Zły umysł to opowieść o walce z samym sobą
- Napisała To Ja Kobieta
- wielkość czcionki zmniejsz czcionkę powiększ czcionkę
![]()
Zapraszam na mojego facebooka https://www.facebook.com/ZlyUmysl1
Kilka słów o książce:
Zły umysł to opowieść o walce z samym sobą. Poznajemy główną bohaterkę - Lisę, która zmaga się ze swoimi problemami. Jest przytłoczona wydarzeniami z przeszłości i coraz gorzej sobie z tym radzi. W końcu zaczyna nękać ją choroba psychiczna, której skutki mogą być niewyobrażalne...
Pomysł na tę ideę zrodził się zupełnie niespodziewanie. Chcę przedstawić świat, który powstał w niebanalnym umyśle, tak aby potencjalny czytelnik poznał siłę swojej wyobraźni. Całość jest publikowana w częściach i być może to trochę szalone, ale chciałbym aby ta opowieść nie miała końca :) To jednak tylko początkowe założenie.
Co dzień powstają nowe słowa tej niezwykłej historii. Cierpliwość wskazana :-)
Kilka słów o mnie:
Zacznę od tego, że nigdy nie dzielę się twórczością z moim otoczeniem, tudzież rodziną czy znajomymi :) To co piszę w jakiś sposób odzwierciedla moje przeżycia. Nie chciałbym zdradzać całej historii o mnie, ponieważ lubię jak jest trochę tajemniczości :) W świecie pisarskim istnieje jako Emen. Czuję się trochę niespełnionym artystą.
Próbowałem swoich sił w nauce gry na pianinie, skrzypcach, ale nic z tego. Postanowiłem więc pisać. Jako, że od dziecka lubiłem to zajęcie, było dla mnie znacznie łatwiejsze. Już w wieku 5 lat tworzyłem własne wiersze i brałem udział w licznych konkursach :) Wśród reszty moich rówieśników wyróżniała mnie zdecydowanie kreatywność. Zawsze lubiłem tworzyć. Pisanie pozwala mi na „ucieczkę” do innego świata, w 100% wykreowanego przeze mnie. Daje możliwość wyrażenie siebie i swoich uczuć. Jak każdy, pragnę osiągnąć sukces i zamierzam na niego pracować! W przyszłości chciałbym także tworzyć do powieści własne ilustracje.
Wierzę, że któregoś dnia zdejmę z półki w księgarni swoją książkę… :)
CZĘŚĆ I
Metalowa, nieco zardzewiała furtka, poruszała się przy letnim wietrze wydając przy tym irytujące skrzypienie. W słonecznym Lake City, dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Lisa idąc swoją alejką, już z daleka słyszała ten dźwięk. Przyzwyczaiła się do niego i nie robił na niej żadnego wrażenia. Z obojętnością minęła furtkę i tuż za furtką czekała gazeta poranna, dostarczona przez gazeciarza zaraz po jej wyjściu do pracy. Jako, że nie zapoznała się dzisiaj z wiadomościami, chętnie schyliła się po nią i weszła do domu. Zmęczenie dawało się we znaki po dwunastogodzinnej pracy. Jedyne na co miała ochotę to kolacja i kąpiel z lampką wina w ręku. Rzuciła torebkę na szafkę w przedpokoju i poszła do kuchni. Jednak zaraz po wejściu poczuła nieprzyjemny zapach, który lekko przyprawiał o mdłości. Źródłem tego smrodu okazał się być otwarty słoik z ogórkami konserwowymi, które nie nadawały się już do spożycia. Lisa w pośpiechu zostawiła wczoraj otwarty słoik i zupełnie o nim zapomniała, aż do dziś. Gorzej, że stał na słońcu.
- Co za syf! - stwierdziła jednoznacznie, patrząc z obrzydzeniem.
Cały słoik szybko znalazł się w kuble. Od razu otworzyła na oścież okno. Zaczęła na szybko ogarniać kuchenne brudy. Z otwartego okna dochodziły przeróżne odgłosy, jednak najgłośniejszym były świerszcze, które sygnalizowały zbliżającą się powoli noc, a w powietrzu unosił się zapach liści zgarniętych tuż pod oknem. Teraz mogła spokojnie przyszykować sobie kolację. Niestety zaraz po otwarciu lodówki, Lisa szybko sobie uświadomiła, że będzie musiała zadowolić się tylko pozostałościami po cieście czekoladowym. Zezłościła się na samą siebie, rzucając ścierką o podłogę. Rozczarowana, wzięła resztki ciasta na talerzyk i poszła oglądać telewizję. Odpoczywając na fotelu usłyszała nagle dzwonek do drzwi, który od razu obudził w niej nerwy.
- Kogo tu teraz niesie? – pomyślała.
Cichym krokiem niczym skradający się kot, Lisa podeszła do okna w przedpokoju, z którego doskonale widać było ganek. Światło z lampki przy drzwiach padało na twarz przybysza, zdradzając całkowicie jego tożsamość. Niespodziewanym gościem okazał się być sąsiad Pan Richardson, który mieszkał dom obok. Zupełnie nie miała ochoty z nim rozmawiać, więc poczekała aż sobie pójdzie. Zadzwonił ponownie, ale Lisa stała cichutko z boku, przyglądając się uważnie sytuacji. Chwilę potem dzwonienie ucichło i Lisa mogła powrócić do oglądania telewizji. Usiadła wygodnie i wzięła talerzyk. Zmęczenie jednak bardziej dało o sobie znać i całkiem nieświadomie przysnęła siedząc na fotelu z talerzykiem w ręku. Wyglądało to dość zabawnie. Przypominała trochę starszą kobietę, która przysypia na swoim starym fotelu, ze stojąc obok na stoliku herbatką i herbatnikiem. Na dworze robiło się coraz ciemniej, powoli wyłaniały się na niebie pierwsze gwiazdy. Świecący księżyc spełniał role latarni, pokrywając swoim blaskiem coraz większe obszary na ziemi. Czas mijał, a tymczasem Lisa obudziła się na fotelu. Czuła się jakby obudzono w dość agresywny sposób, choć miała wrażenie, że spała co najmniej cały dzień. Siedziała jeszcze przez chwilę, aby przeszło jej zmęczenie. Przetarła oczy i odgarnęła z czoła tłustą grzywkę. Sklejonymi lekko oczyma spojrzała na zegarek - była dwudziesta druga. Zdziwiona dość późną godziną, wstała i poszła do łazienki, zahaczając po drodze o porozrzucane ubrania, których nie miała czasu włożyć do pralki. Rozebrała się i szybko weszła do wanny. Zasłoniła zasłonę prysznicową i od razu odkręciła kurek z gorąca wodą. Prysznic okazał się być dla niej zbawienny, momentalnie ją rozbudził. Starannie masowała swoje ciało płynem do kąpieli o kokosowym aromacie. Czuła się naprawdę dobrze. Położyła się w wannie. Piana rozpryskiwała się na podłogę i ściany, podobnie jak morskie fale uderzające w klif. Zamknęła oczy i rozkoszowała się tą przyjemną chwilą. Błogi stan jednak nie utrzymał się zbyt długo.
CZĘŚĆ II
Zgięte nogi w kolanach obnażyły jej szpecąca bliznę na udzie. Nie lubiła jej oglądać. Przypominała długi czerwono-purpurowy pasek o nierównej powierzchni. Wilgotnymi opuszkami palców dotykała swojej skazy i mimo wszystko, patrzyła na nią, próbując nie wracać myślami do tamtego zdarzenia sprzed kilku miesięcy, które wywołało tak silną traumę. Spojrzała w sufit i mocno zacisnęła wargi. Zamknęła na chwilę oczy. Starała się wyobrazić sobie jakąś radosną chwilę, która przegoni złe myśli. Jednak umysłu nie udało się oszukać. Zobaczyła krew, lejącą się z rany, dopiero co zadanej ostrym kuchennym nożem. Usłyszała swój przeraźliwy krzyk, a potem odgłos zakrwawionego noża uderzającego o podłogę, z którego rozpryskuje się krew. Chcąc uniknąć głębszego wtopienia się w niepożądane myśli, szybko otworzyła oczy i przetarła mokrymi rękoma. Przestraszona, wzięła kilka głębokich oddechów na uspokojenie i zanurzyła głowę w wodzie, jakby pragnąc wyciszenia swoich nieposkromionych myśli…
Po kąpieli, założyła szlafrok i wyszła z wanny, w łazience było już zbyt duszno. Od razu skierowała się w stronę łóżka, które wydawało się wręcz wzywać ją do snu jakimś podświadomym szeptem. Minuty nieubłaganie mijały. Lisa czuła jednak, że sen tak szybko nie przyjdzie. Siedziała na łóżku z zaciśniętymi pięściami i żałowała. Żałowała decyzji, które podjęła będąc jeszcze szczęśliwą kobietą. Jej życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej gdyby posłuchała tego co mówili inni. Jednak zawsze wiedziała lepiej. Nie umiała przeboleć. Zwątpiła na moment w swoją wewnętrzną siłę, która i tak wymagała dobrego szlifu i dała się ponieść wyobraźni. Bała się wracać do zdarzeń sprzed lat, ale to było silniejsze od niej. Nadal siedziała na łóżku i patrzyła się w swoje odbicie w lustrze. Widać w nim było także okno nad łóżkiem, w którym dostrzegła księżyc w pełni. Rozświetlał on cały pokój. Jego światło padało na jej chude ciało, wyraźnie odsłaniając zarys kościstej klatki piersiowej. Bez problemu mogła policzyć wszystkie żebra. Piersi były obwisłe, płaskie i zupełnie pozbawione kobiecości. Twarz bez radości i uśmiechu, jak teatralna maska o przygnębionym wyrazie. Widok ten jeszcze bardziej wzmagał w niej uczucie smutku i żalu. Była w swoim mniemaniu zupełnie pozbawiona cech kobiety, kompletnie nieatrakcyjna.
Głęboka wręcz cisza, powodowała szum w uszach. Jedyny dźwięk słyszalny z daleka to odgłos zardzewiałej furtki poruszającej się przy wietrze. Mrok panujący w domu zdawał się być w tym momencie bardzo nieprzyjazny. Pobudzał jej wyobraźnię.
Postać wyglądająca zza szafy, twarz odbita w lustrze, spiczaste dłonie na ścianie – gdyby naprawdę uwierzyła w to co widzi, byłaby bliska obłędu.
Otrząsła się z tego stanu I wstała na chwilę z łóżka aby ubrać bieliznę. Nagość nie była dla niej przyjemna. Bała się spojrzeć w lustro i zobaczyć samą siebie. Miała wrażenie, że czuje się obco we własnym ciele. Ponownie leżała zapatrzona w nicość, próbując uspokoić swoje rozbudzone myśli i wyciszyć się do snu. Zanikła gdzieś postać za szafą, lustro odbijało tylko jasny księżyc…. Powoli cisza stawała się przyjemna. Kokosowy aromat wędrował z ciała, trafiając prosto w receptory zapachowe. Był niczym środek usypiający. Zmorzył ją sen. Zasnęła.
