba jak najszybciej stanąć w blokach i czekać na strzał pistoletu. I niestety nabierają nas w butelkę - bo kto pierwszy się wyrwie - niejednokrotnie marnuje szansę na wyższy rabat… :))).

Często na różnych wyjazdach - naocznie, i przy spotkaniach - jako opowiadane anegdoty, spotykam się z różnicami wyprzedażowymi np.: większą ilością towaru w UK, w Niemczech, Holandii, o USA nie będę wspominać, bo tam zatowarowanie jest całkowicie inne - tam nie może braknąć.
I faktycznie - jako rynek dostajemy mniejszą działkę - szczególnie droższych rzeczy - nie jesteśmy w końcu mocarstwem, tylko obok takich stoimy ;) (zawsze zastanawiał mnie rynek Ukrainy - na którym utrzymuje się VOGUE  - u nas „za biednie”… wnioski można wyciągać samemu). Jednak jest jeszcze druga strona medalu - jesteśmy w trakcie przechodzenia etapu - intensywnego konsumpcjonizmu…

Czym to się objawia?
Na przykładzie kilku sklepów internetowych zauważyłam pewną prawidłowość – nie czekamy na niższe ceny! Jeśli biją na alarm, że już, już początek wyprzedaży - to wchodzimy, kupujemy - bo ktoś nas może wyprzedzić. Wykupujemy na potęgę, nasze sklepy internetowe w pierwszych dniach wyprzedaży pustoszeją o wiele szybciej niż w innych krajach. Dlatego przy przecenach 70% - nie mamy właściwie wyboru i łapiemy ostatki - bo już dawno nic nie zostało... W rezultacie kupujemy drożej niż wszystkie zachodnie kraje… Bo nie stać nas na cierpliwość i odpuszczenie sobie gorączki zakupowej na kilka kolejnych dni. Polujemy i rywalizujemy o ubrania, sprzęty i inne towary.

Ciekawostka jest tylko taka, że teraz wykupujemy internetowo, natomiast często na miejscu w sklepach wiszą tony ubrań - bo nikomu nie chciało się wyjść i sprawdzić - a poza tym „na necie już nie było”. (pssst… w tym roku rusza sklep internetowy H&M… ). Chociaż oczywiście nie wisi tego aż tyle - ot po prostu więcej niż w epoce „przed netem”.

Jeśli na przykład nie zdążyliście więc upolować przepięknej sukienki - to łatwo można ją znaleźć w sklepie ze znaczkiem NL lub UK - jeśli macie tam rodzinę/znajomych - w mocno niższej cenie można sprawić sobie wykupioną u nas rzecz - kwestia rozwiązania problemu nadbagażu. ;))

Pamiętajmy też jednak o tym, że często w szafach napotykam na cuda wyprzedażowe i „świetne okazje”, które miały być super nabytkiem, a niejednokrotnie okazują się „leżakiem półkowym”. Zawsze warto wiedzieć - co i jak będziemy nosić. Inaczej jest to nie zysk i upolowanie przeceny, a czysta strata - tyle tylko, że mniejsza niżby była w „normalnej cenie”. Dlatego też czasem warto odpuścić całkowicie i kupować to co się chce, a nie to co się upolowało - ale to tylko wtrącenie na malutkim marginesie - w ramach zarządzania szafą.:)

Czytaj więcej...

Matka i córka na zakupach

Czy kiedykolwiek byłyście ze swoją mamą na zakupach? Czy mama kupiła wspaniałą bluzkę, która do tej pory zalega w szafie? Czy same nie polecałyście mamie rzeczy w której świetnie wygląda?

Zakupy matki i córki to ciekawe zjawisko :). Niekiedy wychodzi idealnie, na ogół jednak do ideału zbliżamy się w miarę zaniku różnicy pokoleniowej (która nigdy ot tak do końca nie zginie, ale troszkę się wyrównuje przez tarcie z obydwu stron).

Często zdarza mi się być na zakupach, na których staję pomiędzy młotem i kowadłem ( - dlatego staram się ich unikać :)). Czasem matka ze swoją już prawie dorosłą pociechą usiłuje znaleźć „śliczną garsonkę” „na studia” i na odwrót, pociecha zdejmuje plastikowe bransoletki na których brakuje tylko napisu „myszka Miki” i podaje swojej matce - mówiąc, że teraz będzie młodziej wyglądać. Widok z drugiej strony jest dwojaki: albo przerażenie, albo wiara w to, że ta pierwsza strona chce dobrze i dobrze doradza. I obie odpowiedzi są trafne… Bo i każdy „chce dobrze” i to wewnętrzne uczucie przerażenia powinno dojść do głosu :).

Dlaczego tak się dzieje? Pewnie dlatego, że każdy ma swój gust, każda z kobiet wyrosła w innej epoce i każda doskonale wie jak powinna ubrać się ta druga, żeby się za nią nie wstydzić;). Jeśli to matka jest silniejszą osobowością wtedy usiłuje „porządnie” ubrać córkę w „ładne” rzeczy, a gdy silniejszą osobowość ma córka, to matka zaczyna traktować ją niemalże jak swoją rówieśniczkę i wychodzi ze sklepu z bluzką z wielkim napisem „FUCK” w cekiny.

Jeśli jesteś więc córką zarządzającej matki - jedyna dobra rada – nie dawaj się, bo w wieku 20 lat możesz w najgorszym wypadku wyglądać jak Mary Poppins. Nie mówię „jak pensjonarka”, bo ten look jest teraz mocno zbuntowany i ok, ale właśnie jak urzędniczka z 50 letnim stażem. Lub, jeśli Twoja matka ma fioła na punkcie beauty - jak spalona i poobstrzykiwana u kosmetyczki 40latka.

Każdy wiek ma swoje prawa i przywileje, a w dobrym guście jest po prostu być sobą :) i wyglądać na swój wiek, a nie na wiek sąsiadki z parteru. To oczywiście skrajne przypadki - aczkolwiek widziane przeze mnie przez lata pielgrzymek po centrach handlowych i domach moich klientek.

