Menu

logo tjk main 

Księżycowej melodii szept

 

ksiezycowej-melodii-szeptKsiężycowej melodii szept
Mary Eve Lauda

POWIEŚĆ DLA KOBIET

ISBN: 978-83-7805-233-3

Oprawa: miękka

Liczba stron: 176

Premiera: 27 sierpnia 2012

Cena: 24 zł

 

 

 

 

 


 Przez łzy do szczęścia

Krótko o książce:
Anna, imigrantka, zaopiekowała się osieroconą córką swej przyjaciółki, próbując zastąpić jej matkę.
Czy uda się jej otrzymać prawną opiekę nad dziewczynką oraz zapewnić jej spokojne i szczęśliwe dzieciństwo?
Czy ona sama odnajdzie swoje miejsce w życiu? Czy spotka prawdziwą miłość?
„Księżycowej melodii szept” to piękna i wzruszającą opowieść, w której uśmiechy losu przeplatają się z tragicznymi wydarzeniami, a na drodze do szczęścia staje upostaciowane zło. Czyta się ją jednym tchem, z uśmiechem i łzami na przemian.

O Autorce:
Tajemnicza mieszkanka Białogardu, która postanowiła napisać scenariusz lepszy niż Mody na sukces.

 

PATRONI

 

tjk-banermag

 

 

 

 

Fragment:
Pamięta dobrze ten dzień.
Biegła skąpana w deszczu. Nie myślała właściwie o niczym, ale w głębi serca bała się tego spotkania. Przeczucie mówiło jej, że to nie ta sprawa, nie o to chodzi, ale tym razem nie wierzyła własnemu głosowi z wewnątrz.
Miasto układało się już do snu, zamierał ruch na ulicach. Czasem tylko jakiś pojedynczy człowiek mijał ją, albo przechodził obok. Sama nie wie, czy lubi to miasto. Ogromne i piękne miasto; miasto marzeń dla wielu ludzi, nie tylko w kraju, z którego pochodziła - jednak nie zawsze przyjazne, bo odkąd się tutaj znalazła wylała już pewnie morze łez …
Zatrzymała się na chwilę. No tak! – pomyślała, patrząc na swoje odbicie w oświetlonej obficie wystawowej witrynie jakiegoś sklepu – kto patrząc na mnie zechce przyjąć mnie do pracy?
Pobiegła dalej. To już niedaleko. Widziała już wejście do pubu, wielkie, z płatami niebieskiej farby, która lada moment miała odprysnąć i ukazać kolejną plamę innego już zupełnie koloru.
Była bliska płaczu, kiedy zobaczyła Carlę siedzącą przy stoliku z głową opartą o ścianę - cała jej postać miała coś tragicznego w swoim wyrazie, a jednak twarz Carli była uśmiechnięta.

I Anna przestraszyła się tego – znała już ten dziwny wyraz twarzy Carli, widziała ją w takim stanie kilka razy. Podejrzewała, że Carla robi coś złego, ale w głębi duszy nie wierzyła w to naprawdę. Kiedy czasem próbowała porozmawiać z nią na ten temat Carla ofuknęła ją, że to nie jej sprawa; potem płakała, że wszystkiego ma już dość i najchętniej zapadłaby w długi sen. Potem były wieczory, kiedy Carla siedziała zamyślona i zapatrzona w jeden punkt i nie ruszał jej nawet płacz dziecka leżącego tuż obok w za małym już łóżeczku. Anna przypominała wtedy delikatnie przyjaciółce, że to pora posiłku małej, a kiedy nie widziała żadnej reakcji brała malutką Nelly na ręce i wychodziła do kuchni.

