Menu

logo tjk main 

Kobiety EURO 2012 czyli jak kobiety budowały stadion PGE Arena w Gdańsku

EURO 2012 w pełni. I choć nasza drużyna odpadła z rozgrywek wciąż powiewają biało- czerwone flagi a my kibicujemy najlepszym. Z zdjecie1przyjemnością możemy oglądać dobry futbol na nowo wybudowanych stadionach. W większości rankingów na najpiękniejszy, wygrywa PGE Arena w Gdańsku.

Gdy patrzę na mieniący się w słońcu bursztyn jestem dumna, ze miałam okazję być częścią tego projektu – mówi i uśmiecha się Ewelina Jaskulska – pani architekt, która pełniła funkcję kierownika projektu z ramienia generalnego projektanta, czyli firmy RKW Rhode Kellermann Wawrowsky Polska Sp. z o.o.

Najpierw widziałyśmy jak stadion powstaje na papierze, potem jak robotnicy wylewają fundamenty, jak na plac budowy dotarł pierwszy dźwigar i wreszcie jak całość okładana jest płytami poliwęglanowymi. A dziś jak na murawę najpiękniejszego stadionu wbiegają piłkarze a z trybun zagrzewają ich do boju tysiące kibicówdodaje Anna Miller – prawa ręka pani architekt prowadzącej.

Dwie młode dziewczyny rozpoczynające swą drogę zawodową zostały rzucone na głęboką wodę by prowadzić tak duży, prestiżowy temat. Miałyśmy szczęście, bo teraz „nasz” stadion podziwia cała Europa - są zgodne.

 

zdjecie2Ewelina Jaskulska wykształcenie architektoniczne zdobyła na Politechnice Krakowskiej. Swoje pierwsze kroki zawodowe stawiała w biurze w Chicago pracując przy projektach domów oraz renowacji kościoła. Jednak prawdziwym wyzwaniem była praca w zespole projektowym biurowca Rondo 1 w Warszawie. To tutaj miała okazję zweryfikować swoją wiedzę ze studiów z realiami zawodu architekta. Potem zdobyte umiejętności wykorzystała pełniąc odpowiedzialną funkcję przy budowie stadionu gdańskiego. Podczas wyjazdu na Kubę tak bardzo zafascynowała ją tamtejsza kultura, że podjęła współpracę z Wydziałem Architektury w Hawanie mającą na celu pomoc w renowacji zniszczonych budynków części Starej Hawany i rozpoczęła pracę nad doktoratem o tej właśnie tematyce. Jej pasją jest również tworzenie instalacji artystycznych w przestrzeni publicznej.

 

Anna Miller urodziła się w Żyrardowie. Zdobywanie wiedzy architektonicznej rozpoczęła w warszawskim renomowanym Technikum Budowlanym im. Stanisława Noakowskiego. Tytuł inżyniera architekta uzyskała w Polsce. Chcąc się dalej kształcić wyjechała do Niemiec by na tamtejszej uczelni Fachhochschule w Bochum uzyskać dyplom Master of Arts na kierunku Architektur Media Management. Ten innowacyjny profil kształcenia nie jest oferowany jeszcze w Polsce a edukuje architektów dodatkowo w zakresie strategii marketingowych, technik prezentacji, koncepcji komunikacji i public relations. Po powrocie do kraju rozpoczęła pracę w Warszawie przy projektach budynków wielorodzinnych, użyteczności publicznej i centrów handlowych. Obok architektury jej drugą pasją jest fotografia.

Obie panie architekt poznały się pracując przy projekcie stadionu gdańskiego i stały się filarem zespołu projektowego, który ciężko pracował, byśmy dziś mogli cieszyć się EURO. Początkowo dla Eweliny kierowanie zespołem, którego zdecydowaną większość stanowili mężczyźni wydawało się dużym wyzwaniem, lecz szybko okazało się, że współpraca układa się doskonale. Dziewczyny wnosiły świeżość i radość, uśmiechem rozładowywały trudne sytuacje, gdy cały zespół spędzał już kilkanaście godzin na pracy nad projektem a zmęczenie dawało się porządnie we znaki.