Jeśli chodzi o córki swoich matek, to i tak sprawa nie jest taka straszna, bo córka może być najwyżej mylona ze swoją nauczycielką (co prawda będąc w gimnazjum) lub pytaną wciąż „do którego liceum katolickiego chodzi”. Gorzej sprawy wyglądają w przypadku odwrotnej silnej relacji.

„Mamo kup sobie tą sukienkę, jest rewelacyjna” - stoję sobie w przymierzalni obok i z ciekawości zawodowej wyglądam na zewnątrz, żeby zobaczyć tą „rewelację”. No i widzę… kobietę o szarej twarzy, wiek lat 50+ waga ++ ubraną w tiule na ramiączkach, plus wspomniane cekinki okraszające pomarszczony lekko dekolt, kolor sukienki - coś pomiędzy PRL-owskim papierem toaletowym a brzoskwinią - czyli źle uprana sukienka wróżki. Wszystko razem pięknie pasowałoby na muśniętą słońcem dwudziestoparolatkę z idealnym jak lustro dekoltem i sportową figurą… Na tej kobiecie (skądinąd wcale nie brzydkiej, ale już nie super młodej), ten odcień i fason plus tkanina, wyglądała jakby pożyczyła ją z szafy swojej pięcioletniej wnuczki, która miesiąc temu miała ją na balu przedszkolaków, niestety rozmiarowo też. Czyli dziewczęcość/dziecięcość w wydaniu dojrzałej kobiety - AŁA! Oczywiście można się tak ubrać, do tego kolorowe boa z piór i włosy na fioletowo - tylko potem nie należy się dziwić, że raczej każdy będzie patrzył z lekkim zdziwieniem, a nie z zachwytem. Ale to już zależy jaki mamy cel - szokować czy dobrze wyglądać.

Typ dorosłej kobiety noszącej dziewczęce sukienki - to chyba najgorszy przypadek. I wcale nie chodzi mi tu o to, żeby nie nosić spódniczek mocno nad kolano - jak się ma 60 lat i ładne nogi, ale nie tiulowych spódniczek, wyglądających jak od 20-letniej Madonny lub 5-letniej Zuzi. Jeśli chcemy założyć koszulkę z jelonkiem Bambi - to tak jak na ostatnich pokazach mody Givenchy, zwróćmy uwagę na to że jednak co za dużo to nie zdrowo, jelonek był ok, ale bez fluorescencyjnych kolorów, wyglądał „dorośle”, a nie zabawkowo.

Nie należy też kopiować stylu swoich pięknych i młodych córek - trzeba poszukać siebie, bo i „pojechane kolorowe trampki” wprost od licealistki i „seksowna obcisła sukienka z duuużym dekoltem” od 20-30 latki, po prostu nie dodają uroku - a przecież chcemy podkreślać atuty a nie demaskować swój wiek i wady...

Cały czas ta sama zasada, jeśli masz córkę w przedszkolu i lat 30 to nie noś jej sukienek, a jeśli już zatarła się lekko granica międzypokoleniowa, to i tak 10 razy pomyśl - kim chcesz być i jak wyglądać, bo z tłumu koleżanek córki i tak będziesz się wybijać:).
Z drugiej strony nie dziw się, że Twoja nastoletnia córka nie chce chodzić w worze pokutnym ;) i „ładnym sweterku ze ślicznymi guziczkami”.

Nieważne czy matka i córka czy po prostu dwie przyjaciółki - każdy jest inną osobowością i nie należy mu narzucać swojego stylu na siłę :).



Czytaj więcej...

Zakupy z kobietą - męski koszmar!

Ach ta magiczna, sklepowa wystawa!
Przechodzisz przez centrum handlowe i dostrzegasz tylko te cudowne przeceny, które patrzą na Ciebie błagalnym wzrokiem i proszą o wejście do sklepu. Można nawet pomyśleć, że stojące za szybą, pięknie ubrane i wystrojone manekiny, przemawiają do Was jakimś niebiańskim głosem z przestworzy zapraszając na zakupy. Nie mogąc oprzeć się temu zaproszeniu po raz kolejny mówisz do ukochanego: Kochanie, jeszcze tylko wejdźmy tutaj… I spoglądasz na swego mężczyznę słodkimi oczami, próbując jakoś załagodzić jego rozpaczliwe i nieme wołanie o ratunek. Po raz kolejny dałaś uwieść się sklepowej wystawie! Ale co tam – to przecież czysta przyjemność. Nie od dziś jednak wiadomo, że wszystko jest sprytnym chwytem marketingowym, więc z jednej strony, drogie Panie – można wybaczyć Wam tą uległość :)

Kiedy jesteśmy w sklepie…
Gdy przeszłaś już przez próg sklepu, natychmiast budzi się w Tobie instynkt łowiecki. Niczym przyczajona tygrysica, z sokolim wzrokiem wyszukujesz tej pięknej cekinowej bluzeczki, którą miałaś okazję zobaczyć na wystawie. Każda potencjalna osoba w pobliżu Twojej upatrzonej rzeczy, to wróg! Wróg który może z premedytacją skraść Twój rozmiar! To byłby koszmar.

Pochłonięta swoim szaleństwem, nawet nie zwracasz uwagi na swego mężczyznę, który najprawdopodobniej jest z tego faktu nawet zadowolony :) On tymczasem stara się dostrzec, gdzieś pośród setek ubrań swoje ulubione miejsce – miejsce do siedzenia. Obolały i zmęczony, zasiada aby złapać trochę tchu, przyglądając się Twoim wyczynom. Z uśmiechem na twarzy, uroczym spojrzeniem i zaangażowaniem wyraża się pozytywnie na temat każdej jednej rzeczy jaką mu pokazujesz, choć w głębi siebie ma ochotę krzyczeć. Gotów jest nawet ulec Twoim licznym prośbom i stać przy przymierzalni.