Okropnym dźwiękiem zadzwonił telefon. Lisa otworzyła oczy, zacisnęła zęby i miała ochotę krzyknąć. Krzyknąć na tyle głośno, żeby dać do zrozumienia każdemu, że szlag ją trafia gdy musi wstać do pracy. Na dodatek słońce, które absolutnie powinno powstrzymać się ze świeceniem, raziło w twarz, powodując jeszcze większe poirytowanie, które nie pozwalało jej odrobinę dłużej poleżeć w łóżku. Najpierw przetarła oczy i wstała z trudem. Założyła wczorajsze ubranie, jakby chcąc sobie jeszcze bardziej dopiec. Na śniadanie nie znalazłaby czasu, więc przemyła tylko twarz wodą, umyła zęby, nałożyła makijaż i wyszła.
Na przystanku stało jak zwykle dwóch tych samych ludzi, których spotyka za każdym razem gdy jedzie do pracy. Jedną z tych osób była starsza Pani, która każdego ranka jeździła do szpitala. Drugą osobą była młoda kobieta, która codziennie odwoziła dzieci autobusem do szkoły. Lisa raczej stroniła od towarzystwa więc trzymała się z boku. Zbędne jej było poznawanie kogoś w celach czysto towarzyskich. W pracy na co dzień i tak miała już dość towarzystwa ludzi. Kilkadziesiąt minut później, była już na miejscu. Przeszła przez szklane drzwi i przy wejściu jak zwykle przywitał ją z dobrym humorem, uprzejmy portier. Choć od niechcenia, odpowiedziała mu na jego „dzień dobry”, odwróciła głowę i poszła dalej. Kiedy tylko przekroczyła próg placówki banku, przechodząc przez poszczególne stanowiska, ustawione kolejno obok siebie, w oczy najbardziej rzucał się wszystkim jej wyraz twarzy - wyglądała jak płatny morderca. Czuć było zawieszoną w powietrzu napięta atmosferę. Nie miała pojęcia czy tak jest w każdym banku, choć było to całkiem prawdopodobne. Wszyscy siedzieli na swoich stanowiskach, wiedząc, że za kilka minut rozpocznie się kompletny chaos spowodowany przez ludzi, którzy jeszcze przed otwarciem placówki, stali w oczekiwaniu na otwarcie. Standardowo Lisa usiadła na swoje miejsce. Powiesiła płaszcz, położyła torebkę i włączyła komputer. Jej koleżanka Monica już niosła świeżo zaparzoną kawę. Sam zapach pobudzał do pracy. Uśmiechnięła się życzliwie i przywitała się z Lisą.
Tymczasem na marmurowej posadzce, echem rozniósł się stukot wysokich obcasów, za nimi odgłos drewnianej laski, którą podtrzymywał starszy człowiek. Ludzi było więcej z minuty na minutę. Siedząca za biurkiem Lisa, pochłonięta była zupełnie czymś innym. Nawet jej znajoma Monica zastanawiała się o czym ona może tak intensywnie myśleć. Zupełnie jakby zagubiła się gdzieś w wyimaginowanej rzeczywistości i nie mogła znaleźć drogi powrotnej.
- Halo! Przepraszam, pani mnie słucha?! – podniesionych głosem zapytał klient, wybudzając Lisę ze stanu głębokiego zamyślenia.
- Tak, proszę wybaczyć. W czym mogę pomóc? – zapytała z ręku na sercu, które prawie wyskoczyłoby jej z klatki piersiowej.
- Chce tu u was otworzyć konto, proszę mi coś doradzić.
Wymuszoną uprzejmością tłumaczyła klientowi, najkorzystniejsze dla niego oferty. Z trudem umiała się skupić na tym co robić. Co chwila jakaś niepożądana myśl, wślizgiwała się do jej głowy i tam tworzyła zupełny chaos. Powodowało to w Lisie kompletne rozproszenie, ale wciąż musiała udawać zainteresowanie klientem. Na nic nie zdały się tłumaczenia „jak dla głupka” i klient zadawał coraz więcej bezsensowych, zdaniem Lisy, pytań. W pewnym momencie miała ochotę przypieprzyć mu w twarz i wyjść. W głębi siebie wyzywała go od najgorszych.
Dziś zdecydowanie wstała lewą nogą z łóżka. Wszystko co ją otaczało, wydawało się być agresywne i nastawione przeciwko niej. Już kolejny dzień towarzyszyła jej złość.
CZĘŚĆ III
Po godzinnym tłumaczeniu, wreszcie pożegnała się z upierdliwym starszym panem. Od razu odwróciła się na krześle i sięgnęła do torebki po leki uspokajające, które przepisał jej lekarz. Łyknęła dwie tabletki.
Perspektywa spędzenia w pracy kolejnych siedmiu godzin, przytłaczała ją wystarczająco mocno. Chodź do ludzi nigdy nic nie miała, to bardziej irytował ją fakt, że musiała podjąć tę pracę ze względu na spłatę kredytu za samochód, który i tak przywłaszczył sobie jej były mąż.
Nastał czas aby zorganizować sobię przerwę na lunch. Monica zaprosiła Lisę do pobliskiego baru mlecznego, aby obydwie mogły odpocząć w spokojniejszej atmosferze, była jej najlepszą koleżanką, ale nigdy nie powiedziała o niej „przyjaciółka”. Choć Monica wiedziała nieco o problemach swojej znajomej z pracy, nie wnikała w nie głębiej, starając się nie naruszyć prywatności, którą Lisa tak sobie ceniła. Tym samym zupełnie nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo Lisa potrzebuje pomocy i wsparcia drugiej osoby…
Usiadły przy stoliku na samym końcu jasnej sali, tuz obok lady i złożyły zamówienie, jednak rozmowa zupełnie się nie kleiła. Tematy dotyczył tylko pracy i na dodatek Lisa w tej kwestii wypowiadała się bardzo lakonicznie. Była zajęta czymś innym. Po lewej stronie, ukradkiem przyglądała się siedzącemu mężczyźnie, zupełnie nie przejmując się swoją rozmówczynią. Ubrany w garnitur, przystojny, z gazetą w ręce, jadł frytki i czując na sobie czyjś wścibski wzrok, spojrzał w stronę Lisy. Zaczerwieniła się i nie wiedziała zupełnie jak się zachować w tej sytuacji.Mężczyzna uśmiechnął się lekko i powrócił do czytania.Tymczasem zdziwiona Monica odpuściła i przestała na siłę kontynuować tę bezsensowną konwersację, a raczej swój monolog. Wyszły więc dosyć szybko i w niezręcznej ciszy wróciły do banku. Lisa wiedziała, że to z jej winy, ale miała to kompletnie gdzieś. Nie miała ochoty na wymuszone, jej zdaniem, okazywanie litości wobec niej oraz na pogaduszki, które kompletnie ją nie interesowały. Pomyślała o mężczyźnie z baru, który jej się spodobał. Przez moment chciała tam wrócić, bo przecież też należy jej się coś od życia, ale czy ktokolwiek byłby nią zainteresowany? Zestresowała się na myśl ponownego spotkania z przystojnym facetem z baru i odpuściła. Usiadła ponownie za swoim biurkiem i oparła głowę o rękę. Na biurku walały się kubki po kawie i papierki po batonikach, jednak najzwyczajniej nie chciało jej się wyrzucić śmieci do stojącego obok kosza. Zamyśliła się i spojrzała przez szklane ściany gdzie widać było miejskie, tętniące życie. Wszędzie zapełnione ulice. Każda osoba zmierzała gdzieś w swoją stronę. Siedząca za swoim biurkiem Lisa przyglądała im się uważnie, korzystając z wolnej chwili. Zastanawiała się dlaczego każdy z nich, każdego dnia jak i ona, nie potrafi choć na chwile zatrzymać się, rozejrzeć i dostrzec to co jest piękne wokół nas. Wszyscy strapieni swoimi problemami, nie umieją cieszyć się chwilą. Gdzieś zanikła ta dziecięca radość, gdzieś umarło to beztroskie życie, wypychając nas do złego, wymagającego i okrutnego świata.
- Przyszło nam wszystkich żyć na tym cholernym świecie! Zaczynam mieć tego dość – pomyślała w głębi siebie.
W oku, pojawiła się lśniąca łza. Spłynęła po jej policzku i zatrzymała się w kąciku jasno-różowych ust. Lisa wytarła ją o rękaw bluzki, zostawiając mały ślad szminki na rękawie. Zatrzymała myśli i zaraz powróciła do okrutnej rzeczywistości. Oczekiwała na kolejną „fascynującą” konwersację i patrzyła przed siebie, wiodąc bezwładnie wzrokiem po wielkiej sali, która w ciemnościach mogłaby przypominać idealne miejsce do kręcenia horroru. Nie mogła doczekać się powrotu do domu, aby w samotności odpocząć od codziennego zgiełku. Z niecierpliwością spoglądała na zegarek, odmierzając czas do wyjścia. Na jej szczęście trafiło się tylko czterech klientów, którzy byli nawet całkiem znośni i nawet nie musiała zabijać ich w wyobraźni.
Wybiła w końcu wyczekiwana przez wszystkich pracowników godzina. Poniekąd uradowana, z ulgą zabrała swoją torebkę oraz płaszcz. Po drodze pożegnała się tylko z Monicą i portierem. Pędem ruszyła na przystanek, chcąc zdążyć jeszcze na wcześniejszy autobus, aby szybciej znaleźć się w domu. Na przystanku, zupełnie od niechcenia spoglądnęła na rozkład jazdy autobusów i zobaczyła w nim swoje odbicie. Coś było nie tak. Przyjrzała się uważnie i miała ochotę zapaść się pod ziemię. Dookoła zrobiło się nagle cicho, choć była to tylko iluzja dźwiękowa. Zaszumiało jej w uszach. Dla normalnej osoby Lisa wyglądała po prostu na niewyspaną kobietę, ale ona sama widziała potwora, który skupia na sobie całą uwagę. Podkrążone oczy, rozmierzwione włosy, kościste policzki… Poczuła się jeszcze gorzej. Pragnęła jak najszybciej dostać się do domu. Ludzie wokół zdawali się być bardzo nieprzyjaźni i najprawdopodobniej każdy uśmieszek, bądź chichot spowodowany był jej wyglądem. W pewnym momencie chciała uciec gdzieś daleko, gdzie nikt nie będzie musiał na nią patrzeć. Sięgnęła ręką do torebki, z nikła nadzieją, że znajdzie w niej swoje okulary przeciwsłoneczne, niestety nie było ich tam. Jak na złość słońce tego dnia świeciło mocniej niż zazwyczaj i promienie padające na twarz Lisy, jeszcze bardziej uwypuklały jej niedoskonałości. Była tym faktem niezwykle zawstydzona. Próbowała w jakiś sposób pozbyć się tego uczucia, które narastało jak rtęć w termometrze przy wysokiej temperaturze. Kiedy tylko podjechał autobus wsiadła do niego jako pierwsza i zajęła miejsce na samym tyle, kierując głowę ku dołowi, równocześnie udając, że pisze sms-a. W głębi siebie odczuwała wielki smutek.