Pierwszym wspólnym namacalnym sukcesem było przekazanie w grudniu 2008r. inwestorowi dziesięciu kopii projektu technicznego, niezbędnego do przeprowadzenia przetargu na wybór wykonawcy stadionu. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że całość przekazanej dokumentacji mieściła się w ok. trzystu segregatorach. Po oddaniu była chwila na złapanie krótkiego oddechu, ponieważ już w 2009r. prace na budowie ruszyły pełna parą. Trasę Warszawa-Gdańsk dziewczyny przemierzały kilka razy w miesiącu. Jeździły na budowę, na burzliwe spotkania rozwiązywać problemy, ale jednocześnie cieszyły się widokiem zalewanego zbrojenia i montowanych trybun. Były chwile trudne, ciężkie, rzec by się chciało, że wręcz dramatyczne jak ta, gdy po ustawieniu wszystkich elementów konstrukcji (dźwigarów) okazało się, że system odprowadzenia wody z dachu wymaga przeprojektowania i znacznej przebudowy. Na szczęście wtedy młode architektki mogły polegać na większym doświadczeniu starszych kolegów branżowców i konstruktorów. Potem było już tylko lepiej. Wszyscy odetchnęli i z radością otworzyli butelkę szampana, gdy w lipcu 2011r. stadion otrzymał pozwolenie na użytkowanie.

Zwieńczeniem wspólnej pracy był wyjazd zespołu projektowego we wrześniu na mecz towarzyski Polska-Niemcy. Pobyt w Gdańsku zdjecie3okraszony był ogromną dawką adrenaliny. Nie obyło się bez wspomnień, śmiechu, żartów i zwiedzania Gdańska - bo wreszcie był na to czas. Ogromny entuzjazm wzbudził widok gotowego już „biznesu”*, kiosków z amerbloku**, widok fasady z poliwęglanu jak i Wojciecha Szczęsnego w bramce. Tak oto po trzech latach wspólnej pracy dziewczyny zostały zagorzałymi fankami futbolu.

Ich wzajemne porozumienie oraz dobra współpraca stały się zalążkiem do dalszego rozwoju zawodowego i zaowocowały koncepcją stadionu Sandecji w Nowym Sączu. Razem przygotowały projekt, który zdobył uznanie władz miasta i jest duża szansa na jego realizację. I choć obiekt ten jest znacznie mniejszy, bo liczy ok. 12 tys. miejsc siedzących, są dumne, ponieważ to od początku do końca ich wizja, inspirowana pięknem Sądecczyzny. Bryła stadionu nawiązuje do górzystej formy Beskidu Sądeckiego a obiekt łączy w sobie tradycję z nowoczesnością.

Wykorzystując zdobyte doświadczenia przy tak dużych inwestycjach Ewelina i Anna chcą teraz skupić się na tworzeniu własnej pracowni. Zanim zaś rozpocznie się realizacja kolejnej inwestycji stadionowej panie projektantki będą tworzyć indywidualne projekty dla najbardziej wymagających klientów.

* potoczna nazwa poziomu budynku stadionu, używana przez projektanów
** materiał budowlany

Tekst: Ewa Miller
Zdjęcia: archiwum prywatne

 


 

5-12

 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Euro - piłka okiem kobiety

Relacja stadionowa – mecz w Poznaniu / Chorwacja - Irlandia

 

Ulubiona drużyna piłkarska? Narzeczone piłkarzy? Czy Błaszczykowski jest przystojniejszy od Lewandowskiego? Kiedy jest spalony i czy zdjecieto dobrze, że piłka leci prostopadle do kolejnego zawodnika? Prawdę mówiąc moja odpowiedź na te pytania jest bardzo krótka – „nie wiem!”, bo nigdy piłka nożna mnie nie interesowała.