Wyglądam w tym dobrze? Nie odstają mi ramiona? Czy wyglądam w tym grubo? Ma za duży dekolt? Kochanie, wziąć tę czy tę sukienkę? – Te pytania, drogie Panie, które zadajecie swoim mężczyzną, nie mają sensu już po jednej, wspólnej godzinie zakupów. Każdy facet powie cokolwiek, aby jak najszybciej wydostać się z tej krainy udręki, potocznie nazywanej sklepem odzieżowym :) Jednak my mężczyźni musimy pamiętać, że negatywny komentarz skierowany do naszej lubej w trakcie przymiarek, choć byłby najbardziej szczery, może rozbudzić w niej… Demona! Dlatego nawet jeżeli mamy już dość, nie dajemy po sobie tego poznać. Pamiętajmy jednak, że każdy człowiek posiada jakąś granicę wytrzymałości :)

Jak to robią faceci…
Wyjście w celu zakupu jakiegoś ubrania, to naprawdę już kwestia przymusu. Od początku wiemy jakiej części garderoby potrzebujemy i udajemy się w tym celu, ze spokojem, do centrum handlowego. Nie przyciągają nas ceny, nie wołają nas manekiny, po prostu idziemy normalnie przez pasaż handlowy, wyszukując po drodze naszych ulubionych sklepów, gdzie zawsze możemy coś na siebie kupić. Przymierzanie trwa zaledwie do 10 minut maksymalnie i nawet nie potrzebujemy zazwyczaj kobiecych porad, bo sami widzimy co nam pasuje. Nie przejmujemy się, że jeden z naszych kolegów zakupił tę samą koszulę. Nie przykładamy szczególnej uwagi do kolorystyki garderoby. Nie próbujemy na siłę wciskać się w mniejsze rozmiary, bo też po co :)

Niestety kobiety bardzo, ale to bardzo różnią się pod tym względem od mężczyzn. Dla Was, drogie Panie, wygląd to kwestia pierwszorzędna i oczywiście nikt nie twierdzi, że to jest złe! Wręcz przeciwnie – każdy mężczyzna chce mieć obok siebie zadbaną i dobrze wyglądającą kobietę. Tylko naprawdę nie ma sensu męczyć swojego faceta tymi wspólnymi wypadami na zakupy, szczególnie kiedy musicie kupić coś dla siebie. Lepiej już zostawić go w domu, a już najlepszym rozwiązaniem będzie telefon do przyjaciółki i zaproszenie ją na tę przemiłą wyprawę, bo czy może być coś lepszego, niż wspólne, ubraniowe łowy dwóch przyjaciółek? :)

Emen

Czytaj więcej...

Niosą w darze wyprzedaże

Święta i Nowy Rok już za nami, a to oznaka, że wraz z połową stycznia nadchodzi największa fala wyprzedaży. Głośno o nich wszędzie. W telewizji, na bilbordach i plakatach. Blogerki modowe rozpisują się na swych stronach o zakupowych zdobyczach. Inni planują upolować wymarzone ubrania po najniższych cenach. Nie dajmy jednak się oszukać w przypływie wyprzedażowego szału.

Noworoczne obniżki cen to już coroczna tradycja. Prawie tak silna jak choinka przy świątecznym stole czy fajerwerki w Nowym Roku. W Stanach bieganie na poświąteczne i noworoczne „sale” to prawie zawody. Wyzwanie, któremu nie każdy potrafi sprostać. Promocje zaczynają się bowiem już w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia i trwają do końca stycznia. Ludzie całe noce koczują przed wejściami do wielkich galerii handlowych, by załapać się na upusty cenowe. Każdy chce kupić więcej za mniej.

Jak jest w Polsce? Z pozoru podobnie, bo w galeriach robi się gorąco już przed sylwestrową nocą. Wielkie plakaty zachęcają, jednak pierwsza fala wyprzedaży w Polsce nie jest tak spektakularna, jak w zachodnich metropoliach. Najczęściej są to upusty zaledwie 20-30 procentowe, a przecież klienci chcą więcej. Dlatego mimo, że w galeriach zauważamy poświąteczny ruch, to większość czeka na połowę stycznia, by skorzystać z 70, a nawet 75-procentowych zniżek. Miejmy się jednak na baczności, bo często, to czym łudzą nasze oczy witryny sklepowe, to tylko nieistniejąca utopia.

Świadomość praw konsumenckich pomaga. Zwłaszcza, gdy zaistnieją jakiekolwiek nieścisłości. Sezon wyprzedaży najczęściej trwa dość krótko, dlatego nie zastanawiamy się, czy warunki kupna, przedstawiane nam przez sklepy są zgodne z prawem. Jakie są zatem największe „grzechy” znanych marek? A może i my, klienci, popełniamy swoje zakupowe błędy?

Jeśli już zdecydujemy się na zakup podczas wyprzedaży bywa, że tracimy czujność. Zadowoleni idziemy do kasy i tam czeka na nas niemiłe zaskoczenie. Okazuje się, że wartość ceny z metki różni się od tej przy kasie. Właściwa kwota, którą musimy zapłacić jest znacznie wyższa. Co zrobić w takiej sytuacji? Oczywiście możemy zrezygnować z zakupu lub zgodzić się na „właściwą”-wyższą cenę. Jednak zanim to zrobimy zastanówmy się czy watro. Każdemu klientowi przysługuje prawo do ubiegania się o zakup towaru w cenie jaka widnieje na metce przy produkcie. W przeciwnym razie jest to wprowadzanie w błąd klienta.

Należy pamiętać, że możemy domagać się kupna towaru po cenie, która widnieje na „błędnie” naklejonej metce, tylko wtedy, gdy zauważymy jeszcze przy kasie, że na paragonie nabito nam wyższą sumę. W przeciwnym razie trudno będzie nam udowodnić, że cena z paragonu jest zawyżona. Możemy oczywiście próbować złożyć reklamacje, gdy zauważymy nieścisłość już po odejściu od kasy. Jeśli w sklepie nadal będzie ten błąd, a na stanie będą się znajdowały inne sztuki naszego – zakupionego wcześniej towaru, to może się udać. Jednak często taka usterka szybko jest naprawiana przez personel sklepu i udowodnienie błędu na paragonie może być trudne.