Autobus wreszcie zajechał na jej przystanek. Wybiegła nie zwracając uwagi na ludzi wokół niej i szła w kierunku domu, jednocześnie starając się uniknąć wzroku przechodniów. Weszła za furtkę i ponownie zabrała gazetę leżącą pod drzwiami. Kiedy już miała włożyć klucz do zamka, usłyszała wołanie z ogródka obok:
- Pani Liso! Hej, hej!
Był to sąsiad, który wczoraj wieczorem złożył jej niezapowiedzianą wizytę. Zdenerwowana, wiedziała, że nie może wejść do domu i udawać, że nic nie słyszała. Wzięła oddech i z wymuszonym uśmiechem, spojrzała w stronę pana Richardsona.
- Och, nie zauważyłam Pana, co słychać? – zapytała, poprawiając grzywkę.
- Byłem wczoraj u Pani, wieczorem, ale nie zastałem nikogo. Chciałem się tylko zapytać, czy nie wpadnie Pani do nas na grilla, którego robię z żoną w sobotę. Mają być inni sąsiedzi.
- Ciężko mi powiedzieć. Jestem ostatnio bardzo zajęta. … Proszę wybaczyć, ale muszę już iść. – zakłopotana, uśmiechnęła się i wsadziła klucz do zamka. – Do widzenia!
Odprawiła pana Richardsona z kwitkiem. Zrobiło mu się głupio, bo zastanawiał się czy przypadkiem, nie powiedział nic złego. Tymczasem Lisa jak zwykle rzuciła swoje rzeczy na szafkę w przedpokoju i ruszyła w stronę łazienki. Stanęła przed dużym lustrem, w którym mogła dokładnie przyjrzeć się swojemu ciału. Patrzyła na swoje odbicie, przyglądając się każdej części twarzy. Chciała potwierdzić fakt, jakoby rzeczywiście była tak brzydka jak jej się wydaje. Stała więc i patrzyła. Nagle zrzuciła z siebie ubranie i odkręciła kurek z gorąca wodą w wannie. W łazience zaczęła unosić się para, z wypełniającej się gorącą wodą wanny. Para w jakiś sposób działała kojąco na skłębione nerwy Lisy. Zazwyczaj gdy była zdenerwowana, bądź zestresowana, robiła sobie gorącą kąpiel, która ją uspokajała, choć wiedziała, że to tylko krótkotrwałe, potrzebowała tego. Zaczęła dotykać swojej twarzy, bardzo delikatnie, badając rysy. Była przekonana, że jest coś nie tak i tym razem był to za duży nos, zbyt wystające policzki, wąskie wargi... Ścisnęła ręką umywalkę, próbując rozładować napięcie, co kompletnie się jej nie udawało. W napływie ogromnego żalu do świata i samej siebie, zaczęła intensywnie myśleć i szukać zrozumienia samej siebie. Nie potrafiła pojąć swoim zniszczonym umysłem co takiego złego zrobiła w życiu, że teraz przyszło jej tak bardzo cierpieć. Czy może to Bóg wystawia ja na jakąś ciężką próbę? Nienawidziła siebie.
CZĘŚĆ IV
Nie mogła tego wszystkiego pojąć. Znowu w oczach pojawiły się łzy. Były one oznaką bezradności i potwornego smutku uwięzionego gdzieś głęboko w niej. Starła nałożony starannie tego ranka makijaż i dotykała swojej blizny na policzku, ta jednak nie była bardzo widoczna i zawsze odpowiedni makijaż korygował tę niedoskonałość. Mimo wszystko nie pomagało. Nadal czuła się brzydka i zupełnie nieatrakcyjna. Pragnęła tak bardzo być jak modelki, które co miesiąc pojawiają się na okładce Vogue’a. Niestety wiedziała, że dla niej jest to nieosiągalne marzenie i zbyt dużo ją od tego dzieliło. Ponownie zapadła cisza w jej głowie i ucichły myśli, a zwiastować mogło to jedynie kłopoty… Nagle z twarzy znikła jakakolwiek emocja, przybrała wyraz kamiennej, bez wyrazu… Łzy wciąż spływały po policzkach i uderzały kroplami o kafle na podłodze. Lisa spuściła głowę, tak samo jak dziś po południu w autobusie i ostrożnie weszła do wanny wypełnionej gorąca wodą, powoli zanurzając się i starając się zapomnieć. Płakała i wołała cichym głosem o pomoc. Potrzebowała wsparcia i uczucia, które tak jak kiedyś mogło by wzbudzić w niej radość życia. Czuła i wiedziała, że jest z tym wszystkim sama i wyobrażała sobie jak na stare lata, siedzi samotnie w swoim fotelu i resztkami życia wspomina chwile, które niegdyś wprawiały ją w dobry nastrój.
Niespodziewanie zawładnęła nią ogromna moc i szarpnęła całą swoją siłą ręcznik wiszący na wannie, z krzykiem rzucając nim o podłogę. Złapała się za głowę i zaczęła wyć.
- Dlaczego tak musi być?!, dlaczego?! Boże! Pomóż mi! – krzyczała bezradna.
Rozgoryczona, wyszła z wanny zupełnie naga, jednak nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Weszła chwiejnym krokiem na przedpokój, chcąc jak najprędzej położyć się na łóżku. Miała wrażenie, że krew gotuje się w niej a serce zaraz wyskoczy z piersi. W tym momencie ciemność zawładnęła jej oczyma i upadła z hukiem uderzając głową o ścianę.
Po kilkunastu minutach powoli i ostrożnie zaczęła otwierać oczy. Rozejrzała się i wciąż sama leżała w przedpokoju. Zaczęła łapać głębszy oddech. Podparła się ręką o szafkę i z trudem stanęła na nogach. Dotknęła swojej twarzy i na dłoniach ujrzała krew, przetarła oczy i czuła się bardzo zmęczona, zupełnie jakby pracowała przez cały dzień bez przerwy. Miała w głowie mętlik, była zdezorientowana. Wróciła do łazienki, aby pozbyć się krwi z jej twarzy. W łazience unosił się zapach potu i panowała w niej wilgoć, nie czuła się zbyt dobrze w tym miejscu, więc jej podstawową potrzebą było położenie się do łóżka. Wyraz twarzy pozostał nadal w mizernym stanie, smutek bił od niej na odległość. Lekko się trzęsła, prawdopodobnie w wyniku zbyt długiego leżenia nago na podłodze.
- Kolejny raz to samo, jakiś cholerny dzień świstaka! – powiedziała znerwicowanym głosem i usiadła na toalecie – co ze mnie za idiotka, do czego ja się doprowadzam, brak mi sił już żeby z tym walczyć.
Przygnębienie szybko przerodziło się w złość. Była w złym humorze i sprawiała wrażenie, jakby pokłóciła się z jakimś znajomym. Niestety tego dnia dobry humor po raz kolejny ominął ją szerokim łukiem i przyszło jej znowu rozpamiętywać przeklętą przeszłość. Najbardziej trafiał ją szlag gdy tylko wspominała swojego byłego – Toma, który okazał się bezdusznym sukinsynem i zostawił ją ze wszystkim z dnia na dzień, zupełnie się tym nie przejmując. Lisa w złości poszła do swojej sypialni i zaczęła wyrzucać z szuflady w gablotce wszystkie rzeczy. Wśród nich znalazły się stare zdjęcia ze ślubu. Już dawno nie widziała siebie tak zadowolonej i pełnej życia jak na tych zdjęciach.
- Gdybym wtedy wiedziała jaki los mi zgotuje… - zacisnęła oczy i zamilkła.
Wstąpił w nią jakiś diabeł i zaczęła drzeć stare fotografie na strzępki, rozładowując przy tym swoje napięcie. Postanowiła wszystkie wspomnienia związane z Tomem obrócić w popiół i zapomnieć raz na zawsze, stając się przy tym normalną i lepszą osobą. Zapragnęła lepszego życia i zakończenie swoich zmartwień. Poczuła nagły przypływ euforii i wykorzystując tę chwilę natychmiast otworzyła sporą klapę na strych gdzie przechowywała zbędne bibeloty. Wśród nich znalazły się także wszystkie inne zdjęcia z okresu gdy była jeszcze z Tomem, spojrzała na nie po raz ostatni i ponownie z zamachem rozdarła je na małe kawałeczki, wydając przy tym psychopatyczny śmiech. Zebrała wszystkie strzępki do jednego worka i zeszła na dół. Wzięła resztę podartych zdjęć wraz z innymi pamiątkami i także je wrzuciła do zbędnej sterty. Pot spływał po jej nagim i ciepłym ciele, a ona w szaleńczym tempie zbierała w domu wszystko co kojarzy się w jakiś sposób z Tomem. Zmęczona usiadła na chwilę aby odpocząć i postanowiła, że spali wszystko w kominku i nie będzie musiała więcej cierpieć. Sądziła, że w jakiś sposób to ją uleczy i pomoże. Wrzuciła z impetem całym worek pamiątek i zdjęć do kominka i gdy już miała go włączyć, do głowy wsunął się jej zupełnie inny pomysł. Ponownie na jej twarzy zawitał uśmiech szaleńca i pojawił się błysk w oku. Postanowiła, że inaczej pozbędzie się tego wszystkiego i pokaże, że nie jest już tą zmęczoną życiem Lisą, dlatego też pomysł jej, wydawał się bardzo ryzykowny.
- Mam nadzieję, że ucieszy się na mój widok… - pomyślała, ściskając w dłoni pręt do kominka.
CZĘŚĆ V
Lisa opętana przez niespokojne emocje, ubierała się wbrew pozorom powoli, zupełnie nie przejmując się tym co się z nią dzieje. Rozejrzała się wokół, w poszukiwaniu czerwonej szminki, którą chciała dziś specjalnie nałożyć na usta, aby wydobyć z siebie jeszcze więcej kobiecości. Trochę nieudolnie posmarowała wargi, zupełnie jakby robiła to pierwszy raz, ale to wszystko dlatego, że bardzo trzęsły się jej dłonie. Podeszła do lustra i miała wrażenie, że wygląda niesamowicie, jakby to nie była ona. Podciągnęła na płaski biust koronkowy, czarny gorset, który pamięta jeszcze czasy nocy poślubnej i z żądzą zemsty w oczach podziwiała siebie, czując się nieprawdopodobnie bosko.
Ubiór Lisy bardzo przypominał kobietę pełniącą najstarszy zawód świata. Była zupełnie świadoma tego jak wygląda, ale wszystko miała zaplanowane i zapięte na ostatni guzik. Chcąc dopełnić swój groteskowy wręcz wygląd, założyła wysokie czarne szpilki, jedne które stały w szafce na buty, gdyż na co dzień nigdy by się w nich nie pokazała. Zapięła je na mały pasek przy kostce i wzięła do ręki wielki czarny worek na śmieci wypełniony wcześniej zniszczonymi pamiątkami i zdjęciami.
