Woodstockowa moda
- Dział: Co w modzie piszczy
Różnorodność muzyczna miała znaczny wpływ na stylizacje woodstockowiczów. Było to zauważalne na całym obszarze festiwalu. Królowały przebrania superbohaterów, zakonnic, zwierząt, legendarne kostiumy Borata, oraz te bliżej niezidentyfikowane. Również pogoda uwarunkowała odpowiednie ubiory, słupki rtęci każdego dnia przekraczały 30 stopni C. W takich warunkach najczęściej można było spotkać dziewczyny w krótkich szortach, górach od strojów kąpielowych czy luźnych topach. Jednak wiele uczestniczek pokazało, że da się pogodzić wysokie temperatury z woodstockowym charakterem, własnym stylem i wygodą.
Trzy dni festiwalu doskonale nadawały się na modowe eksperymenty, szukanie granic szokowania, odnalezienie własnego stylu. Można było odpocząć od sztywnej i często szarej ulicy, dać upust najbardziej barwnym oraz dziwnym modowym fantazjom. Dopuszczalne były absolutnie wszystkie wariacje. Zostanie zauważonym i wzbudzenie zdziwienia na twarzach uczestników stanowiło nie lada wyzwanie.
Do festiwalowych fundamentów należały różnokolorowe bandamki, koszulki z frędzlami, logami legendarnych zespołów np. Sex Pistols, Pink Floyd, Black Sabbath, nerki - bardzo praktyczne i wygodne schowki, które przybierały najróżniejsze kształty, od kota do klasycznych, prostych. Popularne okazały się trampki, które wśród obuwia zyskały znaczną przewagę. Jeśli chodzi o okulary przeciwsłoneczne - prym wiodły kolorowe lenonki, kojarzące się z latami 60. Na włosach częstym widokiem były plecione opaski, a na nadgarstkach i szyjach królowały koraliki. Dziewczyny ogromną wagę przyłożyły do detali. Rockowe, niebanalne pierścionki, skórzane torby dodawały smaku oraz elegancji.
Przy stoiskach można było nabyć oryginalne festiwalowe koszulki, szarawary we wszystkich kolorach i wzorach, ręcznie wykonaną biżuterię, arafaty, paski z ćwiekami oraz militarne mundury.
Woodstockowicze postarali się, aby na festiwalu było kolorowo, rozmaicie, zaskakująco. Udowodnili, że moda to pojęcie, które nie zna żadnych granic.
FOTO: Zuzanna Sroczyńska
-
Agata, 21l.
Agata, 21l.
-
Agnieszka, 15l.
Agnieszka, 15l.
-
Amanda, 21l.
Amanda, 21l.
-
Anita, 23l.
Anita, 23l.
-
Anna, 19l.
Anna, 19l.
-
Anna, Niemcy, 25l.
Anna, Niemcy, 25l.
-
Diana, 23l.
Diana, 23l.
-
Gesine, Niemcy, 26l.
Gesine, Niemcy, 26l.
-
Janny, Austria, 21l.
Janny, Austria, 21l.
-
Justyna, 26l.
Justyna, 26l.
-
Kamila, 18l.
Kamila, 18l.
-
Magda, 21l.
Magda, 21l.
-
Monika, 20l.
Monika, 20l.
-
Monika, 21l.
Monika, 21l.
-
Paula, 25l.
Paula, 25l.
-
Weronika, 22l.
Weronika, 22l.
-
Wiola, 19l.
Wiola, 19l.
-
Zuza i Anna, 17l.
Zuza i Anna, 17l.
https://www.tojakobieta.pl/tag/woodstock.html#sigProId9097ea0434
Zuzanna Sroczyńska, 21l.


Rozpoczął się XVIII Przystanek Woodstock, dla wielu ludzi to nie tylko niezwykły festiwal, ale dom, do którego wracają po całorocznej tułaczce.
ludźmi z Bydgoszczy. Po szybkiej wymianie spojrzeń i uścisku dłoni razem parzyliśmy zupkę pomidorową z paczki.
Obudził nas deszcz. Przerażenie, że tam w epicentrum, panuje zamieszanie i nie jeden doświadcza powodzi całego „woodstockowego” dobytku. Nim przestało padać, przesiedziałam jeszcze dwie godziny w przyczepie wpatrując się w spływające po małym okienku krople. Chociaż na zewnątrz pogoda nadal nie obiecywała przyjemnego spaceru, wybiegłam z reklamówką na głowie i mokłam stopniowo, przybierając na wadze. Niepokonani wciąż istnieli! Jedni maszerując w kaloszach, drudzy tańcząc zupełnie boso w kałużach deszczu. Irokezy lekko naruszone, kolory włosów trochę wypłowiałe, lecz uśmiech ten sam. Przez mikrofon tuż przy scenie, ktoś powiedział: „kochani uważajcie na siebie,
siebie i zniknął tak szybko jak się szybko pojawił. Koncert Vavamuffin otwierający festiwal, zgromadził tłumy na pola tysiąca, deszczowych jezior. A słońce powróciło wraz z pragnieniem, tym samym powodując wzmożony ruch w kierunku sklepu „Lidl”. Powędrowaliśmy na górkę ASP. Dwie, młode dziewczyny w białych koszulkach na których widniał obrazek z odnawialnym źródłem energii, zachęciły nas do puszczania latawców. Jednak wiatru nie było, ani w prawo, ani w lewo. Mój latawiec opadał, a sznurki innych zaczęły krzyżować się z moim. W końcu powiało. Silnie, ale z deszczem.
Rankiem przy pasażu dostrzegłam znów tekturowe bilbordy, było ich mnóstwo. Młodzież z Przystanku Jezus, myła wszystkim chętnym stopy, zapraszając na dyskotekę. Inni zbierali na powrót do domu, na piwo lub oferowali darmowy pocałunek. Pojawiły się także tabliczki o treści: „zbieram na zabicie Justina Bibera”, które cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Wyjście na pasaż do południa, kojarzyło mi się z przechadzaniem po ulicach miasta. Mnóstwo namiotów, w których można było kupić niespotykane koszulki, okulary czy zwyczajnie podładować telefon i wysłać kartkę. Także kąpiel tysięcy ludzi naraz wydawała się czymś naturalnym, a woda solidaryzowała. Jednak bez wątpienia najgorszym momentem w całym wodostockowym urlopie było zmierzenie się z wejściem do „toi toi’a”, gdzie swoje potrzeby załatwiało się z zegarkiem w ręku i koszulką zasłaniającą nos. 