Bez znajomości prawa również możemy sprawdzić czy dana marka nie chce nasz oszukać. Wystarczy, że nie będziemy beztrosko ufać plakatom przecenowym. Spoglądając na metkę, pierwsze, co rzuca się w oczy to procentowa wartość obniżki. Widząc -70% chętniej zabieramy daną rzecz do przymierzalni, a nierzadko do domu. Przecież oszczędzamy, aż tyle, a płacimy zaledwie niewielki odsetek ceny początkowej. Jednak zapominamy o tym, by spojrzeć na ceny. Bo 70 procent mniej ze 129zł to nie 59,99zł. A tak próbuje wmówić nam niejeden sklep, co sama miałam okazję zaobserwować.

Znanym sposobem na przyciągnięcie klienta jest także podanie wartości, do jakiej są przecenione wszystkie towary. Zatem z hasła „obniżka do 80 %” dowiemy się jedynie tyle, że największa okazja to zakup o jednej piątej wartości. W rzeczywistości jednak możemy długo szukać tych rewelacyjnych cen, bo większość asortymentu posiada znacznie niższy rabat, a być może żadna z rzeczy nie jest przeceniona, aż o 80 procent.

Co w przypadku, gdy towar kupiony na wyprzedażach okaże się nietrafiony, zniszczy się lub po prostu znudzi? Także tutaj ukryte są pułapki, w które łatwo możemy wpaść.

Jedną z często spotykanych praktyk w wielu sklepach jest odmowa przyjęcia reklamacji towaru przecenionego, czyli zakupionego po promocyjnej cenie. Jak czytamy na stronie Urzędu Ochrony Konsumenta i Konkurencji, towar zakupiony po obniżonej cenie ma prawo być reklamowany: „To, czy możemy reklamować towar, który został przeceniony, uzależnione jest od powodów przeceny. Najczęściej dotyczy ona towaru pełnowartościowego, z którego zbyciem sklep ma problem (przykładem są posezonowe wyprzedaże). Wówczas przysługują nam takie same uprawnienia, jak w przypadku towaru, który nie był przeceniony”. Odstąpić od tego można jedynie, gdy cena została obniżona ze względu na widoczne uszkodzenie.

Inaczej sytuacja wygląda w przypadku zwrotu towarów. Jeśli chcemy oddać produkt tzw. zgodny z umową, czyli działający, bądź niezniszczony, sprzedawca nie ma obowiązku go przyjąć. Często jednak wewnętrzna polityka firmy zezwala na takie zwroty. Uważajmy jednak na terminy. Czas na oddanie przecenionego towaru może być nawet kilkakrotnie krótszy, niż ten obowiązujący na rzeczy w „podstawowej czyli pierwotnej” cenie. Przed zakupem należy zapytać o możliwość zwrotu i czas, w którym możemy go dokonać.

Pamiętając, że zwrot towaru, który spełnia swoje zadania, ale znudził nam się, zależy od dobrej woli sprzedającego, bądź firmy, którą reprezentuje, również przestrzegajmy kilku zasad, które obowiązują konsumenta. Przede wszystkim towar, który ma zostać oddany nie może być uszkodzony, brudny, bądź w jakikolwiek inny sposób odbiegający od swojego stanu pierwotnego. Klient musi okazać dowód kupna, najczęściej paragon oraz dokonać zwrotu w terminie ustalonym przez dany punkt handlowy.

Walka o zatrzymanie konsumenta, a dokładnie jego pieniędzy przybiera coraz to nowe oblicza. Popularne stają są takie zabiegi jak przyjmowanie zwrotów towarów, jednak bez wypłacania za nie gotówki. Pieniądze są przelewane na karty podarunkowe. Tym sposobem środki, które raz wydaliśmy w danym sklepie, zostaną w nim.

Przyjrzyjmy się także bonom, np. upominkowym, coraz częściej znajdywanym pod choinką. Jeśli ktoś sprawi nam taki prezent musimy być świadomi, że po wykorzystaniu go, niektóre sklepy przybijają pieczątkę na paragonie „Bez możliwości wymiany i zwrotu”. Dokonując tego rodzaju zakupów upewnijmy się najpierw jakie są warunki ewentualnych zwrotów i czy są one w ogóle możliwe.

Posezonowy okres wyprzedaży to czas intensywny nie tylko dla osób poszukujących hitów cenowych. Zatem chcąc, by przestrzegano naszych praw, bądźmy także wyrozumiali dla osób pracujących w butikach i galeriach.

Ostatnio byłam świadkiem przykrej sceny. Dość apodyktyczna klientka wychodząc z przymierzalni rzuciła stos ubrań na wieszak, tak, że wszystkie spadły, zsuwając jednocześnie wiele innych ubrań. Zniesmaczona ekspedientka zwróciła jej uwagę, że upadły jej rzeczy, na co pani odparła władczym tonem: „od tego są pracownicy sklepu, żeby sprzątali, a nie ja. Ja tu jestem klientem.” Oczywiście miała rację. To nie należało do jej obowiązków, ale wymagając od innych, wymagajmy także od siebie.

Elżbieta Reimann, 24l.

Czytaj więcej...

Grudniowe szaleństwo zakupowe… czyli jak nie wyjść z pustym portfelem i pustą torbą

Kalejdoskop ofert i szukanie idealnego prezentu, tak można zdefiniować grudzień w każdym kolejnym roku. Chodzenie po sklepach i oglądanie pierwszych sezonowych przecen dodatkowo wpływa na nasze zmysły i nęci do kupowania nowych rzeczy.