Kiedy nasza polska reprezentacja strzela gola, ja jestem na bieżąco tylko dlatego, że mój rozemocjonowany sąsiad tak krzyczy w swoim mieszkaniu, że nawet telewizora nie muszę włączać. Pewnie sobie pomyślicie, że z takim nastawieniem do „Piłko-szału” 240 zł wydane na bilet, żeby wejść na stadion to w moim przypadku marnotrawstwo. Drogi czytelniku - mylisz się – jest to wydarzenie, które warto przeżyć, stracić słuch i zedrzeć gardło.

Jest niedziela, rano piękne słońce, ale lokalna prognoza pogody przewiduje opady deszczu od godziny17-23. Ja nie chce wierzyć, więc zabieram ze sobą dwie bluzy jakby w jednej mi było za zimno i obowiązkowo zieloną koszulkę (będę kibicować Irlandczykom, bo jakoś mi bliżej do nich niż do Chorwatów), z przekorą nie zabieram parasola. Właściwie na kilka dni przed meczem nie wiedziałam czy chcę iść. Przekonała mnie moja przyjaciółka, twierdząc, że nigdy nie pojedziemy na żaden stadion za granicą, więc jest jedyna szansa tu i teraz obejrzeć coś z większym rozmachem. Mnie tylko „kręciło” żeby zobaczyć ten tłum nabuzowany głównie testosteronem i aż zatykać uszy od hałasu.

Bilety zdobyte dosłownie na dwa dni przed meczem, żadnego losowania na kilka lat wstecz, po prostu druga tura sprzedaży biletów UEFA. Przed stadionem pomimo narastającego deszczu coraz większy tłum, powoli ustawia się w kolejce do bramek. Rozglądamy się wokoło, wydaje się, że stadion przejmą Irlandczycy, na pierwszy rzut oka wydaje się, że Chorwatów prawie nie będzie. Irlandcy kibice wciąż imprezują, śpiewają w tramwaju, tańczą i skaczą w otwartym pod parasolami barze koło stadionu, biegają, ściskają się, ale kijów bejsbolowych nie widać, żadnych ataków na Chorwatów, czuje się więc bezpiecznie. Tylko coraz bardziej pada deszcz, jak wiadomo dachu w Poznaniu nie zamykają, więc na trawie będzie ślisko. Na szczęście trybuny są zadaszone, u nas chłodno, ciągnie zimno od betonu, ale przynajmniej sucho. Nasze miejsca są na samym szczycie stadionu, w pierwszej chwili dokucza mi lęk wysokości, ale zaraz się przyzwyczajam i jestem wstanie stać, a nie siedzieć na krzesełku. Częste wycieczki po hot-dogi, zapiekanki i napoje odpadają, bo nasz sektor jest jak na 10 piętrze w wieżowcu, dużo schodów do pokonania, wszyscy docierają z zadyszką. Bojąc się długiego stania w kolejce do bramki (obszukiwania, które trwa i trwa, a i tak jest nieskuteczne) weszłyśmy na stadion na kilkadziesiąt minut przed rozpoczęciem meczu. Zdążyłam jeszcze obejrzeć jak całe drużyny wychodzą się pokazać, robią rozgrzewkę, potem układy taneczne dzieci. Atmosfera jest gorąca, jednocześnie wciąż słyszę z zewnątrz śpiewających Irlandczyków. W końcu odśpiewanie hymnów i odpowiednia ilość reklam. W ostatnich minutach przed meczem na trybunach jak w ulu, wiecznie ktoś wchodzi, szuka miejsca, Chorwaci już zajęli swoje miejsca, ale na ostatnią chwilę nadchodzą kolejni Irlandczycy. Ostatecznie okazuje się, że nasza „okolica” jest irlandzka, więc wrażenie sprzed stadionu było mylne. Ilość Chorwatów w stosunku do Irlandczyków na trybunach to na oko 40-60%, drobna grupa Polaków w ogóle ginie w tłumie, tym bardziej, że chorwaccy kibice mają kolory biało-czerwone, w szachownice. Pewnie ze względu na znaczną mniejszość kibiców - kobiet i znajomość języka angielskiego plus nasze zielone koszulki, poznajemy ludzi z całych okolicznych rzędów, zostajemy nauczone irlandzkich przyśpiewek i okrzyków. Nikomu wokół zupełnie nie przeszkadza, że jesteśmy Polkami, Irlandczycy cieszą się, że przyszłyśmy kibicować ich drużynie. My też jesteśmy zadowolone, że nasze bilety jednak nie były w sektorze chorwackim. Jakoś nie bawią mnie stojący faceci z goła klatą (widać takie chorwackie zwyczaje).