Pewna siebie wyszła przed dom i na raz skierowała w swoją stronę setki szeroko otwartych par oczu. Stanęła na ganku i ostentacyjnie wyjęła z kieszeni paczkę marlboro, odpalając papierosa, a w drugiej ręce wciąż trzymała ogromny czarny wór. Sąsiedzi byli tym widokiem przerażeni, a co niektórzy stali jak wryci i nie mogli uwierzyć, że to może być ta sama Lisa Buckerfield, którą każdy tak dobrze zna. Nieprzejęta tym wszystkim Lisa nadal stała i paliła papierosa co jakiś czas poprawiając spadający z biustu koronkowy gorset. Rzuciła wór na ziemię, a potem usiadła obok niego, rozchylając szeroko nogi, odsłaniając tym samym brak bielizny pod czerwoną mini. Obok tego widoku nie mógł przejść obojętnie Pan Richardson, sąsiad z naprzeciwka, który jeszcze tego samego dnia zapraszał ja na sobotni grill.
- Matko Boska, Pani Liso! Czy Pani doszczętnie oszalała?! Proszę natychmiast to zakryć, to jakiś skandal! – krzyczał zdenerwowany sąsiad – Jak Pani nie wstyd! Co za wstyd!
Lisa spojrzała w jego kierunku, wypuściła ustami dym z papierosa i zaczęła się głośno śmiać. Sąsiedzi zagorzale rozmawiali między sobą, kierując w stronę Lisy obraźliwe słowa i groźby. Dało się nawet usłyszeć, że to jakaś szatańska sprawa, być może nawet mowa tu o opętaniu. W pewnym momencie jedna z sąsiadek weszła na teren posesji Lisy i kazała jej wejść do domu, w przeciwnym razie zagroziła jej, że zadzwoni na policję. W tym momencie Lisa wstała i zagasiła papierosa na drewnianej posadzce, kierując się powolnym krokiem w stronę sąsiadki, która naruszyła jej prywatny teren. Jej wzrok zmiażdżył wręcz swoją nienawiścią starszą panią stojąca naprzeciwko niej.
- Zdychaj podła babo i wynoś się stąd! Wynoście się wszyscy! Sukinsyny! – krzyczała z całych sił.
Wokół Lisy zrobiło się spore zamieszanie, z daleko słychać było już nadjeżdżający radiowóz. Ona zupełnie tym nieprzejęta stała i darła się w niebogłosy. Pojawiła się policja, zaparkowali swój radiowóz przy płocie i od razu wkroczyli do akcji. Oczywiście kazali jak najszybciej uspokoić się Lisie i wejść do domu. Niestety Lisę dopadł jakiś nagły szał, zaczęła wrzeszczeć jeszcze głośniej. Wyglądało to bardzo niepokojąco i groźnie. Funkcjonariuszka natychmiast zareagowała na tę sytuację i zastosowała odpowiednie środki bezpieczeństwa powalając Lisę na ziemię. Przypatrujący się wszystkiemu gapie, byli pod wrażeniem szybkiej akcji i skucia w kajdanki sprawczyni zamieszania, niektórzy nawet bili brawo, natomiast starsi ludzie kazali zawołać księdza widząc Lisę, która zachowywała się jak w trakcie napadu padaczki. Funkcjonariusze zabrali Lisę do radiowozu i zawieźli do aresztu.
Położyła się w rogu szarej i brudnej celi, w której śmierdziało szczochami. Wcześniej wykonano jej zdjęcia do kartoteki i teraz pozostało jej odsiedzieć swoje w areszcie. Już bardziej spokojna, nie mogła wciąż przestać płakać. Czuła, że tego dnia straciła kontakt z rzeczywistością, jakby coś opanowało jej ciało i nie mogła znaleźć w tym racjonalnego wytłumaczenia, ale wcale nie było jej z tym źle. Nigdy wcześniej nie była aż tak pewna siebie, nigdy wcześniej nie czuła takiej satysfakcji i chorej żądzy zemsty na byłym partnerze. Zawsze tego typu myśli odsuwała od siebie.
Z nosa poleciała jej krew, spływała po policzku i powoli odnajdywała drogę w podłogowych szczelinach. Lisa przyglądała się uważnie ścieżce z krwi i pojawiło się w niej ponownie to dziwne uczucie, które zaatakowało ją dzisiaj. Pojawiło się ponownie pragnienie zemsty. Miała przez chwile ochotę wyć i wpaść w szał, bo tłumiła w sobie te ogromne emocje, jednak nie chcąc zostać dłużej przetrzymaną leżała i płakała w kącie nie dając poznać po sobie chwil słabości.Pozostało jej jedynie zaciskać mocno pięści. Łzy mieszały się z krwią wypływająca z nosa, wycierała się co chwila kocem opadającym z pryczy i nie ruszała się. Co jakiś czas zaglądał do niej ochroniarz pytając się o samopoczucie, jednak Lisa za każdym razem zbywała go, mówiąc, że wszystko w porządku.
Obudził ją silny ból gardła. To skutek wczorajszego zamieszania i krzyków, które z siebie wydawała. Do celi wpływała jasna poświata, sygnalizując wczesny ranek. W powietrzu wciąż unosił się nieznośny zapach szczochów, prawdopodobnie pozostawiony przez miejscowych meneli, którzy mieli tu odsiadkę. Czuła wstyd. Podniosła lekko głowę do góry i przeszył ją ból, tym razem szyi, spojrzała na siebie i z niedowierzaniem przyglądała się swojemu ubiorowi.
- Boże, co ja zrobiłam… jak ja mogłam… - mówiła, bijąc się pięściami po głowie.
Lisa w życiu by nie przypuszczała, że doprowadzi do takiej sytuacji. Wzięła koc spadający z pryczy i szybko się nim okryła, po chwili przyszła do niej ta sama funkcjonariuszka, która wczoraj ją skuła w kajdanki i zapytała się o samopoczucie.
- Dzień dobry, lepiej już Pani? Wie Pani dlaczego się tu znalazła? – zapytała
Lisa odgarnęła włosy z czoła, spojrzała na nią i z wielką skruchą odpowiedziała cicho.
- Wiem, pamiętam wszystko. Jest mi tak bardzo wstyd za moje zachowanie! Nie wiem co we mnie wstąpiło… To wszystko przez niego, tego chama… nienawidzę go....
Policjantka już nie raz spotykała się z podobnymi sytuacjami, więc trzymała dystans.
- Może zechce Pani porozmawiać z psychologiem? Może to jakoś pomoże? – zapytała, proponując jej pomoc.
- Nie, nie trzeba. Chciałabym pójść do domu… - odpowiedziała po dłuższej chwili.
- Niebawem Panią wypuścimy, tylko spiszemy protokół – odwróciła się następnie i poszła.
Lisa wstała i usiadła na pryczy, przetarła załzawione oczy i mocniej wtuliła się w brudny koc. Marzyła tylko, żeby wrócić do domu i zamknąć się w nim i nigdy już nie wyjść. Łkała i było jej źle, nie miała się do kogo zwrócić, ale i też po prostu nie chciała. Największe obawy wzbudzał w niej powrót do domu i reakcja sąsiedztwa, którzy po całym incydencie najpewniej pałają do niej nienawiścią.
CZĘŚĆ VI
Zdjęła z siebie cuchnący koc i wyszła z celi przy asyście policjantki i z głową spuszczoną w dół szła ciemnym korytarzem szlochając. Usiadła na krześle, wytarła łzy i porozmawiała jeszcze przez chwilę z policją, którzy mieli za zadanie wpisać jej dane do kartoteki. Poruszała nerwowo nogami, a w dłoniach ściskała chusteczkę. Miała potargane, przetłuszczone włosy i można było wyczuć od niej zapach szczochów, którymi śmierdziała cela.
W pewnym momencie Lisa, nie wytrzymała i w trakcie spisywania przez policjanta jej danych, wpadła w panikę.
- Błagam, nie róbcie mi tego, to zniszczy mi życie! Stracę pracę, za co będę żyć?! Za co spłacę mój kredyt? – wyglądała na zszokowaną i zrozpaczoną, bo właśnie teraz najbardziej uświadomiła sobie jakie głupstwo popełniła.
Stojąca obok policjantka zaczęła ją uspokajać.
- Takie są procedury Pani Buckerfield, nic nie możemy na to poradzić. Stwarzała Pani zagrożenie dla ludzi! Czy zdaje sobie Pani z tego sprawę? – spojrzała prosto w jej zapłakane oczy i zrozumiała, że Lisa potrzebuje jakiegoś wsparcia, bo to może się źle dla niej skończyć. Od razu pomyślała o wsparciu psychologa i jakieś dobrej terapii.
- Czy zgodziłaby się Pani na pomoc psychologa? Możemy bezpłatnie zaoferować Pani pomoc – zapytała, mając nadzieję, że Lisa się zgodzi.
- Nie wiem czy ktokolwiek jest mi w stanie pomóc. Co ja z siebie zrobiłam? Straciłam wszystko, rozumiesz to?! Wszystko! – oznajmiła rozpaczliwym tonem.
- Proszę zaczekać.
Policjantka wyszła z pokoju, po drodze zaczepił ją kolega z pracy.
- Stacey, pamiętasz co mówił Ci szef? – zapytał jakby wiedział już jaką odpowiedź usłyszy.
- Pamiętam, ale zrozum Mike, ta kobieta naprawdę potrzebuje pomocy – podniosła z biurka małą kartkę i zapisała na niej numer telefonu. W tym czasie Mike stojący obok niej bacznie się temu przyglądał, podwinął rękawy i westchnął.
- Znowu się angażujesz! Znowu to robisz! Pamiętasz, do czego to Cię kiedyś doprowadziło?
Podszedł do metalowej szafki za biurkiem i zaczął szperać w jakiś dokumentach. Stacey zastanawiała się o co może mu chodzić i nagle Mike rzucił na biurko, tuż przed nią, plik dokumentów, z rożnych spraw.
- Spójrz! Dokładnie się temu przyjrzyj! – zaczął po kolei otwierać każdy folder i głośno wyczytywać Stacey, dane zbrodniarzy, mając nadzieję, że coś do niej wreszcie dotrze.
- Przestań! Przestań mi to czytać! Myślisz, że jestem głupia? Nie rozumiesz jednego…
Nagle przerwał jej Mike.
- No powiedz mi czego? Tego, że możesz wplątać się w tarapaty? Niczego nie nauczyły Cię poprzednie incydenty? – zapytał rozzłoszczonym głosem i uderzył dłonią o biurko.
- Zrozum kretynie, że ta kobieta naprawdę potrzebuje pomocy! Nie angażuję się w to osobiście. Chciałam dać jej tylko numer telefonu do psychologa z którym współpracujemy! – podniosła z podłogi karteczkę z numerem, która jej wypadła z rąk, spojrzała na Mike i w milczeniu wyszła z pokoju trzaskiem zamykając za sobą drzwi.
Mike stał w miejscu i zupełnie na to nie zareagował. Poszedł jednak za nią i z ukrycia przyglądał się temu co robi.