Nagle przypominamy sobie, że przecież jest sylwester, a potem, że na wigilię właściwie też „nie mam się w co ubrać”, a w sklepie widziałam t-shirt przeceniony na 20zł, a bluzeczkę na 50%... Po czym okazuje się, że wracamy z toną ubrań, a po rozpakowaniu toreb stwierdzamy, że właściwie nie kupiłyśmy tego co potrzebujemy, tylko garść rzeczy z promocji i nadal nie mamy ani prezentów, ani w „co się ubrać”.

1Jak temu zaradzić?
Planowaniem :)

Od tego jest właśnie stylistka, żeby zapanować nad szafą, nad „nie mam się w co ubrać” i nad kupowaniem „bo jest okazja”. Generalnie, dla mnie, jako byłego ekonomisty, zyskiem nie jest zaoszczędzenie 50% na ubraniu, ale użyteczność ubrania. Czyli: co z tego, że zaoszczędzimy, jak i tak ciuch ląduje na dnie szafy, albo będzie jeden raz ubrany = właśnie straciliśmy, to co wydaliśmy.
Podstawą jest uświadomienie sobie tego.

Piszę o tym dlatego, że cały grudzień naprawiam zakupowe błędy. Często biegam po szafach, które ledwo się domykają, a właścicielka i tak nie ma się w co ubrać, chociaż już była w centrum handlowym 5 razy w tym miesiącu i wreszcie, zrezygnowana pokazuje mi tonę ubrań, z czego ok. 80% należałoby oddać, bo i tak się nie przyda.

2Dodatkowo, warto przyjrzeć się swojej szafie i pomyśleć czy naprawdę nie mam się w co ubrać na wigilię i sylwestra, a jeśli tak, to dlaczego?
„- A te sukienki? ( – pytam się)
- Aaaaa, już ich nie lubię, bo były modne dwa lata temu.”
To jest kolejny punkt świadczący o tym, że robimy niezaplanowane zakupy.


Wigilia i sylwester to tak naprawdę typowe okazje, na które w szafie zawsze powinna znajdować się jakaś kreacja. I nie mówię tu o tym, że zawsze trzeba chodzić w tym samym – bo warto się zmieniać, ale mówię o aranżowaniu danej sukienki. Na tym myśleniu zresztą wypłynęła Little black dress czyli mała czarna - coś co można dowolnie aranżować i zawsze jak się wyciągnie z szafy – jest na czasie. Jest to najprostsza podpowiedź podczas zakupów – czy krój i forma jest na tyle uniwersalna, że za miesiąc nadal będę chciała tą rzecz założyć? A jeśli chcemy coś zmieniać – to na wyprzedażach warto popatrzeć, nie w kierunku 50-tej bluzki, ale w 5kierunku biżuterii i dodatków, które będą uwspółcześniały nasz wigilijno-noworoczny look. Czasem wystarczy z retro dodatków przejść na super industrialne/nowoczesne i ta sama baza ubraniowa zyskuje całkiem inny charakter. Zależy od tego co nam się podoba w danych sezonie i jaki mamy nastrój.

Piszę akurat o świętach i sylwestrze, bo w tym okresie, tak jak przed weselami, jest duże ciśnienie zakupowe, szukanie kreacji na siłę, bo trzeba coś wybrać, tak jak przed weselami. A wtedy można najłatwiej popełnić drogie błędy, albo rozmienić się na drobne. Kupić za fajne/za bardzo na czasie/ za trendy ubrania, które nam długo nie posłużą.

Błędem jest też kupowanie komplecików, albo formowanie komplecików. Czyli: kupuję tą sukienkę, a do niej, te buty i tą torebkę… I potem nie ubieramy drugi raz tego zestawu, bo nie potrafimy tego podzielić… i zaaranżować inaczej. Wszystko więc wisi i czeka na kolejną okazję, która nigdy nie nadejdzie, bo i tak uformujemy inny komplecik następnym razem. Warto się temu przyjrzeć z bliska i pomyśleć jak rozbić dany komplecik – założę się, że można każdy ze składników dowolnie aranżować.

9Kolejny, mocno przewijający się przez moją karierę stylistki, jest aspekt kupowania z gazet „shoppingowych”. Nie należy ich traktować zbyt dosłownie. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że stylizacje w tego typu gazetach są drogą przez mękę. Fatalne spodnie, które dany koncern chce sprzedać w tym sezonie, trzeba z czymś zaaranżować. Jak się uda stworzyć chociaż jeden mniej pokraczny zestaw – puszczane jest to do druku, a potem kupujemy coś z „polecanego” zestawu i robimy wielkie oczy – że to nie gra, nie pasuje itd. Bo gra „tylko” w tym zestawie – stworzony jest komplecik, a poza tym nie nadaje się to do niczego.

Może się więc okazać, że szukanie nowego zestawu świątecznego warto zacząć od własnej szafy, a prezenty – od modnego ostatnio „homemade food gift” - to taki drobny pomysł. :)

Wesołych, spokojnych Świąt i wielce niespokojnego Sylwestra plus Dobrego Nowego Roku.

Czytaj więcej...

Studenckie zakupy

Nie od dziś wiadomo, że studenckie życie jest drogie. Mamy wiele wydatków, na które trzeba znaleźć pieniądze. No tak, ale każda dziewczyna chce się też ładnie ubierać.

Co zrobić jeśli nasz budżet finansowy nie należy do tych największych? Jak radzą sobie w takich sytuacjach studentki?

Większość z nas najpierw obserwuje co jest na topie i co jest nam potrzebne. Następnie jeśli mamy trochę czasu, możemy porównać ceny w różnych sklepach i wybrać te, które są przystępne dla naszej kieszeni. Przy zakupach sugerujemy się modą, ale także wygodą i przydatnością danego ubrania. Mamy swoją ulubioną paletę barw, dzięki której czujemy się dobrze w danym ciuszku. Każda z nas ma swój styl i gust, więc nie ma jednego stroju który dominuje na uczelni.