Wybija 20.45, leje coraz bardziej, dzieci wyprowadzają piłkarzy. Rusza dopping, gromkie okrzyki odbijają się od potężnych betonowych ścian, na zielonej, równiutkiej trawie z lekkim deszczowym poślizgiem biegają piłkarze. Konstrukcja stadionu, patrząc z bliska, zapewnia mnie, że nic nie jest wstanie jej ruszyć, ale 40 tysięcy skaczących i tupiących osób powoduje, że krzesełka jednak drżą. Nie wypada siedzieć, bo wszyscy wstali, i tak nic nie widać. Pomimo wysokości tego prawie 10 piętra, wszystko widać jak pod lupą. Trochę trudno dojrzeć numery na koszulkach piłkarzy, ale kto by się tym przejmował. Dla mnie - wyznawczyni teorii, że piłka nożna to półtorej godziny głównie biegania tam i z powrotem i nielicznych ataków na bramkę - perspektywa się zupełnie zmienia. Jak na dłoni widzę wszystkie strategiczne rozwiązania, faule i udawane kontuzje. Nawet tego przeklętego spalonego potrafię rozwikłać. Znacznie wcześniej, niż jak oglądam mecze w telewizji, rozpoznaję próby ataku na bramkę i błędy piłkarzy. Jedyne, czego czasem brakuje to zbliżenia i powtórki na telebimie, to niestety tylko w TV. Bieg akcji na boisku zaczyna być wartki. Irlandczycy krzyczą jak szaleni – wierzą w swoją drużynę, 5 minuta i szokująco szybko Chorwacja strzela gola. Pomimo tego jeszcze nie do końca słychać Chorwatów, zachowują zimną krew i jak się później okazuje jeszcze oszczędzają siły i struny głosowe na resztę meczu. Kibice Irlandii nie zdążyli się jeszcze poddać. Alkohol spożyty przed meczem wciąż krąży w ich żyłach i na znak dezaprobaty drużyny przeciwnej całe grupy odwracają się tyłem do boiska i pokazują „4litery” w specjalnym tańcu. Zaraz potem Irlandczycy wpadają w radosny szał, bo chyba ich magiczne zabiegi przyniosły skutek i tym razem ich drużyna strzela gola. Wszyscy się ściskają i skaczą z radości. Jakoś tym remisem 1:1 dobijamy do końca pierwszej połowy. Sama się dziwię, jak szybko przeleciało to 45 minut, jeszcze szybciej mija przerwa. Rusza druga połowa. Ku mojemu zaskoczeniu opadły zdjecie2siły Irlandzkim kibicom. Za to rusza do boju dopping chorwacki. Nic dodać, nic ująć - bardzo zorganizowany. Jedna chorwacka część stadionu zaczyna przyśpiewkę, druga część chorwackiego stadionu odpowiada kończąc to, co rozpoczyna ta pierwsza. Mimo widocznej przewagi zielonych to biało-czerwone szachownice bardziej wierzą w swoją drużynę. Rozglądam się wokoło i domyślam się, że coś Irlandczykom z doppingiem „nie działa”. Podejrzewam, że po części opadł z nich alkoholowy ferwor walki, a także defensywna walka ich piłkarzy powoduje, że przestają wierzyć. Zresztą ta cisza irlandzka, robi swoje. Chorwacka drużyna bezbłędnie celuje w bramkę, jest 2:1. Ze strony chorwackich kibiców lecą race dymne (nie wiem jak je wniesiono, przecież były przeszukania przed wejściem). Jedna trafia nawet na murawę, kilka ląduje na trybunach, na szczęście nie w naszej okolicy. Kibice Irlandii wciąż chwytają się za głowy, mruczą jakieś komentarze względem swojej drużyny, ale ucichli, nawet już nie próbują krzyczeć. Za to Chorwaci kibicują jeszcze głośniej, opłaciło się im, kolejny gol. Jest 3:1. Zielonym aż lecą łzy po policzkach – ach Ci faceci, nic ich nie rusza, ale jak im gola strzelą to beczą. Jednak już ich dopping nie odżywa. Piłkarze chorwaccy zmobilizowani - w powietrzu wciąż wisi jeszcze jeden gol - lepiej żeby nie skończyło się na 4:1. Na szczęście ostatnie minuty i w końcu przestało padać. Wstrzymany oddech i emocje, co będzie w ostatniej chwili, oby już zostało tylko 3:1. Czas mija szybko, ostatni gwizdek, więcej goli już nie będzie. Irlandczycy ze spuszczonymi głowami, ocierając łzy opuszczają stadion – jadą zalewać smutki na Stary Rynek. Chorwaci oszczędniejsi w wydatkach, zadowoleni wracają do hoteli i kwater.