Stacey wróciła do pomieszczenia, w którym przebywała Lisa. Wzięła krzesło stojące obok i usiadła obok niej. Poprosiła ochroniarza o wyjście. - Posłuchaj mnie uważnie Liso. Na tej karteczce zapisałam Ci numer telefonu do bardzo dobrego psychologa. Nazywa Się Julia Fenderson i z nami współpracuje. Wiem, że potrzebujesz pomocy, ona Cię wesprze – podsunęła Lisię kartkę i złapała ją za dłoń, próbując choć trochę uspokoić jej stan. Spojrzała wprost w jej oczy i w mgnieniu oka, powróciły jej wspomnienia o mężu, który ją także pozbawił szczęścia. Potrafiła odnaleźć się w tej przykrej sytuacji, odczuwając to na własnej skórze. Głaskała Lisę po dłoni, spojrzała w bok i zamyśliła się. Bez wahania złożyła jej propozycję, wyjęła z kieszeni skrawek papieru wraz z długopisem i zaczęła coś pisać. Lisa przyglądała się jej i zastanawiała się co zaraz usłyszy.
- Proszę weź także i to. Jeżeli cokolwiek złego będzie się działo i nie będziesz się miała do kogo zwrócić, dzwoń. – podała jej skrawek kartki i lekko uśmiechnęła się do niej. – Wiem, co czujesz… Nie bój się.
Za wenecką szyba stał Mike, który wszystko obserwował. Pokiwał głową, jednak doszło do niego, że nie jest w stanie wpłynąć na swoją koleżankę z pracy i odpuścił sobie. Wyszedł z pomieszczenia do swojego biura i zamknął drzwi. Tymczasem Lisa lekko podniesiona na duchu, uspokoiła się i napiła się wody. Poprosiła tylko o jakieś okrycie, gdyż wstydzi się tego jak jest ubrana i nie jest w stanie pokazać się tak w biały dzień. Przy wyjściu Stacey podała jej szary płaszcz, który leżał w rzeczach zagubionych. Podprowadziła Lisę do wyjścia i ponownie przypomniała jej o numerach telefonu, które jej dała. Pożegnały się i Lisa wyszła z komisariatu.
Na ulicy wiał wiatr, księżyc był za chmurami a niebo zdominował popielaty kolor. Było dość późno i zbliżał się wieczór. Lisa szła przed siebie prosto do domu, od czasu do czasu ocierając się z łez. Opanowana była przez strach, strach przed tym jak zareagują na nią sąsiedzi i tym co ją czeka w niedalekiej przyszłości. Nie mogła uwierzyć w to co się stało. Na dodatek dziś nie pojawiła się w pracy, a to może wiązać się z najgorszym, nawet nie chciała myśleć, co mogłoby się stać gdyby straciła jakieś źródło dochodu, bo była by to kompletna katastrofa. Podniosła kołnierz od płaszcza, wsadziła dłonie do kieszeni, spuściła wzrok i szła dalej przed siebie, mijana przez setki ludzi na chodniku. Stanęła na przejściu dla pieszych, wraz z innymi i nagle zerwał się silniejszy wiatr. Wyciągnęła ręce z kieszeni żeby podnieść kołnierz i okryć nim szyję, gdy niespodziewanie z kieszeni wypadła jej kartka z numerem telefonu. Zapaliło się zielone światło i tłum ruszył na przejście, Lisa stała i szukała gdzieś na jezdni żółtej karteczki, jakby wiedziała, że być może to jej jedyna szansa… Zdesperowana rozglądała się w każdym kierunku, lecz nie udało jej się i tłum ludzi porwał gdzieś kartkę. Głęboko westchnęła i w ostatnim momencie zdążyła przebiec na migającym zielonym światełku.
Doszła już prawie do centrum, zdecydowana na dalszą podróż autobusem i kątem oka dostrzegła kogoś, kto wręcz zwalił ją z nóg. Wbiegła natychmiast za róg ulicy i stanęła za słupem informacyjnym, powoli zaczęła się wychylać by móc bardziej się mu przyjrzeć i potwierdzić swoje przypuszczenia. W oczach znów pojawiły się łzy, które tak często jej towarzyszą. Zakryła dłonią usta i zaczęła się trząść, mocno ścisnęła pięść i widziała tylko, jak jej dawny ukochany – Tom, zadowolony wchodzi ze swoją dziewczyną do małej kawiarni przy ulicy i siadają do stolika. Zrozpaczona przygląda się ich uśmiechniętym i radosnym twarzom, patrzyła na ich pocałunki i szepty do ucha.
Czas nagle zatrzymał się w jej głowie, świat wokół przestał istnieć i byli tylko Lisa, Tom, oraz jego dziewczyna. Patrzyła na nich i wciąż zadawała w myślach to samo pytanie.
- Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?..... – słowa te powtarzały się nieustannie i zawładnęły jej umysłem.
Zacisnęła żeby i zaczęła oddalać się w tył, nadal uważnie patrząc na szczęśliwą parę. Powoli, w mroku zaczęła znikać, jednak myśli w jej głowie krzyczały z całych sił, domagając się zemsty.
CZĘŚĆ VII
Znalazła się w ciemnym zaułku, kucnęła w rogu opierając się o stojący obok kontener. Twarz była zalana łzami rozpaczy, w dłoni trzymała skrawek chusteczki, która i tak nie mogła wsiąknąć już więcej… Skuliła się i cały czas zadawała sobie to samo pytanie. Poszukiwała na szybko jakiegoś sensu tych wszystkich wydarzeń, aby móc podnieść się na nogi i wrócić do domu. Dobijała ją myśl o nowej dziewczynie Toma, który tak bardzo ją zranił i spowodował silny, promieniujący ból.
- Dlaczego byłam taka głupia? Co ja w nim widziałam? Boże, dlaczego pozbawiłeś mnie wtedy rozumu? – wciąż pytała, poszukując odpowiedzi, ale niestety odpowiedź nie nadeszła. Utrzymywała w sobie wciąż znikomy zalążek nadziei, że kiedyś wszystko zrozumie i nauczy się z tym żyć.
Pod kontenerem zobaczyła stertę kartonów, które mogły by posłużyć za tymczasowe siedlisko, dopóki nie zrobi się ciemniej i bez większych obaw będzie mogła wyjść na ulicę. Rozłożyła całą stertę na ziemi, usiadła i wyciągnęła przed siebie nogi, opierając głowę o ścianę.
Spojrzała w niebo. Było pochmurne, szare, bez życia. Jedynie wiatr rozwiewający jej włosy, zdawał się pobudzać do życia te bezkresną, szarą otchłań.
Otarła twarz rękawem i pustym wzrokiem spojrzała na drugi koniec ślepej uliczki, przyglądając się przechodnią. Zaczęła zastanawiać się, czy każdy człowiek, którego widzi, jest naprawdę szczęśliwy i potrafi cieszyć się życiem, czy może są osoby takie jak ona, które pragną pomocnej dłoni i pocieszenia..?
Znacznie się ściemniło, to była najwyższa pora aby odejść z ciemnego zaułku. Wstała i poszła w kierunku głównej ulicy, z nadzieją, że uda jej się złapać autobus. Szła na przystanek, trzymając głowę w dół, by nikt jej się nie przyglądał, kiedy nagle usłyszała zza siebie śmiech mężczyzny. Nie pomyliła się - Tom szedł wraz ze swoją towarzyszką i słychać było jak bardzo są zadowoleni. Nerwy zaczęły opanowywać jej ciało i dostała lekkich drgawek. Przyśpieszyła szybko krok, zaczęła biec. Mijała kolejne ulice, biegła tak prędko jak tylko mogła, żeby być jak najdalej… Nie zważała na to co się wokół niej dzieje, ciężko wdychała powietrze w płuca, aby zdobywać siłę do dalszego biegu. Zdążyła na swój autobus i ulżyło jej, bo prawie wyplułaby płuca. Usiadła sama na tyle, a ludzie przyglądali się jej ze zdziwieniem, jak na wariatkę. Oparła się o szybę i zamknęła oczy, chcąc powstrzymać kolejne łzy. Zastanawiała się kim ona jest, czy ona także skazana jest na to piekło? Na dodatek bardzo mocno dręczyła ją myśl o powrocie do domu, po tym co zrobiła. Jaka będzie reakcja sąsiedztwa i co najgorsze – czy jutro nadal będzie miała gdzie pracować. Po długiej drodze, wysiadła na ciemnym przystanku, tuż przy swojej ulicy. Chodnik oświetlały zapalone latarnie a na ulicy nie było już nikogo. Wiatr spokojnie szumiał wśród drzew, a noc zdążyła już nadejść. Przez kilka minut stała w miejscu rozglądając się dookoła, podczas gdy w domu przy ulicy, w oknie stała kobieta i uważnie przyglądała się Lisie. Oczy kobiety zdawały się dostrzegać wszystko i wyraźnie widać było w tym spojrzeniu pogardę. Gwałtownym ruchem dłoni sąsiadka zasłoniła okno i zgasiła światło. Lisa stała i spuściła głowę. Wiedziała, że to się tak skończy i teraz pozostaje jej tylko unikać ludzi… Szybszym krokiem ruszyła w stronę domu. W oddali zauważyła sąsiada na spacerze z psem, który szedł w jej stronę. Spuściła wzrok i szła dalej jak gdyby nigdy nic, ale to niestety w niczym nie pomogło.
- Zdzira… - powiedział pod nosem młody mężczyzna – takie jak Ty powinny być w burdelach! Won dziwko! – stanął i tym razem bardziej donośnym głosem oznajmił Lisie, gdzie jest jej miejsce.
- Błagam, przestań… - spojrzała w stronę chłopaka, mając nadzieję, że znajdzie zrozumienie. Jednak nadaremnie. Chłopak zaczął bluzgać jeszcze bardziej i nie dał jej dojść do słowa. Pies stojący obok, zaczął głośno szczekać, co nie mogło umknąć uwadze sąsiedztwa. W oknach pozapalały się światła. Z domu obok wyszła kobieta i zobaczyła wystraszoną Lisę, która nie wiedziała co ze sobą zrobić. Od razu rozpoznała sprawczynie wczorajszych wydarzeń.
- Patrzcie ludzie! To ona! Ta co pizdę pokazuje! – zaczęła głośno krzyczeć. Podeszła bliżej ogrodzenia i rzuciła w stronę Lisy mnóstwo obelg. Gotowa była użyć siły…
-Proszę, nie mówcie tak – wyjąkała przez łzy – nie chciałam tego, nie wiem co mi się stało, tak bardzo jest…. – nie zdążyła dokończyć zdania, kiedy odezwała się kolejna osoba.
- Zmiataj stąd prosto do psychiatryka ździro! Takich tu nie tolerujemy! – krzyczała kolejna kobieta – moje dzieci widziały co wczoraj robiłaś!, co za wstyd! – podniosła z ziemi zniszczoną gazetę i ze złością rzuciła nią prosto w Lisę.