Zauważyłam, że niektóre dziewczyny oszczędzają na kosmetykach. Nie kupują drogich firmowych tylko wybierają tańsze zamienniki. Nikt przecież nie zauważy czy kobieta używa tuszu do rzęs znanej marki czy taniego zamiennika. W ten sposób w zależności od ilości kosmetyków można zaoszczędzić nawet ok. 100 zł miesięcznie. Ta sama kwestia tyczy się perfum.

Ile studentki wydają na zakupy? No właśnie. Jak wspomniałam wcześniej, wszystko zależy od tego ile możemy na to pieniędzy przeznaczyć oraz czego naprawdę potrzebujemy. Po konsultacji z kilkoma koleżankami ustaliłyśmy, że:
- bluzka - ok. 50 zł. Zapewne ta cena zależy od pory roku, materiału i sklepu w którym ją kupiłyśmy
- spodnie, jest to wydatek od 50 - 90 zł
- buty np. kozaki - ponad 100 zł
- płaszcz - również 100 zł
- biżuteria, kupujemy ją okazyjnie. Na kolczyki, bransoletki i wisiorki przeznaczamy ok. 50 zł. W moim jednak otoczeniu dziewczyny nie noszą zbyt dużej ilości biżuterii, stawiają raczej na minimalizm

Zakupy można też robić w Internecie, ale większość dziewczyn woli kupić rzeczy osobiście tzn. w sklepach. Wybierają bezpośredni kontakt z ubraniami a także z ludźmi. Mogą przymierzyć i dotknąć daną rzecz. W sieci jest to niemożliwe, ale z drugiej strony takie zakupy są wygodniejsze.


Ciekawym, ale nie zawsze dobrym rozwiązaniem jest robienie zakupów na wyprzedażach. Ceny są wtedy niższe, ale nie raz jest tak, że są wysokie i w żadnym wypadku nie kojarzą się z wyprzedażą.


Zdarza się też, że podczas wyprzedaży nie myślimy logicznie i kupujemy pod wpływem emocji i chwili. Po powrocie do domu oraz przemyśleniach, dochodzimy do wniosku, że tak naprawdę dana rzecz nie była nam wcale potrzebna.
 

Do zakupów należy podchodzić z pewnym planem i racjonalnym myśleniem choć nie zawsze jest to łatwe, bo chyba każdą z nas dopadł kiedyś szał zakupów :)


Tak więc drogie Panie oszczędzić się da, tylko trzeba znaleźć odpowiednią drogę oraz swój własny konsekwentny sposób, którego trzeba się rygorystycznie trzymać i wcielić go w życie.

 

Natalia Kurpisz, 19l.

kurpisz

 

Czytaj więcej...

E-zakupy, czyli szaleństwa w Internecie

Właściciele niedużych sklepów mają nie lada problem, od kiedy nastała era Internetu. Dziś trudno byłoby znaleźć osobę, która nie kupiła chociaż jednej rzeczy korzystając z tego dobrodziejstwa nowoczesności.

W sieci można kupić wszystko, nie ruszając się z domu. Jest to niewątpliwie wielka wygoda, ponieważ przy naszym tempie życia rzadko nam się chce wędrować od sklepu do sklepu w poszukiwaniu wymarzonego przedmiotu. Znacznie łatwiej jest usiąść wygodnie w fotelu i z laptopem na kolanach przeszukiwać strony, oglądać, wybierać, a kiedy już się na coś zdecydujemy, robimy przelew z konta bankowego i pozostaje tylko oczekiwanie, aż listonosz, czy kurier zadzwoni do naszych drzwi. Proste, prawda?

Przez Internet kupują zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Panowie głównie części do sprzętów elektronicznych, ponieważ łatwiej im wpisać odpowiednią nazwę, znaleźć i zamówić, niż jeździć w różne miejsca bez gwarancji, że dostaną to, czego potrzebują. Panie, hmm… Znając naszą słabość do zakupów, potrafimy spędzić godzinę przed ekranem monitora, by dobrać wazon do wystroju salonu. O ciuchach i dodatkach nie wspomnę.

Sprzedawcy mają do zaoferowania towary zarówno nowe, jak i używane. Te drugie wybierane są głównie ze względów finansowych. Nie każdego bowiem stać na rzeczy „z metką”. Szczególnie młodzi rodzice korzystają z takiego rozwiązania, bowiem dzieci bardzo szybko wyrastają z ubranek, a za nieduże pieniądze można się pokusić o małą wyprawkę dla brzdąca, tym bardziej, że w skład takiego zestawu nieraz wchodzą różne części garderoby, więc za jednym zamachem można ubrać dziecko od stóp do głów.

Nikogo nie zraża też opłata za przesyłkę. W końcu nie wszystkie obiekty handlowe znajdują się o krok od domu, w większości trzeba gdzieś dojechać, a paliwo lub bilety komunikacji miejskiej także kosztują. Zresztą i na poniesione koszty jest rada. Można namówić kilku znajomych, którzy akurat też są zainteresowani zakupem i spokojnie podzielić się wydatkiem związanym z dostawą.

Największą obawą konsumentów jest, jak nietrudno się domyśleć to, by nie zostać oszukanym. W większości transakcje odbywają się na zasadzie, by najpierw klient wpłacił pieniądze i dopiero wtedy produkt jest wysyłany. Znane są przypadki, że towar nigdy nie dotarł do odbiorcy, choć był opłacony, a po nieuczciwym handlowcu nie został ślad, dlatego, jeśli mamy komuś zaufać, wybierajmy oferty od osób, które prowadzą taką działalność od dłuższego czasu i zebrali dużo pochlebnych opinii od poprzednich nabywców.

Pamiętajmy też o tym, by zachować umiar i nie wpaść w pułapkę wirtualnych zakupów. Przemyślmy zawsze, czy to, co chcemy kupić, jest nam naprawdę potrzebne. Dzięki temu, że za pomocą paru kliknięć możemy zapełnić szafę, lub wyposażyć mieszkanie, nie mamy oporów, by zrobić kolejny przelew. Niestety wkrótce może się okazać, że przez te małe szaleństwa nie mamy za co żyć do końca miesiąca.