Wszystkim tym, którzy chcą poczuć emocje kibicowania, usłyszeć specyficzny hałas doppingu, wyściskać setki chłopaków/dziewczyn bez żadnych zobowiązań, obejrzeć z bliska radość i zdruzgotanie, poczuć atmosferę pełnego stadionu i jeszcze nie dostać butelką w głowę, polecam wybrać się na jeden z meczy EURO.

Kibicem regularnym na pewno nie zostanę, ale nie żałuję wydanych pieniędzy ani żadnej minuty spędzonej na stadionie. Warto było przynajmniej raz w życiu zobaczyć duży mecz, choćby ze względów psychologicznych, poobserwować tłum i zawrzeć parę nowych znajomości.

Maria Kobusiewicz
www.kartastudio.pl

 


 

5-12

 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...

Nauczmy się mówić „NIE” przemocy wobec kobiet / UEFA Euro 2012

Wielkimi krokami zbliżają się Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Będzie to sportowe święto fetowane przede wszystkim przez mężczyzn. Jak ma się w tym męskim świecie odnaleźć kobieta? Czy można powiedzieć, że kobiety będą w tym czasie bezpieczne? Jak mogą się obronić przed napaściami na tle rabunkowym, czy też przemocą seksualną? Czy i gdzie może otrzymać kobieta pomoc, kiedy nie uda się jej samej obronić?

Takie pytania nasuwają się same, gdyż jak wiadomo sport wzbudza wiele emocji, zarówno te dobre, jak i te złe. Te ostatnie w połączeniu z alkoholem mogą niejednokrotnie wywołać tragedię. Wiadomo, że nie można z góry zakładać najgorszego, że ktoś zostanie skrzywdzony, jednak przy organizacji wydarzenia o charakterze masowym należy podjąć prewencyjne środki ostrożności.

W celu informowania kobiet o zagrożeniu, jakie na nie czeka w czasie imprez masowych podjęto akcję „Bezpieczeństwo Kobiet 2012”. Akcja ta informuje o niebezpieczeństwach czyhających w czasie imprez sportowych ogólnie, jednakże szczególnie ukierunkowana jest na zbliżające się UEFA Euro 2012. Projekt ma na celu głównie edukację kobiet. Jak mają unikać zagrożeń, gdzie mogą liczyć na pomoc, bądź też jak mogą pomóc osobom, które doznały krzywdy. Ciekawym rozwiązaniem są też warsztaty proponowane przez organizatorów akcji. Jednymi z bardziej interesujących są warsztaty „Nie znaczy nie” uczące kobiet asertywności.