Otoczona z każdej strony wrogami, wystraszona i pełna skruchy, zaczęła biec w stronę domu. Pragnęła jak najszybciej znaleźć się w ciszy, nie mogła znieść tej nienawiści. W tym całym szaleństwie, nieszczęśliwie potknęła się na schodkach do domu i skaleczyła szyję ostrym zakończeniem poręczy. Upadła. Plama krwi, robiła się coraz większa i większa, nikt ze stojących nieopodal ludzi nie dostrzegł tego wypadku…
CZĘŚĆ VIII
Dookoła brzmiały jedynie odgłosy głośno rozmawiających ludzi, którzy wciąż nie mogli przestać się dziwić, że dzielą swoją ulicę z jakąś krypto-prostytutką. Nienawiść unosiła się w powietrzu i wyczuć ją można było z daleka. Nikt, ale to nikt, nie próbował nawet zrozumieć tego co się stało, gdyż zdążyli już wydać wyrok na Lisę, co gorsza większość rozmówców była za wyrzuceniem stąd nieprzyjaznej lokatorki, która ich zdaniem zagraża miejscowym, a szczególnie dzieciom.
Nieprzytomna Lisa, nadal leżała na drewnianym ganku, a krew spływała po zniszczonych schodkach, pozostawiając po sobie ciemno-czerwone smugi. Krople brunatnej cieczy kapały na posadzkę tuż pod schodami i widok ten stawał się coraz wyraźniejszy i nie mógł on umknąć już komukolwiek.
- Chryste Panie! Ludzie, pomóżcie! – krzyknął Pan Richardson, łapiąc się za głowę. Migiem podbiegł do leżącej Lisy i natychmiast sprawdził czy da się wyczuć puls. – Dzwońcie po karetkę! Natychmiast! Ona leży i nie kontaktuje, jest ranna!
Wszyscy stojący nieopodal mieszkańcy zaprzestali rozmów i spojrzeli w stronę spanikowanego Richardsona.
- Zostaw ją Jeffrey! Pewnie ktoś wczoraj za mocno wziął ja od tyłu! Ha Ha Ha! – podłym tonem powiedział jeden z sąsiadów i omal nie upadł ze śmiechu.
- Może za mocno się zabawiała! – powiedział mężczyzna z psem szturchając z uśmieszkiem ramię swego przedmówcy.
Reszta zgodnym rykiem, buchnęła śmiechem i zupełnie nikt nie przejął się prośbami Pana Richardsona. Niedowierzający sytuacji Jeffrey, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i pobiegł prędko do domu, aby wezwać karetkę.
- Aby, Aby! – krzyknął zaraz przy wejściu.
- Co się tak drzesz do cholery, zwariowałeś jak tamci?! – zapytała zirytowana Pani Richardson.
- Podaj mi telefon kobieto, potrzebna pomoc! – spojrzał na żonę i czekał na jej ruch. – No rusz się! – krzyknął. Zmieszana kobieta, pobiegła do kuchni i przyniosła słuchawkę, pozostając w niepokojącej ciszy. Przyglądała się jak jej mąż drżącymi rękoma wykręca numer alarmowy.
- Boże, Jeffrey, co się do cholery stało?! – panika zaczęła również udzielać się i jej. Oddech znacznie przyspieszył, a serce zaczęło bić jak dzwon. Nie dostała odpowiedzi, mogła tylko przysłuchiwać się rozmowie męża i patrzeć, jak bardzo przejęty jest sytuacją, dlatego od razu wybiegła przed dom sprawdzić co się dzieje.
- Nie rozumiem… o co chodzi? – stanęła przed płotem i spojrzała w stronę roześmianych ludzi. Poszła dowiedzieć się co tak naprawdę się dzieję, jednak pomimo późnej pory, jej oczom nie umknął straszliwy widok kobiety w kałuży krwi, oświetlonej przez uliczną latarnię. Wiedziała już, co się dzieje. Zerknęła jeszcze na rozgadanych mieszkańców, których krąg coraz bardziej malał i pobiegła do Lisy.
- Pani Buckerfield! Halo! Słyszy mnie Pani? – zdjęła z siebie sweter i przyłożyła do krwawiącej rany, zobaczyła wystający spory kawałek drewna z szyi poszkodowanej i zrozumiała, że sytuacja jest tragiczna.
– Jeff! Jeff! Szybciej, z nią jest coraz gorzej! – krzyczała do męża i zdenerwowana głaskała Lisę po twarzy wciąż powtarzając, że będzie dobrze, w międzyczasie dociskając zabrudzony krwią sweter. Spojrzała w stronę ludzi, którzy już nie wyglądali na tak bardzo rozbawionych. Niektórzy wracali już do swoich domów, a jedynie dwie osoby podeszły bliżej przyjrzeć się tej sytuacji, jednak nikt nie chciał brać w tym udziału, więc przypatrywali się z bezpiecznej odległości.
- Już jadą! – powiedział biegnący do miejsca zdarzenia Pan Richardson. – Spokojnie, już jadą! - powtórzył. Spojrzał na Lisę i zrobiło mu się strasznie przykro. Znał ją tak długo, wiedział, że taka nie jest, że coś musiało się stać, coś bardzo złego, co spowodowało w niej takie a nie inne zachowanie. Nie wierzył w to co mówi reszta. Jego żona również długo znała Lisę i sama nie dowierzała. Opanowana przez nerwy głaskała ją nadal po policzku, dając jej wsparcie.
Nikt ze stojących ludzi przy płocie ogradzający dom Lisy, nie odezwał się. Słychać było jedynie szlochanie Państwa Richardson przy leżącej Lisie i podnoszące na duchu słowa. Rozległ się sygnał nadjeżdżającej karetki. Pan Jeffrey stanął na nogach i zaczął machać rękami w kierunku nadjeżdżającej pomocy.
- Tutaj! Tutaj! – krzyczał do ratowników.
Zatrzymali się na środku ulicy, wybiegło dwóch sanitariuszy, podbiegli do Lisy i natychmiast zdali sobie sprawę z powagi sytuacji.
- Czy Państwo ją znacie? Czy ona tutaj mieszka? –zapytali Państwa Richardson.
- Jesteśmy jej sąsiadami, zobaczyłem ją przypadkiem tutaj leżącą i razem z żoną udzieliliśmy jej pomocy. Proszę zróbcie coś szybko, ona się wykrwawi! – głośnym tonem powiedział Pan Jeffrey trzymając Lisę za rękę.
Sanitariusze włożyli Lisę na specjalne lóżko i zabrali do karetki. Razem z nimi pojechał pan Richardson. Aby stała jeszcze chwile i spojrzała w stronę stojących przy płocie mieszkańców, gotowa była zbluzgać ich za bezduszne zachowanie, jednak spojrzała z pogardą i poszła ze łzami w oczach do domu, oczekując na telefon od męża.
Dojechali do najbliższego szpitala i prędko zanieśli Lisę na oddział chirurgiczny. Teraz pozostało tylko czekać. Pan Richardson cierpliwie oczekiwał na jakieś wieści w środku nocy w poczekalni, powoli uświadamiając sobie, że ta dziwna sytuacja z Lisą, musiała mieć jakiś konkretny powód.
Minuty mijały, aż w końcu w szpitalnym holu dało się usłyszeć kroki. To lekarz, który operował Lisę.
- Witam, czy to Pan przyjechał z Panią Lisą Buckerfield?
- Tak, to ja – odpowiedział i spojrzał z niepokojem na lekarza.
- Pan jest mężem? – zapytał lekarz.
- Nie, nie. Ja jestem sąsiadem, razem z żoną znaleźliśmy Panią Lisę. Proszę powiedzieć co z nią…
- A czy ta Pani ma jakąś rodzinę? – popatrzył na zmartwionego Jeffrey’a.
- To raczej samotna kobieta. Jest po rozwodzie, z tego co wiem ma matkę gdzieś na Florydzie… - odpowiedział i usiadł na stojące za nim krzesło, gdyż czuł jak zmęczenie daje mu się we znaki.
- Rozumiem. Stan Pani Buckerfield był ciężki, ale już się unormował. Gdyby nie Państwo, to szkoda gadać… Kawałek drewna utkwił głęboko w szyi i uszkodził mięsień. Potrzebna będzie rehabilitacja i dłuższy pobyt u nas. Jej życiu nic już nie zagraża, będzie pod stałą obserwacją. Obecnie odpoczywa po operacji na sali. Czy możliwe jest aby doniósł nam Pan dokumenty poszkodowanej?
- Nie mam dostępu do jej domu, porozmawiam z nią jeśli można, rzecz jasna, po przebudzeniu.
- Nie ma problemu. Jednak czy nie dałoby się jakoś skontaktować z jej matką? – zapytał lekarz, ściągając z dłoni lateksowe rękawiczki.
- Nie mam pojęcia… - cichym głosem odpowiedział Pan Richardson.
- Proszę wrócić do domu, jest Pan przemęczony – powiedział do siedzącego Jeffrey’a. – Zamówię dla Pana taksówkę. Proszę tylko zostawić w recepcji numer kontaktowy do Pana.
Jeff wstał z krzesła i poszedł z lekarzem w stronę recepcji. Był środek nocy i zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że przesiedział tu aż tyle czasu. Ciągle chodziła mu po głowie Lisa, którą zawsze uważał, za spokojną, lecz nieszczęśliwą kobietę. Nie bez powodu proponowałby jej chociażby grilla w sobotę. Wiedział, że jest sama i być może czyjeś towarzystwo poprawiłoby jej humor. Wsiadł do taksówki i odjechał.
Tego samego dnia, w sali pooperacyjnej, mniej więcej o jedenastej, Lisa powoli i z trudem otworzyła oczy. Widziała jak przez mgłę, z dużym opóźnieniem docierały do niej bodźce zewnętrzne, powodując całkowite zaćmienie umysłu. Ruszyła lekko głową na bok, chcąc się rozejrzeć i wtedy poczuła przeszywający ból szyi, na tyle mocny, że uświadomiła sobie, że coś jest nie w porządku. Próbowała coś powiedzieć, ale brzmiało to jak jakieś skomlenie psa. Wyczuła na swojej szyi kołnierz usztywniający i spanikowała, uniosła głowę aby sprawdzić czy ma wszystkie kończyny i ponownie złapał ją silny ból w szyi, który ją wręcz unieruchomił. Do pokoju tymczasem weszła pielęgniarka.
- Spokojnie, proszę się nie ruszać! Jest Pani po operacji, musi Pani wypoczywać – powiedziała uspokajającym tonem do Lisy i przyłożyła jej głowę do poduszki.
- Yyyy…. Ale ja nie rozumiem…. Yyyy… nie dobrze mi – wymamrotała spod siebie półprzytomna Lisa. – Gdzie jestem? – zdołała zapytać pielęgniarkę, chwytając ją za ramię – Gdzie ja jestem?! – szarpnęła znowu jej ramię.
- Proszę się uspokoić, zaraz wezwę lekarza! – powiedziała – jest Pani w szpitalu św. Antoniego w Lake City, miała Pani operację, zaraz pójdę po lekarza! Spokojnie! - wyszła z Sali, w której leżała Lisa i pobiegła po lekarza.
Lisa tak zmieszana i wystraszona całą sytuacją, nie mogła opanować paniki, zaczęła krzyczeć:
- Gdzie ja jestem, Ratunku!! Chcę do domu! Boże! – zdezorientowana wciąż nie ustawała w swoich wołaniach o pomoc. Do sali wbiegły inne pielęgniarki, próbując ją uspokoić, nawet silny ból szyi zdawał się gdzieś zaniknąć… Spanikowana, powoli traciła przytomność, z jej ust zaczęła wydobywać się krew i sytuacja stała się groźna, nagle zaczęła się dławić. Zemdlała.