Bardzo spodobała mi się metoda mojej znajomej, z którą rozmawiałam na ten temat. Posiada ona spore doświadczenie, ponieważ nie tylko kupuje, ale i wyprzedaje niepotrzebne rzeczy. „Często zaopatruję się przez internet nie tylko z braku czasu, ale sprawia mi to po prostu przyjemność, lubię troszkę dłużej zastanowić się nad wyborem, a w niektórych sklepach jest to niemożliwe poprzez sprzedawców, którzy usilnie chcą mi „pomóc”, w rezultacie jedynie mnie rozpraszają i tracę ochotę na kupno. A tak, mogę pooglądać różne oferty, porównać ceny, wstrzymać się z decyzją, gdy nie jestem pewna. Tą drogą nabyłam nie tylko ubrania, ale i sprzęty potrzebne w kuchni, a nawet kanapę. Sama też sprzedaję, zwykle obejrzane już filmy dvd, czy przeczytane książki. Do tej pory tylko raz zdarzyło się, że miałam problem ze sprzedającym, zamówiłam pościel, którą chciałam dać w prezencie mojej mamie na imieniny, niestety mimo wielu ponagleń, wciąż nie otrzymywałam przesyłki. Na szczęście w końcu udało się odzyskać pieniądze, chociaż byłam zawiedziona, bo zależało mi na tym produkcie.”

Kiedy zapytałam, jak radzi sobie z wydatkami, odpowiedziała: „Wpadłam na pomysł, żeby założyć oddzielne konto bankowe, przeznaczone tylko do tego celu. Wpłacam na nie tylko taką kwotę, którą mogę przeznaczyć w danym miesiącu na zakupy. Dzięki temu nie nadwyrężam domowego budżetu bardziej, niż mogę sobie na to pozwolić.”

Prawdziwą furorę robią też lokalne portale, w których każdy może wystawić zbędne meble, lub inne przedmioty za symboliczną kwotę, lub oddać za darmo. Najczęściej korzystają z nich osoby wynajmujące mieszkania, chcąc tanim sposobem wyposażyć je w sprzęty potrzebne do codziennego funkcjonowania. Niestety, tutaj istnieje większe prawdopodobieństwo, że trafimy na rzecz w nieco gorszym gatunku, niż przedstawiające je zdjęcie na stronie. Przekonałam się o tym osobiście, kiedy wyszukałam niedrogi rozkładany fotel, który w opisie zachęcał swą dobrą jakością, a po obejrzeniu okazało się, że właściciel trzymał go na strychu, gdzie pokryły go kurz i wilgoć. Natomiast moja koleżanka znalazła przepiękną szafę i jest z niej bardzo zadowolona, więc nie ma reguły, trzeba po prostu mieć odrobinę szczęścia. Dużą zaletą jest to, że sprzedaż nie jest prowadzona wysyłkowo, odbiera się towar osobiście, zatem zanim zapłacimy, można go obejrzeć i zrezygnować, gdy nie spełnia naszych oczekiwań.

Ostatnimi czasy niesłychaną popularnością cieszą się tzw. „zakupy grupowe.” Tutaj zasada jest nieco inna. Serwis prowadzący takiego rodzaju usługi może nam zaproponować szeroki wachlarz atrakcji; ciekawe wycieczki w kraju i za granicą, różnego rodzaju zabiegi kosmetyczne, lub wejściówki na duże imprezy za połowę ceny, ale pod warunkiem, że chęć wzięcia udziału w takim przedsięwzięciu wyrazi określona liczba chętnych. Rejestrując się, mamy wgląd, ile osób jest już zainteresowanych i wiemy, jaka jest szansa na realizację danej oferty. Jeśli mamy ochotę na tanie wakacje i chcemy, by doszły do skutku, możemy sami zmobilizować znajomych, by do nas dołączyli, by zebrała się jak największa grupa, wówczas możemy sporo zaoszczędzić na wypoczynku.

Niezależnie od tego, jak chcemy wydać pieniądze, czy w realnej, czy wirtualnej rzeczywistości, najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Czasem nietrudno go stracić, wśród tylu pokus okazyjnych cen. Nie pozwólmy na to, byśmy stali się niewolnikami zakupów, żebyśmy pewnego dnia nie stwierdzili ze smutkiem, że więcej straciliśmy, niż zyskaliśmy.

Agnieszka Witkowska, 31l.




4-12


 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Czemu na zakupy do Berlina?

Kolejne zakupy w Berlinie? Ale po co? Przecież mamy tutaj dokładnie to samo… Prawie prawda.

Zara, H&M i inne tego typu marki – są te same. Nawet w NY. Stary Browar nie odbiega urokiem od Lafayette czy KaDeWe, nawet ciekawsze zdjęcia wychodzą w Poznaniu. Jednak po małe zakupy czasem warto wyskoczyć do naszych zachodnich sąsiadów – chociażby dlatego że jest tam całkiem inny klimat. :)

W Warszawie mamy teraz vitkAca – można kupić marki i kolekcje, nie sprzed 5 sezonów, ale teraźniejsze – jak ktoś ma portfel lubiący narażać się na kilkucyfrowe kwoty na zakupach ubraniowych. Jednak … omijając patriotyzm… z Poznania bliżej (tym bardziej że jest teraz jak szybciutko dojechać :)) do Berlina.

Nie mówię o samych cenach – bo ceny wiadomo, jednak w Polsce przyjazne nie są. Ale o tym, że na wyjeździe można więcej. Można zaszaleć, nie tylko ubraniowo, ale przy okazji zwiedzić to i tamto. Zaczerpnąć innego, jednak bardziej europejskiego powietrza. Pojeździć ulicznym barem piwnym – dla ekstremalnych wrażeń, albo posiedzieć w ogródku na ruchliwej ulicy i zjeść lody po 3 euro za gałkę. Nie bać się starego oleju, pomimo braku polskiego sanepidu (– taki mały przytyk). Poszukać modnego klubu i obejrzeć finał Ligi Mistrzów na placu, wcześniej wydając niemałe kwoty na torebkę od LV, kolekcję Gucci i kilka euro w second-hand’ach na Bergmannstrasse. Czyli zakupowe wakacje!