Jak podkreślają organizatorzy, już wcześniejsze doświadczenia z innych krajów pokazują, że to właśnie kobiety narażone są na przemoc w czasie dużych imprez sportowych. Zwłaszcza, jeżeli są to sporty typowo męskie, grupowe, wyzwalające silne emocje. Trzeba też zwrócić uwagę na to, że w tym czasie może wzrosnąć handel żywym towarem. Wskazują na to zwłaszcza doświadczenia z Olimpiady, która miała miejsce w Atenach. W związku ze wzmożonym ruchem turystycznym, może też być większe zapotrzebowanie na usługi seksualne. I tutaj też organizatorzy dostrzegają niebezpieczeństwo dla mieszkanek miast gospodarzy Euro 2012. Kobieta nawet, jeśli dobrowolnie zgadza się na odbycie stosunku niejednokrotnie traktowana jest przedmiotowo. Mężczyźni wymuszają stosunki bez użycia prezerwatywy, co w najgorszym przypadku może skończyć się zarażeniem wirusem HIV. Oprócz przemocy seksualnej mieszkanki miast, w których będą odbywały się mecze będą narażone na napaście i brutalne pobicia.

Jak podkreślają organizatorzy akcji na rzecz bezpieczeństwa kobiet, ma ona uczyć kobiety jak uniknąć niebezpiecznych dla nich sytuacji. Jednak porady umieszczane na stronie nie mają przenosić odpowiedzialności na kobiety. Nie raz się słyszy wśród osób wypowiadających się, że „ona sama sobie była winna”, „mogła tam nie wchodzić”, lub jeszcze bardziej dobitniejsze „mogła tak nie wystawiać biustu, to by nic jej się nie stało”. Na nieszczęście pokrzywdzonych takie poglądy jeszcze pokutują w społeczeństwie. Jednak sytuacja pomału zmienia się na lepsze.

Może nasunąć się pytanie, czy rzeczywiście taka akcja ma sens. Potwierdzeniem potrzeby takiej akcji mogą być słowa młodej studentki z Poznania, która pracuje niedaleko stadionu. Spytana, czy czuje się bezpiecznie i czy uważa, że w czasie Euro będzie mogła czuć się bezpiecznie odpowiada – Nie wiem, jak to będzie w czasie Euro, jednak teraz, kiedy jest mecz ligowy, boję się wracać sama z pracy. Bardzo uważam, kiedy wychodzę z pracy i idę na przystanek. Już niejeden raz zostałam zaczepiona przez mężczyzn, którzy szli na mecz, lub wracali z niego. Najgorzej jest wtedy, gdy idzie grupka podchmielonych osób, bo tak naprawdę nie wiadomo, co taki człowiek zrobi pod wpływem alkoholu i tak silnych emocji.

Uważam też, że taka akcja, jak „Bezpieczeństwo Kobiet 2012” jest bardzo potrzebna, gdyż wiele kobiet nie zdaje sobie tak naprawdę sprawy z tego, że mogą być w niebezpieczeństwie.
Głównymi organizatorami „Bezpieczeństwa kobiet 2012” są instytucje pozarządowe, które mają siedziby w Gdańsku – Instytut Kultury Miejskiej i Fundacja Inicjatyw Społecznych „Się Zrobi!”, które mają szereg partnerów.
Na stronie www.bezpieczenstwokobiet2012.info zostały umieszczone podstawowe informacje jak uniknąć niebezpieczeństwa. Odpowiedzi, najczęściej zadawane pytania oraz kontakt dla osób chętnych do włączenia się do akcji, jak również dla tych, które chcą wziąć udział w warsztatach organizowanych przez Fundacje. Zamieszczone tam też zostały publikacje na temat przemocy wobec kobiet w języku polskim i angielskim.

Iwona Czyżykowska, 28l.,

 


 

2-12

 

Ten artykuł oraz wiele ciekawych innych przeczytasz w naszym
magazynie-miesięczniku TO JA KOBIETA. ZAPRASZAMY!

Czytaj więcej...
Subskrybuj to źródło RSS