CZĘŚĆ IX
Promienie słońca przebijały się przez mrok w sali pooperacyjnej, gdzie leżała wycieńczona Lisa. Przez uchylone okno dobiegały odgłosy z zewnątrz wyraźnie zwiastujące ciepły poranek. Zasłonięte okna nie pozwalały jednak na dostateczne rozświetlenie pomieszczenia, co tworzyło dość nieciekawą aurę.
Lisa nadal leżała w łóżku pogrążona we śnie. Do sali weszły dwie pielęgniarki, które dopiero co wstały niewyspane po nocnej zmianie i standardowo zmierzyły pacjentce temperaturę oraz doglądały czy wszystko z nią w porządku. Jedna z nich podniosła ostrożnie głowę Lisy, aby poprawić pogniecioną poduszkę i przykryła jej stopy.
- Odsłonić te rolety? – zapytała pielęgniarka stojąca przy oknach.
- Niech wpadnie tu trochę słońca, odsłoń, odsłoń – opowiedziała stojąc przy Lisie i doglądając gojących się ran – Muszę Ci powiedzieć kochana, że jakoś szkoda mi tej dziewczyny. Przywiózł ją obcy facet, na dodatek nikt z rodziny nie zadzwonił – smutne, nie sądzisz?
Pielęgniarka podeszła bliżej łóżka Lisy, oparła się o poręcze, spojrzała na śpiącą pacjentkę i westchnęła.
- Co poradzisz, nie każdemu wiedzie się tak jakby tego chciał.. Chodźmy, zrobimy sobie kawę – powiedziała jedna z nich i wyszły z sali.
W międzyczasie w domu Państwa Richardson panowała cisza. Oboje leżeli w swojej sypialni, wpatrzeni w ścianę. Pan Jeffrey leżał obok żony i jakoś wolał się nie odzywać, bo niby co miał powiedzieć? Prawdopodobnie nadal był w szoku, po tym co wydarzyło się wczoraj. Nie spał całą noc, tylko myślał i myślał.
Jeff? – zapytała żona i spojrzała się w stronę zamyślonego męża – Jak się czujesz?
Jeffrey nadal spoglądał na ścianę otumanionym wzrokiem i wydawało się jakby zapytanie małżonki zupełnie nie dotarło do niego. Po kilkunastu sekundach skierował wzrok na zmartwioną żonę i zapytał:
- Mówiłaś coś?
- Tak, pytałam się jak się czujesz… - odpowiedziała.
- Jak myślisz, jak mam się czuć? – zapytał nieco ironicznie.
- Martwię się, o nas, a i nawet o wszystko – odpowiedziała posmutniała małżonka.
- Kochanie, my musimy jej pomóc, bo jak nie my to kto? - powiedział pewny siebie Jeffrey i złapał żonę za dłoń, delikatnie całując ją w policzek. Przytuliła go i nic się już nie odezwała, tylko leżeli oboje nadal pogrążeni w stanie niepokoju.
Tymczasem w szpitalu, dzień zaczął się na dobre. Pielęgniarki rozwoziły pacjentom leki oraz witaminy. W bloku pooperacyjnym panował natomiast spokój. Długie i szerokie korytarze nie były tak oblegane jak reszta na zwyczajnych oddziałach. W jednej z sali leżała Lisa. Wybudzała się z głębokiego snu. Poruszyła nagle lewą rękę, którą podniosła na kilka centymetrów i zaraz potem opadła na prześcieradło – była tak bezsilna. Dotykała się po twarzy opuszkami palców, najdelikatniej jak mogła, ponieważ każdy większy wysiłek sprawiał jej ból. Badała swoje ciało chcąc dowiedzieć się czy wszystko ma na swoim miejscu. W jej głowie panował swego rodzaju „półmrok”, przez który nie do końca była pewna tego co się dzieje…
Przełknęła ślinę i przeszył ją silny ból gardła, tak mocny, że musiała aż zacisnąć powieki. Chciała krzyknąć, zaprotestować temu co się dzieje, ale nie miała na to siły. Czuła się bezradna. Przesunęła dłoń na zabandażowaną ranę szyi i wyczuła znacznie zgrubienie. Przestraszyła się i pomyślała, że mogli zrobić jej tracheotomię. Z przerażeniem starała się delikatnie wyczuć coś co mogłoby wystawać z jej szyi, ale nic takiego nie znalazła. To najpewniej zwykła opuchlizna. Z ulgą lekko odetchnęła. Wiedziała już, że cokolwiek nie zrobi, pojawi się ten okropny ból.
Męczyło ją pragnienie, a nie była na siłach aby nalać sobie wody mineralnej do papierowego kubeczka, stojącego tuż obok, na szafce przy łóżku. Wiedziała, że nie da sobie sama rady i odpuściła. Nagle zobaczyła leżący na jej materacu pilot z czerwonym przyciskiem. Bez wahania, użyła tego pilota. Po kilkunastu sekundach w sali zjawiła się pielęgniarka i podeszła do Lisy.
- Coś się dzieje Pani Buckerfield?
- Pić, bardzo chce mi się pić… - powiedziała zachrypniętym głosem.
- Proszę, już pani daję – wzięła z szafeczki papierowy kubek i nalała do niego wody. Ostrożnie podwyższyła głowę Lisy i przysunęła jej kubeczek do spierzchniętych ust – Niech pani pije, powolutku! – powiedziała z troską.
Następnie dokonała standardowych pielęgniarskich obowiązków i wyszła z sali. Zjawiła się jednak po paru minutach z lekarzem, który od początku przyjazdu Lisy, zajmował się nią.
- Witam, jak się pani czuje, czy coś panią boli? – zapytał lekarz.
- Gardło najbardziej, jak ruszam szyją i przełykam – odpowiedziała mocno zachrypniętym i nieco niewyraźnym głosem Lisa.
- Proszę się nie martwić, to normalne. Wyciągnęliśmy z szyi spory kawałek drewna, który uszkodził mięsień. Za kilka dni powinna nastąpić poprawa, teraz bardzo proszę wypoczywać i nie przemęczać się.
- Kto mnie tu przywiózł? – zapytała
- Pan Jeffrey Richardson.
Lisa była zdumiona odpowiedzią lekarza, bo zupełnie sobie tego nie przypominała. Prawdopodobnie szok powstały na skutek wypadku, wymazał jej z pamięci kilka momentów z życia. Z czasem jednak wszystkie wspomnienia powinny wrócić na swoje miejsce. Lekarz dokonał jeszcze kilku oględzin swojej pacjentki i wyszedł z sali. Pielęgniarka poprawiła pościel i podsunęła do ręki Lisy pilot z czerwonym przyciskiem. Spojrzała na nią z uśmiechem i wyszła. Wycieńczona, po zaspokojeniu pragnienia Lisa, ledwie zdążyła zamknąć oczy i natychmiast zasnęła.
U Richardsonów, w ich przysłowiowych czterech ścianach, unosił się aromat przygotowywanego obiadu. Zapach smażonych ziemniaczków, miał za zadanie poprawić ponury nastrój Jeffa i dostosować się do pogody panującej na zewnątrz. Słońce i lekki wietrzyk, każdego wprawiał w dobry nastrój, więc żona Jeffreya, uwielbiała gotować przy otwartym oknie kuchennym z widokiem na ogród. Tymczasem małżonek, kompletnie zamyślony już od samego rana, siedział na fotelu i w dłoniach trzymał gazetę. Z trudem skupiał się na tekście o kryzysie gospodarczym, bo co chwila widział w myślach cierpiąca Lisę. Małżonka wyciągnęła już dwa perłowe, kwadratowe talerze i zaczęła nakładać smażone ziemniaki. Na środku stołu postawiła aromatyczny dip jogurtowy i zawołała męża:
- Kochanie, obiad! – zawołała i postawiła przy talerzach widelce.
- Tak, tak. Idę.
Widok ulubionego obiadu, wprawił Jeffa w nieco lepszy nastrój. Pocałował żonę w policzek i oboje uśmiechnęli się do siebie.
- Będzie dobrze kochanie, zobaczysz – powiedziała z uśmiechem zatroskana.
- Chcę wierzyć w to co mówisz, naprawdę – odpowiedział.
Zajęty konsumpcją wspaniałego obiadu Jeffrey, nadal jednak gdzieś z boku, w myślach, nie mógł przestać myśleć o swojej sąsiadce…
CZĘŚĆ X
Aby krzątała się w kuchni i sprzątała po obiedzie. Włożyła talerze do zmywarki, wytarła dłonie i zaczęła ścierać kuchenne blaty. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
- Jeff, otworzysz? Jestem zajęta.
- Już idę - oznajmił.
Niespodziewający się niczyjej wizyty Jeffrey otworzył drzwi. Stanęła przed nim sąsiadka mieszkająca parę domów dalej. Wyglądała na zaniepokojoną.
- Dzień dobry… Głupio mi o to pytać, ale czy to prawda, że Pani Lisa jest w szpitalu? – zapytała ze skruchą.
- Tak, jest w szpitalu… Dlaczego to panią interesuje?
- Sąsiedzi gadają, że coś jej się stało. Chciałabym wiedzieć…. – Jeffrey nie dał dokończyć zdania i zdenerwowany odpowiedział:
- Teraz się przejmujecie? Po tym co zrobiliście?
Aby usłyszawszy ton głosu męża, zaniepokojona stanęła za nim przyglądnąć się sytuacji. Zobaczyła stojącą w drzwiach sąsiadkę, spojrzała na nią.
- Dzień dobry….
- Dzień dobry Pani Richardson, przyszłam dowiedzieć się co z Lisą – powiedziała łagodnym i spokojnym tonem, jakby nie chcąc wywoływać awantury. Jeffrey spojrzał na nią spod byka i poszedł do pokoju.
- Rozmawiaj z nią, ja nie mam ochoty – trzasnął za sobą drzwiami.
Aby podeszła do sąsiadki.
- To nie najlepszy moment na wizytę. Proszę przyjść kiedy indziej.
- Ale czy to prawda? – zapytała ponownie sąsiadka chcąc usłyszeć satysfakcjonującą ją odpowiedź.
- Pani wybaczy, ale ja również nie mam ochoty rozmawiać. Do widzenia. – zamknęła drzwi i poszła za mężem.
Aby weszła do pokoju. Jeff stał przy oknie i spoglądał na kołyszące się pod wpływem wiatru drzewa. Przez moment miał wrażenie, że mogli zrozumieć, co złego zrobili, ale to było tylko chwilowe. Spojrzał się za siebie i zobaczył stojącą małżonkę, która opierała się o framugę.
- Nie ma sensu się denerwować, pewnie będą wypytywać do skutku, powiem im prawdę – podeszła bliżej męża i złapała go za ramię – nie denerwuj się tak.
- Nie rozumiesz kochanie, że Ci ludzie są dwulicowi? Może nie każdy, ale większość. Tak nie powinno być. – powiedział rozdrażniony poprawiając okulary.