Berlin potrafi też odstresować i pozbawić spięcia.
Moja dobra znajoma – pani reżyser, powiedziała mi, że Polacy strasznie starają się wyluzować i widać to, po ich stroju. Ona widzi, że ktoś ma wyluzowaną fryzurę, którą robił dwie godziny przed lustrem w domu, wyluzowany krawat, kapelusz i buty i na siłę się luzuje.

Berlińczykom wychodzi to luzowanie znacznie lepiej – oni tak już mają. Jest to inny odcień luzu niż w innych krajach Europy – bo widać u nich spory pragmatyzm, wszystko jest zgrane z okazją. Nikt nie założy butów na 13 cm szpilkach na popołudniowy relaks na mieście – bo po co? Tylko wycieczka „fashionistek” z PL miała na sobie takie buty i od razu rzucała się w oczy i wybijała z krajobrazu pewnych siebie Niemców i innych europejskich nacji (nie tylko chwiejnym i niepewnym krokiem). Jedyny postawiony kołnierzyk plus widoczny wystylizowany look – słychać rozmowę po Polsku. Szkoda. Ale w miarę częstszych wyjazdów i nabierania pewności siebie – też będziemy ubierać się na luzie*, na serio na luzie i nie wyglądać jak przysłowiowy szczur na otwarcie kanalizacji. Teraz oczywiście generalizuję, wyostrzam i ubarwiam, ale od tego są artykuły :).
[*Luz – to absolutnie nie buty do biegania, czy innych sportów + worek pokutny – to nie o taki luz chodzi, tylko o tą nonszalancję, jak na razie za mocno wystudiowaną].

Warto też zburzyć mit, przez porównanie, o tym, że Polacy nie ubierają się kolorowo – teraz już się ubierają, ale jedyne czego brakuje to właśnie tej pewności siebie i tego, że nie trzeba być zawsze zapiętym na ostatni guzik.

Dlatego polecam Berlin
– bo blisko, bo budująco, bo warto uczyć się dbania o swój kraj i o siebie, spędzić miło czas i dojechać w dwie godziny z kawałeczkiem… Niby nic wielkiego, ale nadal – zawsze warto poznać lub, dla bywalców, pooddychać innym powietrzem.

Na zakupy warto: Potsdamer Platz Arcades, okolice Ku’damm i wzdłuż Tauentzienstrasse (KaDeWe, Europa Center itp.), Friedrichstrasse (Galeries Lafayette i wysokobudżetowe zakupy), Hackesche Höfe (wzdłuż Schönhauserstrasse) ciekawe butiki, w okolicach Savignyplatz – m.in. wystrój wnętrz, Bergmannstrasse na Kreuzberg – secondo-hand’y i królestwo Kebaba.

Spanie: niskobudżetowo np. Meininger lub wysokobudżetowo Melia Berlin. Generalnie warto też poszukać hosteli, jeśli wycieczka samochodowa zawsze warto sprawdzić opłaty za parking.
 

berlin201209berlin201205berlin201201berlin201202
berlin201204


 

5-12



Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Czy warto jechać na zakupy do USA?

Podczas mojej niedawnej wizyty w Stanach, uważnie obserwowałam tamtejszy rynek mody. Wysokie ceny w Polsce, a także tracący na wartości dolar coraz częściej zachęcają Polaków do wyjazdów na zakupy do Stanów Zjednoczonych, gdzie co chwile można spotkać przeceny, promocje, wyprzedaże. Na Amerykańskim rynku ceny są niższe niż w Polsce od 20 do 80%. Oprócz tanich komputerów, sprzętu sportowego czy elektroniki oczywiście można kupić markową odzież i kosmetyki po atrakcyjnych cenach. Jednak trzeba wiedzieć, gdzie można ją kupić. W tzw. sklepach dyskontowych (discount stores), fabrycznych (factory outlet) najbardziej znanych placówek, takich jak: Macy's, Marshall, Target czy Burlington można znaleźć odzież światowych marek: Lacoste, Diesel, Replay, Ralph Lauren, Calwin Klein, Levis, Jordan, Adidas, Nike, Puma, Tomy Hilfinger. Wyobraźcie sobie drogie panie, w Polsce za cenę 1 pary jeansów marki Levis w Stanach kupiłam 3 pary i oczywiście modele spodni, których u nas nie znajdziemy. Atrakcyjnym miastem na zakupy jest Nowy York, np. na ulicy Broadway, ceny są naprawdę niskie szczególnie gdy chodzi o kosmetyki, perfumy za które można zapłacić czasem do 70% taniej niż Polsce. Np. cena błyszczyka Lancome jest w cenie naszego MaxFactor czy Loreal. W galeriach handlowych można spotkać sklepy z Amerykańską odzieżą takich firm jak: Abercrombie, Hollister, Guess, czy na pewno znana wszystkim paniom marka: Victorias Secret, gdzie ceny bielizny są porównywalne do cen Triumpha. Wybór, kolory, wzory staników czy piżam, a także zmysłowe zapachy perfum jak otaczające reklamy pięknych modelek Victorii Secret, sprawiały że trudno mi było wyjść ze sklepu :)

Ale jedno wam powiem miłe panie. Spacerując po galeriach, ulicach, ciesząc oczy pięknymi wystawami, samochodami, kolorowymi reklamami spotkałam niewiele atrakcyjnych kobiet...

Monika Gerber
(wizażystka, stylistka)


usa2usa3usa5usa6

Fot. Monika Gerber

Czytaj więcej...
Subskrybuj to źródło RSS