© Mary Eve Lauda 2012

Księżycowej melodii szept, Mary Eve Lauda - fragment

Widziała go z daleka – siedział na ławce pod wielkim kasztanowcem i przypalał właśnie kolejnego papierosa. Przysiadła się bez pytania, a on odruchowo odsunął się na drugi koniec ławki. Przez ułamek sekundy ich spojrzenia spotkały się. Odezwał się pierwszy:    - Też leczysz się tutaj?
   - Nie! – odpowiedziała krótko i chłodno. – Przyszłam w odwiedziny.
   - A! W odwiedziny? – popatrzył na nią zamglonym wzrokiem. – Może do mnie, jeszcze powiesz? Pamiętam wszystkie swoje dziwki, ale ciebie jakoś nie kojarzę… Zresztą… nigdy bym nie zawracał sobie tobą głowy!
   - Jasne… – powiedziała i wyciągnęła z torebki lekarstwo, a on odruchowo spojrzał na jej ręce. Bardziej jednak zaciekawił go błysk brylantowego oczka w sygneciku niż to, co robi. Połknęła szybko tabletkę.
   - Wiesz co? – zrobił się bardziej nerwowy. – Dlaczego usiadłaś właśnie tutaj? Nie mogłaś usiąść na innej ławce? Twoje towarzystwo jest dla mnie coraz bardziej irytujące.
   - Powiedziałam. Przyszłam w odwiedziny… – znowu zabrakło jej tchu i znowu sięgnęła po tabletkę.
   - George Laval jestem – powiedział, ale tak jakoś, gdzieś w powietrze. – A ty? Nazywasz się jakoś?
   - Tak. Sprawiedliwość – odpowiedziała równie obojętnie. – Ludzka sprawiedliwość, bo przed boską pewnie staniesz wkrótce!
Kompletnie nie rozumiał, o co jej chodzi:
   - Co takiego? Denerwujesz mnie! – faktycznie, robił się coraz bardziej nerwowy. – Wkrótce stąd wyjdę, wiesz!? Wyjdę zdrowy i wyleczony z tego paskudztwa! I znowu będę używał życia tak, jak dawniej! Rozumiesz? Nie tak, jak ten… taki jeden, którego posłałem do piachu! Cha … cha … cha!
   - Uczyniłeś wiele złego w swoim życiu, George… Wydaje mi się jednak, że tego nie żałujesz. A może się mylę? Tak bardzo chciałabym się mylić, George… – powiedziała cicho, ze smutkiem, ale i nadzieją w głosie.
   - Ty stara wariatko! – zerwał się z ławki i prawie pochylił nad kobietą. – Jasne, że żałuję! Żałuję, że nie wyrwałem więcej kasy od tego… co teraz gryzie ziemię, bo jemu w tym pomogłem… cha! cha! cha! Ale nic straconego – wyciągnę jeszcze sporo kasy od tej jego laluni i od tej niby jego córki! Jeszcze tylko trochę i wyjdę stąd zdrowy. Ja im wszystkim jeszcze pokażę. Tylko stąd wyjdę, to… – usiadł i nerwowo przypalił kolejnego papierosa.
   - Nigdzie już się stąd nie ruszysz! – powiedziała twardo. – Nie pozwolę na to! Po to tu przyszłam! Po to tu do ciebie przyszłam! – powiedziała jeszcze raz, tym razem wolniej, ale równie dobitnie i ostro.
   - Co takiego?! – znowu zerwał się z ławki, gotów natychmiast odejść, i to jak najszybciej, z tego miejsca, ale już nie mógł.
   - Nigdzie stąd już nie pójdziesz, bo nie przeprosiłeś Boga za śmierć Carli; bo nie podziękowałeś Bogu za to, że twoje dziecko znalazło kochającą je rodzinę; bo zniszczyłeś rodzinę człowieka, który pokochał je, jak własne dziecko; bo zabiłeś człowieka, który nic złego ci nie zrobił, a mógłby ci nawet pomóc, gdybyś tylko się do niego zwrócił; bo nie pozwolę, abyś kiedykolwiek zbliżył się choć na krok do rodziny twojej córki; bo nie pozwolę, aby Nelly kiedykolwiek dowiedziała się, jaka kanalia jest jej biologicznym ojcem! Czy teraz już rozumiesz?! Rozumiesz, pytam?!
Patrzył z niedowierzaniem, ale nie miał już żadnych wątpliwości, że wycelowana w jego stronę broń za chwilę wypali. Papieros przypalał mu palce, ale nie reagował na ból. Rozglądał się nerwowo dokoła. Otaczająca go wolna przestrzeń nie dawała jakichkolwiek szans na ucieczkę, a tym bardziej na schowanie się w gdzieś w ukryciu.
Padł po pierwszym strzale wymierzonym dokładnie w środek czoła. Nie musiała tego robić drugi raz, bo widziała, że znieruchomiał.

© Warszawska Firma Wydawnicza 2012

powrót na górę