- Może odwiedźmy ją dzisiaj w szpitalu? Może to Cię trochę uspokoi? – zapytała.
- Sam chciałem zaproponować to wcześniej. Pojedziemy, przed kolacją. – przytulił do siebie małżonkę i wziął głęboki wdech. Jego serce biło już znacznie wolniej niż w momencie kiedy przyszła sąsiadka. Dawno już tak się nie przejmował, a nawet denerwował. Pomyślał, że to niezwykły dar mieć w kimś takie oparcie, ale nie każdy ma to szczęście. Tkwił w przekonaniu, że musi pomóc Lisie, bo inaczej ona sama nie da sobie na pewno rady.
Godziny mijały. Richardsonowie powoli szykowali się do wyjścia. Aby założyła na siebie kapelusz, ozdobiony kwiatami róż i poprawiła jeszcze przed lustrem w przedpokoju włosy. Jeff zwyczajnie, założył na siebie letnią kurtkę i sięgnął po kluczyki do samochodu, leżące na stole.
- Możemy iść – oznajmiła Aby. Zamknęli drzwi od domu i ich oczom ukazała się grupka sąsiadów stojąca po drugie stronie ulicy. Ewidentnie obgadywali, co jakiś czas spoglądając z zaciekawieniem w ich stronę. Aby i Jeff spojrzeli na siebie tak, jakby rozumieli się doskonale bez użycia słów. Wsiedli do samochodu i spokojnie odjechali w stronę szpitala.
- Widziałaś? Żałosne – odezwał się Jeffrey i skręcił na lewy pas jezdni.
- Taka ludzka natura, co zrobisz.... Uważaj na przechodnia na pasach! – zwróciła uwagę mężowi, aby jednak bardziej skupił się na jeździe samochodem. Byli już pod szpitalem, zaparkowali w garażu podziemnym i poszli do recepcji. Tam zupełnie przypadkiem spotkali lekarza, który tej nieszczęsnej nocy przyjmował do szpitala Lisę, od razu postanowili podejść do niego i wszystko się wypytać.
- Witam serdecznie! – przywitał się radośnie Jeff i podał rękę lekarzowi.
- Dobry wieczór Państwu, zapewne w sprawie Pani Buckerfield? – podrapał się po policzku i odłożył na recepcyjną ladę teczkę z papierami. – Zapraszam do gabinetu.
W małym gabinecie stała zielona zasłona, za którą przebierali się chorzy, a za nią łóżko. Na środku zwyczajnych rozmiarów biurko, oklejone było czymś w rodzaju białej okleiny i kilka półek z akcesoriami lekarskimi. Czuć było w powietrzu zapach chemikaliów, typowy dla szpitalnych korytarzy. Lekarz poprosił Richardsonów aby usiedli i zaproponował im herbatę. Zapach ten jednak przytłaczał receptory węchowe Aby i uprzejmie odmówiła.
- Pani Lisa wybudziła się. Jej stan jest dobry i stabilny. Niestety męczy ją trochę ból, ale to normalne. Praktycznie cały dzień spała.
- Dzięki Bogu, bałam się, że to może źle się skończyć, ale dzięki panu wszystko jest w porządku – uśmiechnęła się do lekarza.
- Uspokoił nas Pan, naprawdę – powiedział Jeffrey, mieszając łyżeczką herbatę cytrynową.
- Cieszę się, jednak ta pani potrzebuje na dłuższy czas odpoczynku w jakimś spokojnym miejscu, żeby mogła do siebie dojść. Trudno nie zauważyć, że ma problemy, które mogą jej też zaszkodzić.
Aby I Jeff spuścili wzrok i oboje myślami szukali rozwiązania.
- Nie wiem co mogę zaproponować, ale może sanatorium? – zapytał lekarz.
- Tak sobie myślę – powiedział Jeff – moja bratowa ma domek nad morzem w Malibu, położony w bardzo spokojnej okolicy, w pobliżu lasów. Widok na samo morze… Co myślisz Aby? – spojrzał na żonę i wziął łyk herbaty.
- Dobry pomysł, tylko musimy do niej zadzwonić i zapytać się o tą możliwość.
- To wygląda na dobre rozwiązanie. Te okoliczności mogły by sprzyjać dobremu samopoczuciu pani Buckerfield. W takim razie proszę dać mi znać, czy się udało. Jeżeli nie, poszukamy innego rozwiązania.
Wszyscy wstali z krzeseł i podali sobie ręce na pożegnanie. Jeffrey chciał jeszcze na chwile zajrzeć do Lisy. Liczył, że może nie spać i zamieni z nią parę słów. Poprosił Aby żeby zaczekała na niego chwilkę w poczekalni, natomiast on pójdzie sam. Długimi korytarzami, gdzie unosił się charakterystyczny szpitalny zapach, chodził i szukał sali. Co jakiś czas zaczepiał jakąś pielęgniarkę z prośbą o wskazanie drogi. Po kilkunastu minutach, znalazł się na oddziale, gdzie znajdowała się Lisa. Powoli otworzył drzwi, tak aby nie zaskrzypiały i zobaczył ją. Niestety spała. Wyglądała bardzo mizernie. Schudła, co było widać szczególnie po kościstej twarzy i dłoniach. Światło padające na Lisę z zapalonej lampki na nocnym stoliku jeszcze bardziej uwydatniało jej kościste policzki. Nie wyglądało to atrakcyjnie… Ostatnie wydarzenia musiały bardzo mocno się na niej odbić. Jeff zasmucony tym widokiem podszedł do niej i pogłaskał ją po głowie.
- Będzie dobrze, obiecuję – szepnął do niej i lekko uśmiechnął się.
Po cichu wyszedł z sali, zostawiając na stoliku małą bombonierkę z czekoladkami i liścikiem, zakupioną w szpitalnym bufecie.
Szpital znów stał się jednym z tych miejsc, gdzie można nakręcić jakiś dobry horror. Panowała cisza. W jednym z pokoi pielęgniarek słychać było tylko grający telewizor. Małe lampki paliły się na korytarzach, a na nich żywej duszy. Nawet pełniące służbę pielęgniarki pogrążyły się we śnie, zupełnie nie przejmując się niczym. Duże okna na końcu korytarza wprowadzały do środka panującą na zewnątrz ciemność, sprawiając upiorne wrażenie. Sam klimat tego miejsca zdecydowanie przytłaczał i zwykłe wyjście do toalety mogło zostać potraktowane jak wyprawa w nieznane do niebezpiecznej jaskini, kryjącej wiele złych istot, szczególnie dla osób wrażliwych. Wyobraźnia lubiła płatać figle. W swoim łóżku spokojnie leżała Lisa i była wpatrzona pustym wzrokiem w przysłonięte do połowy okno. Za nim rozpościerał się widok na park, który bardziej ujmuje swym wyglądem w ciągu dnia. Cisza panująca wokół, sprawiała, że mogła usłyszeć bicie własnego serca. Dłużej jednak leżeć nie mogła, gdyż potrzebowała skorzystać z toalety. Chwyciła za pilot i wcisnęła guzik. Jeden raz… Drugi raz…… Trzeci raz…. I nic! Nikt nie przyszedł. Leżała zdziwiona i zastanawiała się dlaczego nikt nie przybył po naciśnięciu przycisku.
- Cholera, pewnie wszystkie zasnęły! – powiedziała poirytowana – gdzie ja mam się teraz wysikać?
Gdyby mogła - krzyknęłaby, ale nie była w stanie. Tak więc czekała ją wyprawa w nieznane, ale Lisa wcale tak o tym nie myślała. Pozbawiona sił, z dużym wysiłkiem podnosiła się bardzo powoli z łóżka. Ból dał o sobie znać. Musiała odpocząć.
- Ufff – otarła czoło - jeszcze raz, na trzy! – odkaszlnęła z bólem flegmę z gardła.
- Raz…
- Dwa…
- Trzy! - wzięła głębszy oddech i z zaparciem udało jej się po kilkunastu sekundach usiąść na łóżku. Przy ścianie stał wózek inwalidzki, który spadł jej jak z nieba. Chwyciła się mocno o poręcz łóżka i ostrożnie zsunęła się na podłogę. Podtrzymywała się na kroplówce, którą wciąż miała podłączoną. Stanowiło to dla niej sporą przeszkodę, bo niby jak miała poruszać się na wózku, ciągnąć za sobą stojak na kroplówkę. Zdjęła więc woreczek z płynem i trzymała w dłoni.
- Szlag z tym, muszę się wysikać, bo zleje się pod siebie – powiedziała jeszcze słabym głosem ze złością i opierając się dłonią o ścianę. Usiadła w końcu na wózku. Musiała ponownie chwilę odpocząć, aby nabrać sił. W życiu nie pomyślała, że spotka ja taka sytuacja, w której ledwo będzie umiała zejść z łóżka. Ostatecznie kierowała nią jednak coraz silniejsza potrzeba skorzystania z toalety… Naprężyła wszystkie mięśnie w rękach, położyła woreczek z kroplówki na kolanach i napędzała wózek, który poruszał się coraz szybciej. Udało jej się wyjechać z sali, co zupełnie łatwe nie było. Jej wzrok nagle zatopił się w czeluściach ciemności, które panowały na korytarzu. Wyglądało to wręcz zadziwiająco, jakby ktoś zasłonił wszystkie okna czarnymi zasłonami. W każdym pomieszczeniu panowała przejmująca wręcz cisza.
- "O co tutaj chodzi?" – pomyślała Lisa i rozglądała się wokół, trzymając na szyi rękę, gdyż każdy ruch powodował ból.
Niepewnie ruszyła wózkiem dalej w poszukiwaniu toalety. Przejechała obok recepcji i stanęła na chwilkę odpocząć – była kompletnie bez sił, szczególnie, że nie miała okazji zjeść nawet porządnego posiłku. Jej oczy skierowały się w kierunku zegara wiszącego na ścianie. Zwykły zegar, z czarnym okręgiem, który można dostać w każdym supermarkecie. Jego wskazówki nie poruszały się. Zegar pokazywał 2:52. Wprawiło to Lisę w konsternację, ale silna potrzeba skorzystania z toalety, dominowała w jej myślach. Ruszyła ponownie. Niezdarnymi ruchami rąk, udało jej się dotrzeć z wózkiem pod pokój, który wyglądał jak pomieszczenie pielęgniarek. Otworzyła dłonią drzwi, które lekko zaskrzypiały i rozejrzała się. Pokój świecił pustkami. W środku wyłączony, stary telewizor, dwie duże kanapy, poplamiony dywan i puste jak nigdy szafki. Co jednak najbardziej zaskoczyło Lisę to nieprawdopodobna ciemność za oknem, za którą nic nie dało się dostrzec. Wpatrzona w ten niezwykły obrazek, od razu uświadomiła sobie, że coś jest nie tak. Serce znacznie przyśpieszyło i pot zaczął spływać z jej czoła. Oddychała coraz niespokojniej, próbując znaleźć logicznie wytłumaczenie tej sytuacji. Nagle poczuła swąd spalenizny…


Komentarze
Powodzenia dla autora!;)